POLSKA POD LUPĄ, POLSKA POD TOMOGRAFEM

Warszawa

Są takie dni, kiedy człowiek otwiera serwisy informacyjne i ma wrażenie, że cały kraj został przyjęty na SOR. Nie ten zwyczajny, gdzie pacjent siedzi sześć godzin na plastikowym krześle i zastanawia się, czy bardziej boli go wyrostek, czy kontakt z systemem ochrony zdrowia. Chodzi o wielki narodowy SOR medialny, w którym wszyscy biegają po korytarzach, krzyczą, machają wynikami badań i domagają się natychmiastowej reanimacji państwa.

Dzisiejszy dzień należał bezapelacyjnie do Szpitala Południowego.

Jeszcze kilka tygodni temu przeciętny obywatel nie wiedział nawet, kto kieruje tamtejszym oddziałem ratunkowym. Dziś zna nazwiska lekarzy, ordynatorów, radnych, rzeczników, prawników, sygnalistów i przeciwników sygnalistów lepiej niż skład własnej rady osiedla. Polska od rana do wieczora prowadzi zbiorowe seminarium z zarządzania ochroną zdrowia, medycyny ratunkowej, prawa pracy, etyki lekarskiej i procedur prokuratorskich.

Najpierw był salonik VIP. Potem były dyżury. Następnie przyszły milionowe kontrakty. Później pojawiły się zarzuty dotyczące błędów medycznych. Teraz mamy już zgony, śledztwa, audyty, przesłuchania, konferencje prasowe i polityków składających deklaracje z powagą kardiochirurgów pochylonych nad otwartą klatką piersiową Rzeczypospolitej.

Donald Tusk ogłosił, że nie będzie litości. W Polsce jest to zdanie równie tradycyjne jak barszcz na Wigilię.

Każda władza wcześniej czy później staje przed kamerami i zapowiada, że nie będzie litości. Potem zwykle okazuje się, że najpierw trzeba powołać komisję, następnie zespół ekspercki, potem grupę roboczą do spraw pracy zespołu eksperckiego, a na końcu jeszcze podkomisję badającą ustalenia komisji. Dopiero po kilku latach obywatel dowiaduje się, że sprawa jest bardzo skomplikowana.

W tym przypadku może być jednak inaczej. Nie dlatego, że politycy nagle odkryli cnotę skuteczności. Powód jest znacznie prostszy. Szpital jest jednym z niewielu tematów, które przebijają wszystkie polityczne bańki. Wyborca lewicy może nienawidzić wyborcy prawicy, wyborca prawicy może uważać wyborcę lewicy za zagrożenie dla cywilizacji łacińskiej, ale obaj siedzą czasem na tym samym SOR-ze i obaj wiedzą, jak wygląda rzeczywistość publicznej ochrony zdrowia. To dlatego sprawa tak eksplodowała.

Ludzie mogą wybaczyć politykom wiele rzeczy. Nawet głupotę. Historia Polski pokazuje, że jest to wręcz cecha tradycyjnie tolerowana. Ale nie wybaczają poczucia, że istnieją dwa światy. Jeden dla nich i drugi dla wybranych.

Nic nie działa na społeczną wyobraźnię równie skutecznie jak podejrzenie, że gdzieś obok zwykłej kolejki istnieją drzwi oznaczone napisem: „dla swoich”.

To nie jest już problem medyczny. To jest problem moralny i właśnie dlatego rząd znalazł się w pułapce. Jeżeli okaże się, że zarzuty są prawdziwe, będzie musiał tłumaczyć się z patologii funkcjonujących pod własnym nosem. Jeżeli okaże się, że część zarzutów była przesadzona, pozostanie pytanie, dlaczego przez tyle dni nikt nie potrafił odzyskać kontroli nad narracją.

Polityka przypomina czasem ratownictwo medyczne. Nie wystarczy mieć rację. Trzeba jeszcze zdążyć przed zgonem pacjenta, a tymczasem wokół szpitalnej afery kręci się cała reszta kraju.

A ta reszta kraju wygląda dziś tak, jakby ktoś wrzucił do jednego garnka wszystkie możliwe kryzysy, dodał polityków, ekspertów, kilka kamer telewizyjnych i zostawił na pełnym ogniu bez przykrywki.

Spójrzmy choćby na prokuraturę. Tam również trwa kolejna odsłona wojny o państwo. Jedni przekonują, że minister sprawiedliwości wreszcie robi porządek po latach politycznych deformacji wymiaru sprawiedliwości. Drudzy odpowiadają, że nie ma żadnego porządku, są wyłącznie czystki. Trzeci tłumaczą, że to przywracanie normalności. Czwarty, że właśnie normalność jest demontowana.

Zabawne jest przy tym nie to, że strony się nie zgadzają. W demokracji to rzecz naturalna. Zabawne jest raczej to, że każda z nich wypowiada swoje diagnozy z absolutnym przekonaniem człowieka, który właśnie wrócił z góry Synaj z kamiennymi tablicami prawdy objawionej. Współczesna polityka coraz rzadziej przypomina debatę. Coraz częściej przypomina starcie dwóch sekt, które używają tych samych słów, ale nadają im zupełnie inne znaczenie.

Podobnie dzieje się wokół Centralnego Portu Komunikacyjnego. Projekt, który jeszcze kilka lat temu miał być symbolem wielkiego skoku cywilizacyjnego, dziś staje się przede wszystkim symbolem wielkiego narodowego rozliczania. Nowi zarządzający zapowiadają audyty. Audytorzy zapowiadają raporty. Raporty mają wskazać winnych. Winni będą się tłumaczyć. Tłumaczenia zostaną ocenione przez kolejnych ekspertów.

I tak oto Polska po raz kolejny znajduje się w sytuacji, w której wszyscy doskonale wiedzą, kto powinien zostać rozliczony, ale coraz mniej ludzi pamięta, po co właściwie zaczęto budować całe przedsięwzięcie.

To zresztą staje się cechą charakterystyczną naszej polityki. Coraz łatwiej wskazać winnych niż określić cel.

Jeszcze ciekawiej wygląda sytuacja gospodarcza. Narodowy Bank Polski publikuje badania sugerujące, że inflacja znalazła się pod kontrolą. Ekonomiści ostrożnie kiwają głowami. Rynki analizują prognozy. Komentatorzy rozważają terminy kolejnych obniżek stóp procentowych.

Tymczasem przeciętny obywatel idzie do sklepu, bierze do ręki kilka produktów, patrzy na rachunek i dochodzi do wniosku, że ceny najwyraźniej nie przeczytały jeszcze komunikatu o swoim uspokojeniu.

Inflacja jest trochę jak daleki krewny, o którym wszyscy zapewniają, że już się poprawił, ale gdy tylko pojawia się na rodzinnym spotkaniu, natychmiast znika srebrna zastawa.

Świat również nie zamierza zwalniać tempa. Rosjanie zaczynają wycofywać część zestawów przeciwlotniczych z niektórych rejonów działań wojennych, ponieważ ukraińskie drony coraz skuteczniej polują na sprzęt, który jeszcze kilka lat temu uchodził za niemal nietykalny. To jedna z tych informacji, które nie trafiają na czołówki portali równie często jak kolejne polityczne awantury, a jednocześnie mówią o stanie współczesnego świata więcej niż dziesiątki konferencji prasowych.

Od wielu miesięcy obserwujemy bowiem, jak wojna XXI wieku staje się pojedynkiem technologii, algorytmów i maszyn kosztujących czasem tyle, co używany samochód, ale potrafiących zniszczyć sprzęt wart setki milionów dolarów. Historia lubi takie ironie. Mocarstwa budują kosztowne systemy przez dekady, a później okazuje się, że ich największym problemem staje się urządzenie przypominające większą zabawkę dla entuzjastów elektroniki.

Na Bliskim Wschodzie również nie brakuje napięcia. Iran zapewnia świat, że nie zamierza utrudniać żeglugi przez cieśninę Ormuz. Stany Zjednoczone odpowiadają, że bardzo liczą na prawdziwość tych deklaracji. Rynki energetyczne słuchają obu stron z miną człowieka siedzącego na beczce prochu i próbującego zachować optymizm.

Cała światowa gospodarka przypomina dziś skomplikowany mechanizm zegarka, którego wskazówki poruszają się dalej wyłącznie dlatego, że wszyscy udają, iż nie słyszą niepokojących trzasków dochodzących ze środka.

Jest jeszcze Kościół. Tu również nie ma dnia bez kolejnych pytań, kolejnych śledztw, kolejnych zarzutów dotyczących zaniedbań w sprawach wykorzystywania dzieci. I chyba najbardziej przygnębiające nie są już same informacje. Najbardziej przygnębiające jest to, że przestały kogokolwiek naprawdę zaskakiwać.

Każda instytucja żyje dzięki zaufaniu. Gdy traci je stopniowo przez wiele lat, nie następuje spektakularna katastrofa. Następuje coś znacznie gorszego. Obojętność.

Ludzie przestają się oburzać. Przestają się dziwić. Przestają oczekiwać zmian, a społeczeństwo, które przestaje się dziwić złym wiadomościom, znajduje się w znacznie bardziej niebezpiecznym miejscu niż społeczeństwo, które jeszcze potrafi się nimi przejmować.

I być może właśnie dlatego dzisiejszy dzień wydaje się tak męczący. Nie dlatego, że wydarzyło się coś wyjątkowego. Przeciwnie. Zmęczenie bierze się stąd, że wszystko dzieje się jednocześnie. Każda instytucja przeżywa własny kryzys. Każde środowisko prowadzi własną wojnę. Każda grupa społeczna ma własną aferę. Każdy portal własne alarmujące paski, a człowiek siedzi wieczorem przed ekranem, przewija kolejne wiadomości i coraz częściej ma wrażenie, że żyje nie w państwie, lecz w niekończącym się kanale informacyjnym.

Dlatego patrzyłem dziś na zdjęcie króla Karola III obserwującego pokaz brazylijskiego jiu-jitsu i pomyślałem, że trudno o lepszą metaforę współczesnej polityki. Wszyscy leżą na macie. Wszyscy próbują założyć komuś dźwignię. Wszyscy twierdzą, że kontrolują sytuację, a publiczność nie ma już pewności, kto właściwie wygrywa. Wie tylko, że jest coraz bardziej zmęczona.

Najciekawsze pytanie nie brzmi więc, czy polecą kolejne głowy. W Polsce głowy polityczne spadają regularnie, a system pozostaje zadziwiająco odporny na wszelkie operacje. Pytanie brzmi, czy po zakończeniu tego spektaklu ktoś odważy się dotknąć prawdziwego problemu. Nie saloników, nie radnych, nie pojedynczych lekarzy.

Systemu, bo jeśli cała energia skończy się na wskazaniu kilku winnych i urządzeniu kolejnej publicznej egzekucji medialnej, za kilka miesięcy pojawi się następny szpital, następny bohater afery i następny premier zapowiadający, że tym razem naprawdę nie będzie litości.

A Polska znów zamelduje się na własnym SOR-ze. Tym razem już jako pacjent przewlekle chory.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights