
Na bazarach polityki zawsze najgłośniej krzyczą handlarze cudów. Jeden sprzedaje narodową dumę w plastikowej torbie. Drugi bezpieczeństwo z przeceny. Trzeci pokazuje palcem mapę świata i obiecuje, że wszystko załatwi jednym telefonem do Waszyngtonu. Polska od lat chodzi po takim targowisku jak człowiek szukający lekarstwa na bezsenność, a trafiający wyłącznie na kuglarzy, znachorów i patriotycznych akwizytorów od geopolityki.
I oto znów stoimy pośrodku tego hałaśliwego jarmarku. Nad głowami latają wielkie słowa o sojuszach, zdradzie i bezpieczeństwie. Telewizyjni eksperci przewracają oczami z wysiłku. Politycy PiS wyglądają, jakby właśnie odkryli, że Ameryka prowadzi własną politykę, a nie działalność charytatywną dla polskiej prawicy.
A nad tym wszystkim unoszą się dwie postacie. Donald Trump i Władimir Putin. Dwóch starych narcyzów z atomowym zapleczem. Dwóch politycznych handlarzy testosteronem. Dwóch ludzi, którzy patrzą na mapę Europy mniej więcej tak, jak pijany deweloper patrzy na stary park — „może by to podzielić, sprzedać i zrobić parking”.
Im dłużej obserwuję Trumpa, tym bardziej mam wrażenie, że Ameryka wyprodukowała najdroższego influencera świata. Człowieka, który zarządza mocarstwem z emocjonalną stabilnością obrażonego właściciela kasyna. Trump nie prowadzi polityki. Trump prowadzi permanentny spektakl własnego ego. Każde spotkanie wygląda tak, jakby za chwilę miał sprzedawać złote garnki albo suplement diety na męskość po sześćdziesiątce.
I właśnie ten człowiek decyduje dziś o bezpieczeństwie Europy. To jest zdanie, od którego człowiekowi miękną nogi bardziej niż od rachunku za prąd. Bo Trump naprawdę jest zdolny do wszystkiego. Do obrażenia NATO, bo ktoś krzywo spojrzał podczas obiadu. Do wycofania wojsk, bo kanclerz Niemiec miał czelność zachowywać się jak dorosły człowiek. Do politycznego targu z Putinem, jeśli uzna, że poprawi mu to notowania albo zaspokoi ambicję wpisania się do podręczników historii jako „genialny negocjator”.
A Putin? Putin siedzi na Kremlu jak stary gangster pilnujący rozpadającego się kasyna. Wokół bieda, trumny i propaganda, ale on nadal śni o imperium. Nadal patrzy na Europę z tą samą mieszanką pogardy i imperialnego kompleksu, z jaką carscy urzędnicy patrzyli kiedyś na mapy rozbiorów.
Nie mam najmniejszych wątpliwości, że marzeniem Putina jest świat, w którym Europa Środkowa znów staje się szarą strefą. Takim geopolitycznym parkingiem pomiędzy Rosją a Zachodem. Bez realnych gwarancji. Bez silnej obecności USA. Bez pewności jutra. I właśnie dlatego człowiekowi przechodzą ciarki po plecach, kiedy widzi Trumpa mówiącego o NATO z miną księgowego analizującego koszty ogrzewania.
Bo dla Putina największym koszmarem zawsze była silna i zjednoczona zachodnia wspólnota. A Trump jedność traktuje jak przykry obowiązek.
To jest zresztą niezwykłe, jak bardzo PiS pomylił politykę zagraniczną z konkursem na największego fana Trumpa. Oni naprawdę uwierzyli, że kilka zdjęć, trochę lizania amerykańskich butów i kilka okrzyków o „wielkiej przyjaźni” wystarczy, by zapewnić Polsce bezpieczeństwo.
Cały ten obóz wyglądał czasem jak grupa wycieczkowa pod hotelem w Miami. Zachwyt. Selfie. Entuzjazm. Patriotyczne wzruszenie. A Trump patrzył na nich zapewne jak właściciel pola golfowego patrzy na klientów kupujących za drogie czapeczki z logo.
I dziś ci sami ludzie są zdziwieni, że Waszyngton prowadzi własną politykę. Że Pentagon myśli globalnie.
Że Ameryka nie będzie wiecznie utrzymywała wojsk w Europie wyłącznie dlatego, iż politycy PiS wzruszają się przy amerykańskim hymnie. Najbardziej tragikomiczne jest jednak to, że prawica nadal opowiada o „specjalnych relacjach”. O wyjątkowej więzi z Trumpem. O telefonach, rozmowach i politycznej chemii.
Karol Nawrocki wygląda czasem, jakby naprawdę wierzył, że po jednej rozmowie z Trumpem został uczestnikiem światowego koncertu mocarstw. Tymczasem Trump traktuje polityków Europy Środkowej mniej więcej tak, jak bogaty turysta traktuje animatorów hotelowych. Miło się uśmiechnąć, zrobić zdjęcie i natychmiast zapomnieć nazwisko.
I właśnie to jest dziś najbardziej niebezpieczne. Nie sam Trump. Nawet nie Putin. Tylko polska naiwność. To wieczne przekonanie, że ktoś nas zawsze uratuje. Że wystarczy być wiernym klientem wielkiego mocarstwa. Że historia już się nie powtórzy. A historia ma paskudny charakter. Lubi wracać nocą jak pijany krewny. Lubi przypominać, że geopolityka nie zna sentymentów.
Putin doskonale rozumie język siły. Dlatego tak panicznie boi się Ukrainy, która mimo krwi, ruin i zmęczenia nadal walczy. Ukraina dziś bije się także za nasze bezpieczeństwo. Każdy rosyjski czołg spalony pod Charkowem oznacza mniej rosyjskich ambicji przy granicy Polski. I właśnie dlatego tak bardzo drażni mnie ten polski polityczny kabaret. To nie jest czas na opowieści o zdradzie Tuska albo niemieckich spiskach. To nie jest czas na prawicowych bajarzy, którzy od rana do wieczora próbują sprzedać obywatelom patriotyzm w plastikowym opakowaniu.
Bo świat naprawdę robi się niebezpieczny. Trump naprawdę może się dogadywać z Putinem. I naprawdę nikt nie wie, co jeszcze wymyśli ten pomarańczowy narcyz z ego wielkości Teksasu. On jest zdolny urządzić geopolitykę Europy jak reality show. Jednego dnia grozić NATO, drugiego podziwiać Putina, trzeciego wycofać wojska, bo obraził się na jakiegoś europejskiego lidera.
A Putin będzie siedział w swoim kremlowskim bunkrze i uśmiechał się tym cienkim, lodowatym uśmiechem człowieka, który całe życie wierzył, że Zachód wcześniej czy później zacznie się rozpadać od środka.
Dlatego Polska potrzebuje dziś rozsądku bardziej niż patriotycznego teatru. Potrzebuje silnej armii. Silnych relacji z Europą. Mądrej dyplomacji. A nie polityków, którzy wyglądają jak domokrążcy sprzedający strach na raty.
Najbardziej gorzkie jest jednak to, że historia zwykle nie wraca z hukiem armat. Najczęściej wraca powoli. W garniturze. Z uśmiechem do kamer. Wśród ludzi przekonanych, że wszystko da się załatwić jednym selfie z wielkim mocarstwem. Polska zna już ten mechanizm aż za dobrze. Najpierw polityczne zachwyty. Potem złudzenia. Potem nagłe przebudzenie. Jak człowiek, który zasnął spokojnie przy muzyce z dancingów, a obudził się w płonącym domu. Dlatego kiedy dziś słucham prawicowych opowieści o wielkiej przyjaźni z Trumpem, mam przed oczami prowincjonalnych graczy siedzących przy stoliku z zawodowymi oszustami. Zachwyceni atmosferą kasyna nie zauważają nawet, kiedy zabierają im krzesła spod dupy.
A Trump? Trump jutro może powiedzieć wszystko. Że Europa jest niewdzięczna. Że NATO kosztuje za dużo. Że Putin wcale nie jest taki zły. Że Polska powinna radzić sobie sama. Człowiek z ego wielkości planety i moralną stabilnością teleturnieju naprawdę jest zdolny do każdego politycznego szaleństwa.
I właśnie dlatego najbardziej boję się dziś nie rosyjskich czołgów, tylko ludzi naiwnych, bo przynajmniej wiadomo w którą stronę ten czołg jedzie.
Polityczny głupiec zawsze twierdzi, że wszystko kontroluje, nawet wtedy, kiedy grunt już pali mu się pod nogami.

Dodaj komentarz