
Są takie poranki, kiedy człowiek otwiera okno nie po to, żeby wpuścić świeże powietrze, lecz żeby sprawdzić, czy przypadkiem ktoś w nocy nie przeniósł jego mieszkania do Andaluzji. Powietrze nie tyle wpada do środka, ile powoli wciska się przez framugę z miną windykatora, który przyszedł odebrać ostatnie złudzenia. Kawa stygnie szybciej niż cierpliwość do wiadomości, a już po kilku minutach człowiek dochodzi do wniosku, że jedyną rozsądną aktywnością przewidzianą na ten dzień jest siedzenie nieruchomo i ograniczenie oddychania do absolutnego minimum.
Europa właśnie odkrywa coś, o czym klimatolodzy mówią od lat, tylko dotąd mało kto chciał ich słuchać. Francja szykuje się na temperatury przekraczające czterdzieści stopni, Hiszpania zbliża się do czterdziestu pięciu, Belgowie z powagą zastanawiają się, czy właśnie przeżywają najgorętszy tydzień w swojej historii, a Brytyjczycy – naród, który przez stulecia uważał dwadzieścia dwa stopnie za egzotyczny luksus – zaczynają odkrywać, że asfalt naprawdę potrafi się rozpuszczać. Wszystko to dzieje się jeszcze przed właściwym środkiem lata, jakby natura postanowiła zorganizować próbę generalną przed przedstawieniem, na które nikt nie kupował biletu, ale wszyscy zostali zaproszeni.
Polska, jak zwykle, przez kilka dni patrzyła na zachodnich sąsiadów z charakterystycznym poczuciem wyższości. „Niech tam sobie mają swoje klimatyczne fanaberie” – zdawaliśmy się mówić, popijając kompot i zerkając na termometr pokazujący jeszcze przyzwoite dwadzieścia kilka stopni. Tyle że atmosfera nie czyta granic państwowych, nie interesuje jej paszport ani narodowość. Synoptycy zapowiadają, że już pod koniec tygodnia i podczas weekendu do Polski napłynie gorące powietrze znad Afryki, a temperatury przekraczające trzydzieści, a miejscami nawet trzydzieści pięć stopni, staną się codziennością. Niektóre modele odważnie zerkają nawet w stronę czterdziestki, która jeszcze niedawno wydawała się czymś równie abstrakcyjnym jak metro w Pcimiu.
Rozczulające jest to, że jako naród niezmiennie potrafimy być zaskoczeni każdą porą roku. Zimą śnieg spada całkowicie niespodziewanie, choć robi to od kilku tysięcy lat. Latem z kolei wszystkich zaskakuje lato, a trzydziestostopniowy upał traktujemy niczym agresję nieznanego mocarstwa. Pociągi zaczynają zwalniać, klimatyzacja w części wagonów przechodzi w stan głębokiej kontemplacji, autobusy przypominają mobilne łaźnie parowe, a biura w szklanych wieżowcach zmieniają się w elegancko wyposażone piekarniki z dostępem do szybkiego internetu.
Europa przez dekady budowała domy po to, żeby zatrzymywały ciepło, a teraz z pewnym zakłopotaniem odkrywa, że robią to znakomicie również w lipcu. W wielu szkołach nie da się prowadzić lekcji, pociągi odwołują kursy, a klimatyzacja z fanaberii klasy średniej staje się urządzeniem ratującym zdrowie. Paradoks polega na tym, że mieszkamy na jednym z najbogatszych kontynentów świata, który nauczył się walczyć z mrozem, ale kompletnie nie przygotował się na własne lato.
Tymczasem polityka, jak to polityka, żyje w swoim mikroklimacie. Jedni spierają się o Zielony Ład, drudzy o podatki, trzeci o emisję dwutlenku węgla, czwartym przeszkadza sama nazwa „zmiany klimatu”, a piąci są przekonani, że wszystkiemu winna jest Bruksela, Soros albo zbyt ambitne prognozy pogody. Termometr pozostaje jednak brutalnie apolityczny. Nie ogląda konferencji prasowych, nie śledzi sondaży i nie przejmuje się tym, kto akurat wygrał internetową awanturę. Po prostu pokazuje kolejne kreski, z uporem urzędnika stawiającego pieczątki.
Zdumiewające jest to, że nawet wtedy, gdy słońce usiłuje zamienić Europę w wielką suszarkę do włosów, my z niezwykłą konsekwencją potrafimy zajmować się wszystkim, tylko nie tym. W Polsce nieprzerwanie trwa festiwal politycznych emocji. Jedni od rana do wieczora przeżuwają aferę Szpitala Południowego, drudzy z wypiekami na twarzy analizują każdy gest w sporze polsko-ukraińskim, trzeci odliczają godziny do kolejnej konferencji prasowej, podczas której ktoś znowu zapowie, że „nie będzie litości”, choć doświadczenie uczy, że zanim ta litość zniknie, zdążą powstać trzy komisje, dwa zespoły ekspertów i jedna podkomisja do spraw ustalenia, dlaczego poprzednia komisja niczego nie ustaliła.
To trochę tak, jakby pasażerowie statku płynącego prosto na rafę godzinami debatowali o kolorze obrusów w restauracji. Oczywiście, obrusy też są ważne. Problem w tym, że kadłub właśnie zaczyna nabierać wody.
Przy okazji odkrywamy jeszcze jedną niezwykłą ludzką zdolność – przyzwyczajanie się do rzeczy, które jeszcze wczoraj wydawały się nie do pomyślenia. Jeszcze kilka lat temu dwadzieścia osiem stopni oznaczało falę upałów. Dzisiaj wielu ludzi mówi z ulgą: „Na szczęście będzie tylko trzydzieści”. Za dekadę zapewne usłyszymy pogodynkę z promiennym uśmiechem informującą, że „temperatura wyniesie zaledwie trzydzieści sześć stopni, więc czeka nas bardzo przyjemne ochłodzenie”, a połowa kraju uzna to za znakomitą wiadomość.
Psychologowie nazwaliby to przesuwaniem punktu odniesienia. Ja nazwałbym to narodowym talentem do oswajania absurdów. Przyzwyczajamy się do wysokich cen, do korków, do kolejnych afer, do politycznych spektakli, do niekończących się awantur w telewizji i w mediach społecznościowych. Teraz najwyraźniej zaczynamy oswajać również temperatury, które jeszcze niedawno kojarzyły się wyłącznie z Egiptem albo filmami przyrodniczymi o Australii.
Organizm nie zna tej sztuczki. Serce nie czyta komentarzy politycznych. Płuca nie oglądają telewizji. Starsza pani mieszkająca na ostatnim piętrze bloku z wielkiej płyty nie poczuje się chłodniej tylko dlatego, że politycy po raz kolejny pokłócili się o to, kto jest większym obrońcą klimatu, albo większym przeciwnikiem polityki klimatycznej.
Może więc ten nadchodzący weekend będzie dla nas czymś więcej niż tylko kolejnym gorącym epizodem. Może okaże się lekcją pokory wobec rzeczywistości, której nie da się zagadać konferencją prasową ani przykryć kolejną medialną awanturą. Bo natura ma jedną irytującą cechę – jest całkowicie odporna na polityczny marketing.
Najbardziej niepokojące nie jest jednak to, że nadciąga fala upałów. Niepokojące jest raczej przeczucie, że za kilka lat będziemy wspominać lato 2026 z nostalgią, wzdychając do czasów, kiedy trzydzieści pięć stopni wydawało nam się końcem świata. A ktoś siedzący obok, wachlując się instrukcją obsługi klimatyzatora i czekając na komunikat o kolejnym rekordzie temperatury, uśmiechnie się tylko z pobłażaniem i powie:
– Ech… wtedy to były jeszcze całkiem chłodne wakacje.

Dodaj komentarz