POMARAŃCZOWY CESARZ I KOMENDANT PATRIOTYCZNEGO PÓŁŚWIATKA

Warszawa

Polityka przypomina dziś trochę jarmark podupadłego imperium. Wszędzie hałas. Wszędzie wielkie słowa. Wszędzie ludzie przekonani o własnej historycznej wielkości, choć najczęściej wyglądają jak sprzedawcy cudownych garnków na festynie gminnym. Człowiek robi sobie kawę, otwiera telefon i nagle dowiaduje się, że Donald Trump wysyła do Polski dodatkowe pięć tysięcy żołnierzy, ponieważ ma świetne relacje z Karolem Nawrockim.

I wtedy człowiek przez chwilę milczy.

Nie dlatego, że jest wzruszony. Raczej dlatego, że próbuje zrozumieć, czy świat naprawdę zaczął być pisany przez scenarzystów po trzech energetykach i litrze bourbona.

Trump bowiem od dawna przypomina amerykańską wersję handlarza złudzeniami z parkingu pod kasynem. Człowiek wiecznie pomarańczowy na twarzy, wiecznie obrażony na rzeczywistość i wiecznie zakochany w sobie z intensywnością starego narcyza przeglądającego się w lustrze windy. Kiedy Trump przemawia, ma się wrażenie, że zaraz zacznie reklamować steki, suplementy diety albo złote figurki samego siebie do ustawienia na kominku.

To jest polityk, który mówi o geopolityce tak, jakby prowadził telezakupy. Wszystko jest największe. Wszystko jest historyczne. Wszystko jest fantastyczne. Nawet wojna potrafi w jego ustach brzmieć jak promocja w centrum handlowym pod Florydą.

A obok niego pojawia się Karol Nawrocki. Polski odpowiednik człowieka, który całe życie marzył, żeby zostać bohaterem narodowej epopei, ale ostatecznie utknął gdzieś między rekonstrukcją historyczną a wiecem kibiców pod stadionem.

Patrzę czasem na Nawrockiego i mam wrażenie, że to polityk stworzony przez sztuczną inteligencję karmioną archiwalnymi numerami „Gazety Polskiej”, przemówieniami z akademii ku czci i nagraniami z patriotycznych pielgrzymek autokarowych.

Ten człowiek chodzi z miną, jakby codziennie rano osobiście odbierał meldunek o stanie moralnym narodu. W jego świecie wszyscy wokół zdradzają Polskę, Niemcy knują, Europa upada, a jedyną deską ratunku pozostaje patriotyczny marsz, konferencja prasowa i zdjęcie z Donaldem Trumpem.

I oto nagle Trump ogłasza światu, że wyśle do Polski dodatkowe pięć tysięcy żołnierzy, ponieważ lubi Nawrockiego.

To jest właśnie ten moment, w którym polityka zaczyna przypominać odcinek kreskówki dla dorosłych.

Wyobrażam sobie Biały Dom późnym wieczorem. Trump siedzi w złotawym półmroku, ogląda własne wystąpienia w telewizji i zadowolony z siebie pisze kolejny wpis na Truth Social. Obok ktoś próbuje mu tłumaczyć zawiłości strategii NATO, sytuację w Europie oraz relacje z sojusznikami, ale Trump słyszy głównie własny głos odbijający się od ścian gabinetu niczym echo w kasynie.

A potem wciska ENTER i cały świat dowiaduje się, że bezpieczeństwo Europy Środkowej właśnie zostało przedstawione w stylistyce wpisu fana wrestlingu.

Najbardziej zabawne jest jednak to, jak polska prawica natychmiast rzuciła się do świętowania. W telewizjach i mediach społecznościowych zapanował nastrój, jakby co najmniej Napoleon wrócił z Elby i osobiście obiecał ochronę Radomia.

Patriotyczna prawica od lat ma bowiem niezwykły talent do mylenia dyplomacji z kultem jednostki. W ich świecie polityka międzynarodowa przypomina trochę relacje osiedlowych gangsterów. Liczy się „kto z kim trzyma”, kto kogo poklepał po plecach i kto komu powiedział „great guy” podczas zdjęcia.

A przecież prawda jest dużo mniej romantyczna i dużo bardziej brutalna.

Amerykanie nie wysyłają żołnierzy z miłości do Nawrockiego. Nie robią tego dlatego, że wzruszył ich patriotyczny ton przemówień wygłaszanych pod biało-czerwonymi flagami. Imperia nie działają w ten sposób. Imperia nie mają przyjaciół. Imperia mają interesy.

Stany Zjednoczone patrzą dziś na Europę trochę jak bogaty właściciel sieci hoteli patrzy na odległy oddział firmy. Jeśli coś przynosi korzyści, zostawia to przy życiu. Jeśli nie, zaczyna ciąć koszty szybciej niż korporacja dział HR po szkoleniu motywacyjnym.

I właśnie dlatego cała ta sytuacja jest jednocześnie śmieszna i niepokojąca.

Śmieszna, ponieważ Trump i Nawrocki przypominają duet z dziwacznego politycznego kabaretu. Jeden zakochany w swojej fryzurze bardziej niż w demokracji. Drugi zakochany w swojej patriotycznej legendzie bardziej niż w rzeczywistości.

Trump wygląda jak amerykański cesarz fast foodu po trzecim liftingu, który pomylił NATO z programem telewizyjnym. Nawrocki natomiast sprawia wrażenie człowieka przekonanego, że geopolitykę można prowadzić tonem obrażonego rekonstruktora historycznego.

Ale jest w tym wszystkim również coś poważnego.

Bo może właśnie te dodatkowe tysiące żołnierzy są Polsce naprawdę potrzebne. Może świat zrobił się już tak niestabilny, tak nerwowy i tak absurdalny, że nawet człowiek śmiejący się z Trumpa oraz Nawrockiego zaczyna w duchu myśleć, że lepiej mieć amerykańskich żołnierzy bliżej niż dalej.

Rosja nadal pozostaje bandyckim państwem zarządzanym przez człowieka przypominającego starego gangstera z filmu klasy B, który uznał, że może podpalać pół świata, bo ma atomową zapalniczkę. Putin od lat udowadnia, że życie ludzkie znaczy dla niego mniej więcej tyle, ile dla korporacji znaczą skargi klientów zapisane drobnym drukiem.

Europa jest zmęczona. Ameryka jest rozchwiana. NATO przypomina czasem rodzinę siedzącą przy świątecznym stole po kilku latach kłótni o spadek. Wszyscy jeszcze udają jedność, ale każdy zerka podejrzliwie na drugiego.

I właśnie w tym świecie pojawiają się Trump oraz Nawrocki. Dwóch politycznych kuglarzy zakochanych w patosie, sile i własnych odbiciach w kamerach telewizyjnych.

Jeden wrzuca nocne wpisy do internetu jak wujek po whisky podczas rodzinnej imprezy. Drugi stoi wyprostowany pod flagą i wygląda tak, jakby za chwilę miał wygłosić przemówienie o honorze narodu do grupy harcerzy oraz emerytowanych działaczy IPN.

A zwykły człowiek siedzi wieczorem w kuchni, słucha tych wszystkich deklaracji o wojskach, bezpieczeństwie i wielkiej polityce, po czym wraca do codzienności. Do rachunków. Do kredytu. Do pracy. Do dzieci. Do zmęczenia.

I może właśnie dlatego współczesna polityka jest tak absurdalna.

Bo świat naprawdę stoi dziś na krawędzi wielkich zmian, ale jego losy coraz częściej wyglądają tak, jakby prowadziło je dwóch facetów kłócących się przy grillu o to, który z nich jest większym patriotą.

A jednak mimo całego tego cyrku, mimo Trumpa przypominającego pomarańczowego cesarza telezakupów i mimo Nawrockiego wyglądającego jak komendant patriotycznego półświatka, człowiek łapie się czasem na myśli, że może dobrze, iż ci żołnierze jednak przyjadą.

Bo historia nauczyła nas jednej brutalnej rzeczy.

Kiedy świat zaczyna wariować, lepiej mieć obok siebie żołnierzy niż wyłącznie patriotyczne przemówienia.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights