POLSKA MA DWA BILIONY DŁUGU, ALE SPOKOJNIE — RACHUNEK JEST WSPÓLNY

Warszawa

Polska ma ponad dwa biliony złotych długu.

Człowiek czyta tę wiadomość rano i natychmiast przestaje smarować bułkę masłem. Dwa biliony brzmią bowiem jak kwota, po której nawet windykator nie dzwoni. Przyjeżdża helikopterem, zajmuje województwo i zostawia kartkę, że lodówkę zabierze później.

Dwa biliony sto trzydzieści sześć miliardów złotych.

To liczba tak wielka, że przeciętny obywatel nie potrafi jej sobie wyobrazić. Człowiek rozumie sto złotych, bo tyle znika podczas krótkiej wizyty w dyskoncie. Rozumie tysiąc, ponieważ tyle kosztuje naprawa samochodu, zanim mechanik rozbierze samochód. Rozumie milion, bo mniej więcej tyle trzeba mieć, żeby bank zgodził się pożyczyć człowiekowi pieniądze na mieszkanie warte milion.

Bilion jest już pojęciem religijnym. Nie można go zobaczyć, dotknąć ani przeliczyć przed snem. Trzeba uwierzyć, że istnieje, a Ministerstwo Finansów zna jego zamiary.

Gdyby zwykły człowiek miał dwa biliony długu, nie dostałby kredytu nawet na czajnik. Państwo natomiast może pożyczyć kolejne sto miliardów, wyemitować obligacje i zorganizować konferencję prasową zatytułowaną „Stabilne fundamenty wzrostu”.

Różnica między obywatelem a państwem polega głównie na tym, że obywatel, gdy nie ma pieniędzy, musi przestać wydawać. Państwo zmienia wtedy ustawę budżetową.

Według artykułu na jednego mieszkańca przypada już ponad 56 tysięcy złotych długu. To ciekawa wiadomość, ponieważ nikt mnie nie pytał, czy chcę go zaciągnąć.

Nie było formularza, spotkania z doradcą ani pytania o zdolność kredytową. Nie podpisałem umowy. Nie dostałem przelewu. Nie zaproponowano mi nawet kubka z logo banku.

A jednak jestem winien 56 tysięcy.

Państwo zadłużyło mnie automatycznie, bez wychodzenia z domu. To prawdopodobnie najlepiej działająca usługa cyfrowa administracji.

Dziecko rodzi się, lekarz odcina pępowinę, położna zapisuje wagę, rodzice robią zdjęcie, a gdzieś w systemie finansów publicznych pojawia się nowy współdłużnik. Noworodek nie potrafi jeszcze utrzymać głowy, ale już dźwiga ponad pięćdziesiąt tysięcy zobowiązań.

Powinien dostać wraz z aktem urodzenia harmonogram spłat i małą skarbonkę.

Na szczęście ekonomiści uspokajają, że dług państwa nie działa jak kredyt Kowalskiego. Polska nie musi spłacić całej kwoty jutro rano. Stare obligacje wykupuje, emitując nowe. Pożycza, oddaje, ponownie pożycza, roluje zobowiązania i zachowuje przy tym minę człowieka, który właśnie dokonał czegoś bardzo rozsądnego.

To trochę jak spłacanie jednej karty kredytowej drugą, tylko wykonywane przez ludzi w garniturach, z dostępem do Bloomberga i możliwością nałożenia podatku na sąsiada.

Państwo nie spłaca długu tak, jak obywatel spłaca kredyt. Państwo raczej zaprasza dług na kolejną kadencję.

Dług publiczny sam w sobie nie jest katastrofą. Wszystkie nowoczesne państwa pożyczają. Dzięki temu można budować drogi, linie kolejowe, elektrownie, szkoły, szpitale, sieci energetyczne i kupować uzbrojenie. Jeżeli pożyczone pieniądze tworzą majątek, zwiększają bezpieczeństwo albo pomagają gospodarce rosnąć, dług może być narzędziem rozwoju.

Kredyt na mieszkanie zostawia człowiekowi mieszkanie. Kredyt na autostradę zostawia krajowi autostradę. Kredyt na kolej zostawia kolej, chyba że inwestycję prowadzi się po polsku — wtedy zostawia studium wykonalności, trzy zmiany trasy, protest mieszkańców, prezentację i pociąg zastępczy w postaci autobusu.

Znacznie gorzej, kiedy państwo pożycza na bieżące wydatki, których nie potrafi ograniczyć. Na świadczenia, pensje, dopłaty, rekompensaty i kolejne programy wymyślone podczas kampanii wyborczej przez człowieka, który nie zna słowa „finansowanie”, ale znakomicie wymawia słowo „damy”.

Polski polityk nie wydaje pieniędzy. On obdarowuje naród jego własnym długiem.

Wychodzi na mównicę i mówi: Dajemy emerytom. Dajemy rodzinom. Dajemy samorządom. Dajemy przedsiębiorcom. Nigdy nie dodaje: A teraz państwo, dzieci i wnuki uprzejmie to sfinansujecie wraz z odsetkami.

Polityczna hojność przypomina kelnera, który przynosi wszystkim przy stole szampana, zbiera oklaski, a rachunek dyskretnie wkłada do tornistra najmłodszego dziecka.

Każdy rząd zapewnia przy tym, że zadłużenie jest skutkiem działalności poprzedników, nadzwyczajnych okoliczności oraz konieczności ratowania kraju przed rezultatami polityki, którą obecny rząd właśnie kontynuuje.

Poprzednicy zadłużali nieodpowiedzialnie. My zadłużamy strategicznie. Oni robili deficyt. My tworzymy przestrzeń fiskalną. Oni wydawali ponad stan. My uruchamiamy impulsy rozwojowe.

Kiedy zwykły człowiek wydaje więcej, niż zarabia, ma problem z budżetem. Kiedy robi to minister finansów, powstaje wieloletni plan finansowy państwa, oprawiony w granatową okładkę.

Dług przyspieszał podczas kryzysu finansowego, pandemii, wojny w Ukrainie, kryzysu energetycznego i wielkich zakupów zbrojeniowych. Część tych wydatków była konieczna. Pandemii nie można było odesłać z powodu braku środków, Putina poprosić o przełożenie wojny na rok o niższych potrzebach pożyczkowych, a czołgów zastąpić hulajnogami elektrycznymi.

Trzeba jednak odróżnić dług potrzebny od wygodnego. Potrzebny dług finansuje bezpieczeństwo i inwestycje. Wygodny dług pozwala politykom uniknąć odpowiedzi na pytanie, komu należy podnieść podatki, z czego zrezygnować i dlaczego każda grupa społeczna nie może jednocześnie dostać wszystkiego.

Dług jest ulubionym podatkiem polityka, ponieważ pobiera go od ludzi, którzy jeszcze nie mają prawa głosu.

Przyszłe pokolenia są idealnymi podatnikami. Nie protestują, nie blokują ulic, nie piszą komentarzy i nie występują w telewizji. Część z nich jeszcze się nie urodziła, więc nie posiada nawet profilu w mediach społecznościowych, z którego mogłaby nazwać ministra złodziejem. Można je obciążyć rachunkiem, a następnie wygłosić przemówienie o trosce o młodzież.

Większość polskiego długu jest zaciągana w złotych, a znaczną część obligacji kupują krajowe banki, fundusze i obywatele. To rzeczywiście bezpieczniejsze niż zadłużenie w obcych walutach. Gdyby dług był przede wszystkim w dolarach albo euro, każde osłabienie złotego mogłoby sprawić, że minister finansów budziłby się rano starszy o cztery lata.

Pożyczamy więc w dużej mierze od siebie.

Brzmi to wręcz rodzinnie. Państwo jest winne bankom, banki przechowują nasze pieniądze, fundusze zarządzają naszymi oszczędnościami, obywatele kupują obligacje, a potem wszyscy wspólnie płacimy podatki, żeby państwo mogło wypłacić odsetki ludziom, od których pożyczyło.

Polski dług przypomina rodzinny obiad, podczas którego wszyscy pożyczają sobie ten sam banknot, aż w końcu znika pod obrusem.

To, że wierzyciele są krajowi, zmniejsza część ryzyka, ale nie czyni długu darmowym. Bank nie kupuje obligacji z patriotycznego wzruszenia. Fundusz nie finansuje państwa, bo zachwyciła go biało-czerwona kolorystyka dokumentu. Inwestor oczekuje odsetek.

A odsetki kosztują. Limit kosztów obsługi długu Skarbu Państwa na 2026 rok ustalono na 90 miliardów złotych. Dziewięćdziesiąt miliardów wyłącznie za to, że wcześniej pożyczyliśmy pieniądze.

To mniej więcej cztery wybory kopertowe dziennie przez kilka lat, choć w przeciwieństwie do wyborów odsetki rzeczywiście się odbywają.

Za 90 miliardów można budować szpitale, linie kolejowe, mieszkania, żłobki albo szkoły. Można też zrobić coś zgodnego z polską tradycją inwestycyjną: powołać pełnomocnika, spółkę, radę programową, komitet sterujący i zamówić wizualizację budynku, który być może powstanie po 2040 roku.

Odsetki nie budują niczego. Nie leczą, nie wożą pasażerów, nie uczą dzieci i nie produkują energii. Są opłatą za wcześniejszą decyzję, by mieć pieniądze natychmiast, a odpowiedzialność później.

Odsetki są rachunkiem za dawny optymizm.

Sam nominalny rozmiar długu nie mówi jednak wszystkiego. Gospodarka również rośnie, ceny rosną, dochody państwa się zwiększają, więc ważniejsza jest relacja zadłużenia do produktu krajowego brutto.

Na koniec 2025 roku dług sektora instytucji rządowych i samorządowych według unijnej metodologii wynosił 2,335 biliona złotych, czyli 59,7 procent PKB. Dlaczego nie 2,136 biliona? Ponieważ polskie finanse posiadają kilka różnych długów, zależnie od tego, kto liczy, co wlicza i pod jakim kątem stoi kalkulator.

Jest zadłużenie Skarbu Państwa. Jest państwowy dług publiczny. Jest też dług sektora liczony według metodologii Unii Europejskiej, obejmujący szerzej zobowiązania instytucji publicznych.

Polska nie ma jednego długu. Ma całą rodzinę długów, które spotykają się głównie podczas kontroli Eurostatu.

Różnice biorą się między innymi z tego, że część wydatków w poprzednich latach przenoszono do funduszy działających przy Banku Gospodarstwa Krajowego i Polskim Funduszu Rozwoju. Dzięki temu zobowiązanie nadal istniało, lecz w krajowych statystykach potrafiło wyglądać subtelniej.

To księgowa wersja schowania bałaganu do szafy przed przyjściem gości.

Pokój wygląda czysto. Można zrobić zdjęcie. Nie należy tylko otwierać drzwi, ponieważ wypadnie Fundusz Przeciwdziałania COVID-19, Fundusz Wsparcia Sił Zbrojnych, kilka obligacji i minister zapewniający, że wszystko znajduje się pod kontrolą.

Unijna metodologia jest mniej podatna na dekorowanie salonu. Zagląda do szafy, pod łóżko i za zasłonę, po czym pyta, dlaczego gwarantowane przez państwo miliardy udają, że przyszły tylko podlać kwiaty.

Nie oznacza to, że Polska bankrutuje. Przy długu wynoszącym niespełna 60 procent PKB nie jesteśmy ani Japonią, ani Grecją z czasów najcięższego kryzysu. Średnia dla całej Unii Europejskiej była na koniec 2025 roku wyższa i przekraczała 81 procent PKB.

Możemy więc odetchnąć.

Najlepiej niezbyt głęboko, ponieważ Komisja Europejska przewiduje szybki wzrost polskiego zadłużenia: do 64,5 procent PKB w 2026 roku i 68,3 procent w 2027. Deficyt pozostaje przy tym bardzo wysoki — po 7,3 procent PKB w 2025 roku Komisja prognozuje 6,5 procent w roku 2026.

To nie jest katastrofa. To raczej samochód, który jeszcze jedzie, silnik pracuje, radio gra, kierowca zapewnia, że zna drogę, tylko lampka rezerwy świeci się od dwóch województw, a spod maski dochodzi zapach wymagający ponadpartyjnego porozumienia.

Najbardziej niepokojące nie jest to, że mamy dług. Niepokojące jest tempo, w jakim uczymy się uważać go za pogodę.

Dług rośnie. Deficyt jest wysoki. Koszty obsługi rosną. Komisja ostrzega. Rząd odpowiada, że sytuacja jest stabilna. Opozycja krzyczy, że kraj bankrutuje, choć kiedy rządziła, sama chowała część zobowiązań po funduszach jak jajka wielkanocne.

Obywatel słucha jednych i drugich, po czym idzie kupić masło, bo w odróżnieniu od długu publicznego musi za nie zapłacić od razu.

Inflacja może zresztą pomagać państwu zmniejszać realny ciężar zadłużenia. Jeśli ceny i nominalne dochody rosną, dawny dług staje się względnie lżejszy. To eleganckie rozwiązanie, o ile jest się państwem. Jeżeli jest się obywatelem, inflacja po prostu zjada oszczędności, pensję i zawartość koszyka, pozostawiając paragon jako dokumentację sekcji zwłok domowego budżetu.

Państwo leczy dług inflacją tak, jak człowiek mógłby leczyć nadwagę, zmniejszając lustro.

Liczby wyglądają lepiej, lecz spodnie nadal się nie dopinają.

Czy zatem należy bać się dwóch bilionów? Nie tak, jak boimy się komornika stojącego przed drzwiami. Polska nie musi jutro spłacić całego długu. Ma własną walutę, dużą gospodarkę, rozwinięty rynek obligacji i możliwość odnawiania finansowania. Nie znajduje się na krawędzi bankructwa, ale należy bać się polityków, którzy z tego wyciągną wniosek, że zadłużenie nie ma znaczenia.

To jak powiedzieć, że skoro człowiek nie umarł po sześciu pączkach, może spokojnie zjeść sześćdziesiąt.

Problem długu ujawnia się stopniowo. Coraz większa część podatków idzie na odsetki. Państwo ma mniej miejsca na reagowanie podczas kolejnego kryzysu. Inwestorzy mogą żądać wyższego oprocentowania. Każda nowa obietnica staje się droższa, a każda konieczna oszczędność bardziej bolesna.

Najważniejsze pytanie nie brzmi więc: „Ile jesteśmy winni?”. Brzmi: „Co zostało po pieniądzach, które pożyczyliśmy?”.

Jeżeli zostały drogi, kolej, energetyka, bezpieczeństwo, szkoły, cyfryzacja i sprawniejsze państwo, można mówić o inwestycji.

Jeżeli zostały konferencje, billboardy, dopłaty bez reform, fundusze poza budżetem, niedziałające programy, puste fundamenty i polityk przecinający wstęgę przed planszą — należy mówić o bardzo drogim przedstawieniu.

Dług nie jest ani dobry, ani zły. Jest pamięcią państwa zapisaną w odsetkach.

Pamięta każdą autostradę i każdy zmarnowany kontrakt. Każdy respirator i każdą maseczkę bez certyfikatu. Każdy czołg, każdą elektrownię, każdą waloryzację, każdą kampanijną obietnicę i każdą decyzję, której koszt przesunięto na później, ponieważ później nie występuje w najbliższym sondażu.

Polska ma więc ponad dwa biliony długu, a zależnie od przyjętej metodologii nawet więcej.

Nie musimy wpadać w panikę. Panika podnosi ciśnienie, a publiczna ochrona zdrowia również wymaga finansowania.

Nie powinniśmy jednak pozwolić politykom opowiadać, że skoro państwowy dług różni się od domowego kredytu, można go mnożyć bez konsekwencji. Państwo rzeczywiście nie jest gospodarstwem domowym.

Gospodarstwo domowe zazwyczaj przynajmniej wie, gdzie podziały się pieniądze. Człowiek może więc spokojnie dokończyć bułkę. Polska jutro nie zbankrutuje. Złoty nie zamieni się w kupon rabatowy, bankomaty nie zaczną wydawać przeprosin, a minister finansów nie ucieknie nocą z drukarką.

Na każdego z nas nadal przypada jednak kilkadziesiąt tysięcy długu. Pocieszające jest to, że nie trzeba ich dziś wpłacać.

Mniej pocieszające — że będziemy je spłacać w podatkach, inflacji, odsetkach, słabszych usługach publicznych i inwestycjach, które zostaną przesunięte, ponieważ pieniądze wcześniej przeznaczono na coś bardziej pilnego. Najczęściej na wybory.

Polska nie tonie jeszcze w długu. Na razie stoi w nim po pas, zapewniając, że właśnie odkryła nowe źródło finansowania.

Minister prezentuje wykres. Opozycja prezentuje trumnę. Ekonomiści prezentują zastrzeżenia. Obywatel prezentuje paragon, a dług spokojnie rośnie. Ma czas. W przeciwieństwie do rządu nie musi wygrać następnych wyborów.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights