
Poniedziałek, który rano rozpoczął się od tego, że Przemysław Kral zaczął sypać, wieczorem okazał się jeszcze bardziej poniedziałkowy, niż można było przypuszczać. Ukraina świętowała niepodległość pod rosyjskimi rakietami, Polska kupowała Pioruny za osiem miliardów, prezes Piesiewicz odkrył, że sam jest ofiarą Zondacrypto, a prokuratura nie wie, gdzie jest Marcin Romanowski, choć premier niedawno wiedział to na 99 procent.
Czyli państwo działa. Tylko każdy jego organ znajduje się akurat w innej rzeczywistości.
Najpierw Ukraina. Trzydzieści pięć lat niepodległości, cztery i pół roku pełnoskalowej wojny i święto obchodzone w kraju, w którym alarm przeciwlotniczy jest już nie tyle wydarzeniem, ile elementem wyposażenia mieszkania. Rosjanie, wiedząc o brakach ukraińskiej obrony powietrznej, od dwóch miesięcy atakują Kijów w rytmie niemal urzędowym: co kilka dni pociski balistyczne, co tydzień–półtora większa paczka. Ukraina potrafi strącać drony i część rakiet, ale przeciw balistyce coraz częściej brakuje odpowiednich środków.
To jest szczególny rodzaj niepodległości. My obchodzimy własną defiladą, przemówieniem i sporem, czy prezydent podał rękę premierowi wystarczająco serdecznie. Ukraińcy obchodzą swoją, sprawdzając rano, czy dom jeszcze stoi.
I dlatego napisane dziś przez Rusłana Szoszyna zdanie, że Ukraina świętuje „pod bombami, ale nie na klęczkach”, brzmi mocniej niż większość naszych rocznicowych przemówień.
Zwłaszcza że w tym samym czasie w Polsce przez pewien czas trwała awantura o przekazanie Ukrainie kilku pocisków przeciwlotniczych. Człowiek czyta o Kijowie, potem o polskiej debacie i zaczyna rozumieć, dlaczego historia tak często ma ponure poczucie humoru.
Na szczęście tego samego dnia podpisaliśmy umowę ramową wartą ponad 8 miliardów złotych na Pioruny. Większość ma trafić do polskiej armii, część do Litwy, Łotwy i Norwegii, a zakupy mają być w dużej mierze finansowane z unijnego programu SAFE.
Tu rzeczywistość wykonała figurę akrobatyczną godną Cirque du Soleil, ponieważ Karol Nawrocki kilka miesięcy temu zawetował ustawę wdrażającą SAFE, tłumacząc, że narusza ona polską suwerenność.
Pioruny najwyraźniej o wecie nie wiedziały.
To jest zresztą w polskiej polityce piękne. Najpierw ogłasza się, że coś zagraża suwerenności, następnie bierze się z tego pieniądze na rakiety, a na końcu wszyscy fotografują się przy wyrzutni.
Suwerenność suwerennością, ale osiem miliardów piechotą nie chodzi.
Tymczasem Marcin Romanowski w dalszym ciągu prowadzi swój indywidualny program geograficzny pod tytułem „Gdzie jestem?”. Donald Tusk twierdził niedawno, że były wiceminister sprawiedliwości przebywa w Naddniestrzu „na 99 procent”. Prokuratura mówi teraz, że dowodów na to nie ma. Sam Romanowski twierdzi, że mieszka w Tyraspolu, ale list wysłał z Bender, a do całej układanki dochodzi jeszcze informacja, że może posługiwać się paszportem wystawionym na inną tożsamość.
Mamy więc pierwszego polskiego polityka kwantowego. Romanowski jednocześnie jest w Naddniestrzu i go tam nie ma, dopóki prokurator nie otworzy pudełka.
Kiedyś poszukiwany uciekał przed wymiarem sprawiedliwości. Dziś zarządza narracją, publikuje oświadczenia, negocjuje list żelazny i podaje przybliżone współrzędne.
Jeszcze trochę i sam zacznie wysyłać śledczym zagadki: „Ciepło. Cieplej. Nie, teraz zimno”.
Równie ciekawy dzień miał Radosław Piesiewicz. Rano okazało się, że nie zwołał nadzwyczajnego walnego zgromadzenia PKOl, którego chciało 82 ze 106 członków, więc jego przeciwnicy zapowiadają drogę sądową. Wcześniej 52 federacje sportowe wezwały go do ustąpienia.
Prezes tymczasem pojawił się w TV Republika z dokumentami i ogłosił, że w historii Zondacrypto sam jest poszkodowany. Twierdzi, że wpłacił na giełdę 200 tysięcy euro, a luksusowego zegarka od Przemysława Krala nie dostał, tylko kupił go za własne pieniądze, przy czym Kral jedynie pomógł w transakcji.
Proszę nie wyciągać pochopnych wniosków. To wszystko są twierdzenia stron i przedmiot trwających sporów oraz postępowań.
Ale fabularnie rzecz jest bezcenna. Mamy prezesa komitetu olimpijskiego, którego większość środowiska chce odwołać, ale żeby odbyło się zebranie w sprawie jego odwołania, datę zebrania powinien wyznaczyć właśnie prezes.
To jest nowa konkurencja olimpijska: utrzymanie stanowiska przez zasiedzenie. Zawodnik siedzi. Federacje protestują. Sąd się rozgrzewa. A medal przyznaje sobie zawodnik.
W tle Zondacrypto rozrasta się już do rozmiarów serialu, w którym każdy kolejny bohater twierdzi, że właściwie padł ofiarą poprzedniego. Kral współpracuje z prokuraturą. Piesiewicz mówi, że Kral go oszukał. Politycy zaraz zapewne wyjaśnią, że Zondacrypto spotkali przypadkiem na przystanku.
Pod koniec śledztwa może się okazać, że jedynym człowiekiem w Polsce, który świadomie korzystał z Zondacrypto, był Przemysław Kral.
Państwo natomiast postanowiło zająć się zdrowiem obywateli. Minister zdrowia zapowiedziała, że w 2027 roku NFZ dostanie z budżetu ponad 41 miliardów złotych ponad wpływy ze składki zdrowotnej. Jeszcze w 2025 r. planowana dotacja wynosiła 18 miliardów, w 2026 r. 26 miliardów, teraz ma być 41. Sama minister przyznała, że system oparty wyłącznie na składce zdrowotnej już się wyczerpał.
To zdanie warto przeczytać powoli. System się wyczerpał. Ale działa. Czyli znowu Schrödinger.
Polska ochrona zdrowia przypomina starego poloneza, którego właściciel od dwudziestu lat zapewnia, że samochód jest w świetnym stanie, tylko co miesiąc trzeba wymieniać silnik.
Wpompowujemy więc kolejne miliardy i zaraz będziemy dyskutować, dlaczego mimo dodatkowych miliardów nadal trzeba czekać rok do specjalisty. W Polsce pieniądz ma bowiem szczególną właściwość: kiedy wchodzi do ochrony zdrowia, natychmiast staje się znacznie mniejszy.
Poniedziałek przyniósł też wiadomość, przy której złośliwość wypada schować. Zmarł generał Mirosław Różański, były Dowódca Generalny Rodzajów Sił Zbrojnych, senator, żołnierz, który miał zaledwie 63 lata i od pewnego czasu ciężko chorował.
Są ludzie, których odejście przypomina, że pod całą codzienną pianą politycznej wojny istnieje jeszcze coś takiego jak służba publiczna rozumiana dosłownie, bez konta na X, konferencji prasowej i codziennego ogłaszania własnego patriotyzmu.
I może właśnie dlatego poniedziałek miał dziś dziwną kompozycję. Ukraina obchodziła niepodległość, której musi bronić rakietami. Polska kupowała tysiące Piorunów z programu, którego ustawową obsługę prezydent wcześniej zawetował. Romanowski przebywał gdzieś pomiędzy Tyraspolem, Benderami i stanem kwantowym. Piesiewicz bronił się przed odwołaniem, którego zebrania nie zwołał. NFZ dostał obietnicę kolejnych 41 miliardów, ponieważ system, na którym stoi, już się wyczerpał.
Czyli poniedziałek zakończył się dokładnie tak, jak się rozpoczął. Wszystko działa. Tylko coraz trudniej ustalić — jakim cudem.

Dodaj komentarz