
Donald Trump przypomina dziś trochę starego prezentera telewizyjnych telezakupów, który przez przypadek dostał dostęp do kodów nuklearnych oraz armii największego mocarstwa świata. Patrzy człowiek na tę pomarańczową twarz, na ten wzrok człowieka wiecznie zachwyconego własnym odbiciem w szybie limuzyny i nagle rozumie, że XXI wiek naprawdę postanowił zamienić politykę w widowisko dla ludzi zmęczonych myśleniem.
Trump nie jest politykiem w klasycznym sensie. Trump jest nastrojem. Jest emocją. Jest internetowym komentarzem napisanym CAPS LOCKIEM, po trzeciej w nocy przez człowieka przekonanego, że wszyscy go oszukali. To nie jest człowiek z wizją świata. To bardziej antena satelitarna ustawiona na odbiór gniewu, frustracji i narodowego focha.
Ameryka wyprodukowała go trochę tak, jak produkuje się fast foody. Szybko, masowo i z dodatkiem chemii. I właśnie dlatego polska prawica zakochała się w nim z intensywnością nastolatka oglądającego pierwszy raz film akcji.
Karol Nawrocki patrzy na Trumpa mniej więcej tak, jak ministrant patrzy na relikwię świętego patrona od geopolityki. W tym spojrzeniu jest zachwyt, wiara i coś jeszcze — ogromna nadzieja, że wielki amerykański cesarz poklepie po ramieniu, zrobi zdjęcie i powie do kamer, że Polska jest „great country”.
Całe otoczenie Nawrockiego od miesięcy budowało przecież polityczną opowieść o tym, że Ameryka Trumpa będzie naszym pancernym aniołem stróżem. PiS wyglądał momentami jak firma ubezpieczeniowa sprzedająca narodowi polisę pod hasłem „spokojnie, Donald nas obroni”.
I wtedy właśnie zaczęła się groteska.
Najpierw Pentagon zaczął coś wycofywać, coś przesuwać, coś analizować. Potem pojawiły się przecieki, plotki i nerwowe komunikaty. Polska prawica rzuciła się do internetu z prędkością ludzi, którzy właśnie odkryli, że ochroniarz galerii handlowej zamierza wcześniej skończyć zmianę. Nagle okazało się, że bezpieczeństwo Polski przypomina relację emocjonalną z człowiekiem, który co trzy godziny zmienia zdanie. Trump jednego dnia grozi Europie, drugiego ją uspokaja, trzeciego obraża NATO, czwartego obiecuje żołnierzy, piątego chwali Putina, a szóstego sprzedaje światu wizję pokoju wyglądającą jak negocjacje prowadzone po trzecim drinku w kasynie pod Miami.
I właśnie wtedy PiS zaczął przypominać grupę pielgrzymów, którym nagle oznajmiono, że ich cudowna figurka może jednak być plastikowa. Prawica przez lata opowiadała Polakom jedną prostą historię. Europa jest słaba. Bruksela jest groźna. Niemcy są podejrzane. Unia coś knuje. Jedynym prawdziwym gwarantem bezpieczeństwa jest Ameryka, a konkretnie Ameryka Trumpa.
Dziś ten cały polityczny teatr zaczyna skrzypieć jak stara wersalka w akademiku. Okazuje się, że Trump traktuje sojusze mniej więcej tak, jak właściciel pola golfowego traktuje klientów VIP. Jeśli są użyteczni, można ich zaprosić do stolika. Jeśli nie, można ich jutro wyrzucić z klubu i jeszcze wystawić rachunek za parking.
Karol Nawrocki tymczasem nadal chodzi z miną człowieka przekonanego, że prowadzi wielką grę geopolityczną. Patrzę czasem na niego i mam wrażenie, że oglądam rekonstruktora historycznego, który przypadkiem wszedł do prawdziwej wojny. Ten człowiek mówi o bezpieczeństwie z takim patosem, jakby codziennie rano osobiście odbierał meldunek z NATO i jeszcze zdążył uratować Europę przed barbarzyńcami przed pierwszą kawą.
Obok niego stoi oczywiście Czarnek. Czarnek wygląda zawsze tak, jakby za chwilę miał ogłosić narodowy sukces nawet po awarii ekspresu do kawy. Gdyby jutro Trump napisał, że lubi polskie ogórki kiszone, Czarnek zapewne zwołałby konferencję prasową pod hasłem „historyczne zwycięstwo polskiej dyplomacji warzywnej”.
Morawiecki natomiast przypomina człowieka, który nawet katastrofę lotniczą próbowałby sprzedać jako impuls rozwojowy dla rynku ubezpieczeń. A wszystko to dzieje się w świecie naprawdę groźnym.
Rosja coraz agresywniej testuje NATO. Drony latają nad państwami bałtyckimi. Europa zaczyna rozumieć, że Ameryka może mieć już dość pilnowania starego kontynentu. Trump flirtuje z izolacjonizmem z wdziękiem bogatego emeryta, który postanowił rzucić rodzinę i kupić sobie jacht.
I właśnie wtedy polska prawica nadal opowiada narodowi bajkę o wielkim amerykańskim parasolu. Ten parasol coraz bardziej przypomina tani produkt z supermarketu. Niby jeszcze stoi, ale człowiek nie ma pewności, czy przy pierwszym silniejszym wietrze nie wygnie się na wszystkie strony.
PiS przez lata budował swoją legendę jako partia bezpieczeństwa. Partia silna. Partia odpowiedzialna. Partia, która wie, jak rozmawiać z Ameryką. Tymczasem dziś wygląda to tak, jakby Karol Nawrocki i jego otoczenie stali pod drzwiami Białego Domu z bukietem kwiatów, podczas gdy Trump co chwilę zapomina, że w ogóle byli umówieni.
A przecież świat się zmienia. Europa zaczyna się zbroić. Unia Europejska buduje własne mechanizmy bezpieczeństwa. Nawet najbardziej zatwardziali przeciwnicy Brukseli zaczynają powoli rozumieć, że krzyczenie „precz z Europą” w momencie, gdy Ameryka staje się nieprzewidywalna, przypomina wyrzucanie kamizelki ratunkowej podczas sztormu.
Ale prawica ma problem. Bo jak teraz wytłumaczyć własnym wyborcom, że przez lata sprzedawano im opowieść o wiecznej przyjaźni z człowiekiem, który potrafi zmienić zdanie szybciej niż kanał telewizyjny? Jak przekonać ludzi, że wszystko jest pod kontrolą, skoro bezpieczeństwo Polski zaczęło przypominać reality show zarządzane algorytmem mediów społecznościowych? Trump jest bowiem produktem świata, który przestał odróżniać politykę od widowiska. Świata, w którym emocje są ważniejsze od faktów, krzyk ważniejszy od kompetencji, a internetowy tłum przypomina stado mew rzucających się na wszystko, co akurat błyszczy.
I może właśnie dlatego Trump oraz polska prawica tak dobrze do siebie pasują. Bo jedni i drudzy zrozumieli coś bardzo prostego. W czasach chaosu łatwiej sprzedaje się strach niż rozsądek. Łatwiej sprzedać narodowi wielką opowieść o zdradzie, wojnie i honorze niż nudną prawdę, że bezpieczeństwo buduje się cierpliwie, w ciszy, przez dyplomację, gospodarkę, armię i współpracę z sąsiadami. Patrzę dziś na Trumpa, Nawrockiego, Czarnka i ten cały patriotyczny cyrk z poczuciem, że współczesna polityka coraz bardziej przypomina wielki supermarket emocji. Na jednej półce leży gniew. Na drugiej strach. Na trzeciej patriotyczne uniesienie. A przy kasie stoi Donald Trump i wszystkim wystawia rachunek

Dodaj komentarz