POLSKA, CZYLI MARKA, KTÓRA NIE WIE, ŻE JEST MARKĄ

Warszawa

Polska ma pewien problem z promocją. Kraj, który w ciągu jednego pokolenia przeszedł drogę od octu na półkach do aplikacji bankowej działającej szybciej niż człowiek zdąży się rozmyślić, nadal przedstawia się światu mniej więcej tak, jak ciotka przedstawia rodzinę na weselu: — To jest Polska. Mamy Chopina, papieża, pierogi i bardzo dużo historii. A potem, żeby cudzoziemiec się nie nudził, dokładamy jeszcze husarię.

Najbardziej zabawne jest to, że Polska ma dziś znacznie lepszy produkt niż reklamę. Normalnie bywa odwrotnie.

W handlu sprzedaje się wodę z kranu jako „alpejskie doświadczenie źródlane”, jogurt jako podróż do harmonii, samochód jako wolność, a telefon jako sens życia. Polska natomiast posiada trzydzieści kilka lat rzeczywistego sukcesu gospodarczego, miasta, które przestały wyglądać jak dekoracje do filmu o schyłkowym socjalizmie, całkiem sprawną infrastrukturę, znakomitych informatyków, matematyków, fizyków, przedsiębiorców, bezpieczne ulice i miliony ludzi, którzy nauczyli się urządzać państwo pomimo państwa — po czym wychodzi na konferencję i mówi: pierogi.

Pierogi są oczywiście dobre. Nie mam nic przeciwko pierogom. Ale z punktu widzenia marketingu narodowego mają tę wadę, że prawie każdy naród posiada jakiś sposób zawijania mięsa albo sera w ciasto. Chińczyk ma dim sum, Gruzin chinkali, Włoch ravioli, a Polak pieroga i poczucie, że właśnie objawił światu unikalny kod cywilizacyjny. To trochę tak, jakby Szwajcaria promowała się wyłącznie zegarkiem z kukułką, a Japonia ryżem.

Padraic Kenney, amerykański historyk, który po latach życia pomiędzy Stanami a Polską wybrał właśnie Polskę, mówi rzecz znacznie ciekawszą: prawdziwa marka kraju powstaje wtedy, kiedy ludzie chcą tam przyjeżdżać, mieszkać, badać, pracować i wracać. Nie dlatego, że zobaczyli spot reklamowy z dziewczyną w stroju łowickim biegnącą przez pole maków, ale dlatego, że kraj jest interesujący.

To jest, swoją drogą, dość upokarzające dla całego przemysłu narodowego brandingu, bo może się okazać, że najlepszą promocją Polski nie jest kampania za siedem milionów, lecz pociąg, który przyjeżdża na czas. Albo uniwersytet. Albo czysty dworzec. Albo człowiek z zagranicy, który po pięciu latach mieszkania tutaj mówi znajomemu: — Przyjedź, jest dobrze. W takiej sytuacji departament promocji narodowej zaczyna wyglądać trochę jak człowiek zatrudniony do reklamowania piekarni, podczas gdy zapach świeżego chleba już dawno załatwił sprawę.

Niestety my lubimy departamenty. Lubimy też pełnomocników. Jeszcze bardziej lubimy raporty i właśnie dlatego dostaliśmy „Polaków portret własny”, w którym — według opisywanych publikacji — młodzi Polacy mieli masowo władać mandaryńskim, Katowice odbyły geograficzną emigrację na północ, a język polski został miejscami poddany zabiegowi, po którym nawet korporacyjny trener komunikacji mógł poczuć się jak Rej z Nagłowic.

Raport miał pomóc stworzyć markę Polski i stworzył. Przez kilka dni marką Polski była umiejętność napisania raportu o Polsce bez należytego sprawdzenia Polski. Trudno o bardziej polski sukces promocyjny.

Cała historia jest jednak ciekawsza niż sama kompromitacja Barbary Mróz-Gorgoń, bo pokazuje coś głębszego. My wciąż sądzimy, że markę narodową można wymyślić na warsztacie. Zebrać kilkanaście osób w hotelu. Dać im karteczki samoprzylepne. Napisać na flipcharcie „DNA POLSKI”. Ktoś rzuci „gościnność”. Ktoś „odwaga”. Ktoś „tradycja”. Ktoś „innowacyjność”. A po lunchu pojawi się konsultant i powie: — Potrzebujemy storytellingu. I właśnie wtedy zaczyna się nieszczęście.

Naród, który przez ostatnie trzysta lat przeżył rozbiory, powstania, okupację, komunizm, transformację, wejście do NATO, Unię Europejską i kredyty frankowe, nie potrzebuje storytellingu. On już ma historię. Potrzebuje tylko przestać ją źle opowiadać.

Nawet rok 1989 przegraliśmy marketingowo. Niemcy mają mur. Mur jest świetny. Mur można przewrócić. Mur można sfotografować. Mur można pokazać w pięć sekund w telewizji. My mamy Okrągły Stół. Czyli mebel. Z punktu widzenia obrazu telewizyjnego to katastrofa: siedzi kilkunastu smutnych panów przy ogromnym stole i przegląda papiery. Spróbujcie sprzedać rewolucję za pomocą posiedzenia rady nadzorczej. Niemiec wali młotkiem w mur. Czech Havel pokazuje znak zwycięstwa. Rumun ma dramatyczne obrazy upadku Ceaușescu. A Polak? Polak negocjuje załącznik numer cztery.

Nic dziwnego, że świat pamięta Berlin. My natomiast do dziś dyskutujemy, czy Okrągły Stół był sukcesem, zdradą, spiskiem, kompromisem, zmową elit czy źle dobranym kompletem mebli.

I tutaj właśnie zaczyna się prawdziwy problem polskiej marki. My nie umiemy długo być z siebie zadowoleni. Jeśli powiemy, że transformacja się udała, natychmiast ktoś przypomni jej ofiary. Jeśli powiemy, że Polska jest bezpieczna, ktoś zapyta o SOR. Jeśli pochwalimy Warszawę, ktoś przywoła ceny mieszkań. Jeśli powiemy, że mamy świetnych informatyków, pojawi się człowiek, któremu ePUAP nie przyjął załącznika.

I wszystkie te odpowiedzi będą częściowo prawdziwe. Tyle że inne państwa też mają problemy, tylko nie czynią z nich głównego produktu eksportowego.

Francuz nie zaczyna rozmowy o Francji od długu publicznego. Włoch nie przedstawia Toskanii przez wydajność administracji. Amerykanin przez dwieście lat sprzedawał światu „american dream”, choć miliony Amerykanów budziły się rano w bardzo amerykańskim koszmarze.

My natomiast mamy niebywałą zdolność do znajdowania rysy na własnym pomniku jeszcze przed jego odsłonięciem.

Może dlatego ciekawszy od wszystkich strategii promocyjnych jest przypadek Kenneya. Amerykanin nie przyjeżdża do Polski dlatego, że zobaczył film z drona nad Wawelem. Nie skusił go spot z pierogiem. Nie przekonał slogan. Wybrał Polskę, bo przez lata ją poznał. Bo ma tu ludzi. Język. Kulturę. Miasta. Pamięć. Poczucie przynależności.

I — rzecz szczególnie dla nas podejrzana — uważa ją za kraj normalny.

Dla Polaka normalność nie jest żadnym komplementem. Polak chciałby być wyjątkowy. Męczeński. Bohaterski. Mesjanistyczny. Co najmniej przedmurze.

Tymczasem największym cywilizacyjnym sukcesem Polski może być właśnie to, że zagraniczny profesor przyjeżdża tutaj i odkrywa rzecz skandalicznie mało romantyczną: da się żyć. Można wysłać dziecko do szkoły. Można wieczorem chodzić po mieście. Można pojechać pociągiem. Można dyskutować. Można protestować. Można wyjechać i wrócić. Można czytać książki, których rząd nie zatwierdził. Można narzekać na Polskę przez cały dzień, a wieczorem spokojnie pójść na kolację. To ostatnie jest wręcz naszym sportem narodowym.

Ale Kenney mówi jeszcze coś, co wydaje mi się ważniejsze niż pierogi, logotypy i wszystkie ministerialne prezentacje razem wzięte.

Silne państwo promuje się także przez ciekawość innych wobec siebie. Dajmy młodym naukowcom z zagranicy stypendia. Niech tu mieszkają. Niech badają Polskę. Także jej ciemne strony. Niech piszą rzeczy, które nam się nie podobają.

Francuzi, Niemcy czy Brytyjczycy od dawna rozumieją, że człowiek, który przez rok żyje w ich kraju, uczy się języka, poznaje ludzi i wraca do siebie, staje się częścią ich miękkiej siły. Polska jest już wystarczająco silna, by robić to samo — przekonuje Kenney.

I tu dochodzimy do naszej narodowej choroby. My najchętniej zaprosilibyśmy zagranicznego badacza pod warunkiem, że odkryje to, co mu wcześniej każemy odkryć. Może badać Polskę, ale z polskiego punktu widzenia. Może pisać historię, ale właściwą. Może zadawać pytania, byle odpowiedzi były patriotyczne.

To trochę jak zaprosić krytyka kulinarnego do restauracji i przed wejściem wręczyć mu gotową recenzję,  a potem dziwić się, że Michelin nie dzwoni. Pewność siebie narodu zaczyna się właśnie tam, gdzie kończy się potrzeba pilnowania każdego zdania o sobie.

Francja nie przestaje być Francją, kiedy ktoś napisze książkę o Vichy. Niemcy nie znikają, kiedy badacz opisuje nazizm. Ameryka nie rozpadała się przez publikacje o niewolnictwie. Państwo naprawdę silne nie potrzebuje rzecznika obecnego przy każdej kserokopiarce. I może właśnie tu znajduje się odpowiedź na pytanie, dlaczego nie umiemy promować Polski, bo wciąż próbujemy promować obraz, zamiast budować zainteresowanie rzeczywistością. Chcemy logo. Potrzebujemy relacji. Chcemy hasła. Potrzebujemy ciekawości. Chcemy kampanii.

Potrzebujemy ludzi, którzy tu przyjadą, zostaną rok, dwa, pięć, pokochają Wrocław, Szczecin albo Lublin, pokłócą się z urzędnikiem, zakochają się, nauczą mówić „proszę pani”, zaczną narzekać na PKP, odkryją Tokarczuk, polskich matematyków albo astronomów i wrócą do siebie z Polską w głowie.

To jest marka. Reszta to PowerPoint.

Korea Południowa nie stała się globalną marką dlatego, że ktoś wymyślił kimchi. Kimchi było wisienką. Pod spodem były Samsung, Hyundai, półprzewodniki, nauka, popkultura, seriale, technologia i wieloletnia konsekwencja.

Kenney mówi rzecz niemal obrazoburczą: Polska też ma naukę, matematykę, astronomię, fizykę — dziedziny, w których potrafi być naprawdę mocna. A my tymczasem nadal zastanawiamy się, czy cudzoziemiec bardziej pokocha nas przez oscypka czy przez haft łowicki.

Może więc następnego pełnomocnika do spraw marki Polski nie należy zatrudniać. Może należy zatrudnić dobrego księgowego. Niech pieniądze zamiast na kolejną strategię pójdą na czterdzieści stypendiów dla zagranicznych doktorantów.

Resztę zrobi Polska. Bo najlepsze, co można dziś o tym kraju powiedzieć, jest równocześnie najbardziej niepolskie: nie trzeba go wymyślać. On już istnieje. Trzeba tylko przestać mu przeszkadzać.

A pierogi? Pierogi zostawmy. Każda poważna marka powinna mieć przecież coś do jedzenia.

Felieton inspirowany artykułem: https://kulturaliberalna.pl/2026/08/25/polska-marka-zasluguje-na-cos-lepszego-niz-pierogi/


  1. KRZYSZOF BIELEJEWSKI

    POLAND, OR THE BRAND THAT DOESN’T KNOW IT IS A BRAND

    Poland has a certain problem with self-promotion. A country that, within a single generation, has travelled from vinegar on empty shop shelves to banking apps that work faster than you can change your mind still tends to introduce itself to the world rather like an aunt presenting the family at a wedding:

    “Here is Poland. We have Chopin, the Pope, pierogi and a great deal of history.”

    And then, just in case the foreigner is getting bored, we throw in the winged hussars.

    The funniest thing is that Poland today has a much better product than it has advertising.

    Usually, it is the other way round.

    In commerce, tap water is sold as “an Alpine spring experience”, yoghurt as a journey towards harmony, a car as freedom, and a phone as the meaning of life. Poland, meanwhile, has more than thirty years of genuine economic success, cities that no longer look like film sets for a drama about the twilight of socialism, fairly efficient infrastructure, excellent IT specialists, mathematicians, physicists and entrepreneurs, safe streets, and millions of people who have learned how to organise a country despite the country itself — and then it walks onto a conference stage and says:

    pierogi.

    Pierogi are, of course, very good.

    I have nothing against pierogi.

    But from the point of view of national branding, they have one drawback: almost every nation has discovered some way of wrapping meat or cheese in dough. The Chinese have dim sum, the Georgians khinkali, the Italians ravioli, while the Pole has the pieróg and the conviction that he has just revealed a unique civilisational code to the world.

    It is a little as if Switzerland promoted itself exclusively through cuckoo clocks, and Japan through rice.

    Padraic Kenney, an American historian who, after years of living between the United States and Poland, has now chosen Poland, makes a much more interesting point: a country’s real brand emerges when people want to come there, live there, study it, work there and return. Not because they saw a promotional video featuring a girl in Łowicz folk costume running through a field of poppies, but because the country itself is interesting.

    This is, incidentally, rather humiliating for the entire national-branding industry, because it may turn out that the best promotion Poland can get is not a seven-million-złoty campaign but a train that arrives on time.

    Or a university.

    Or a clean railway station.

    Or a foreigner who, after living here for five years, tells a friend:

    “Come over. It’s good here.”

    At which point the national-promotion department begins to resemble a man hired to advertise a bakery when the smell of fresh bread has already done the job.

    Unfortunately, we like departments.

    We also like plenipotentiaries.

    And we like reports even more.

    Which is precisely how we ended up with A Portrait of Poles, a report which — according to media accounts — had young Poles speaking Mandarin en masse, relocated Katowice to the north of the country, and subjected the Polish language to procedures after which even a corporate communications coach might have felt like Mikołaj Rej.

    The report was supposed to help create the Polish brand.

    And it did.

    For several days, the Polish brand became the ability to produce a report about Poland without properly checking Poland.

    It is difficult to imagine a more Polish promotional success.

    Yet the whole story is more interesting than the embarrassment of Barbara Mróz-Gorgoń herself, because it reveals something deeper.

    We still believe that a national brand can be invented at a workshop.

    Gather a dozen people in a hotel.

    Give them sticky notes.

    Write “POLISH DNA” on a flipchart.

    Someone says “hospitality”.

    Someone says “courage”.

    Someone says “tradition”.

    Someone says “innovation”.

    And after lunch a consultant appears and announces:

    “We need storytelling.”

    That is usually the moment when the trouble begins.

    A nation that, over the past three hundred years, has survived partitions, uprisings, occupation, communism, transformation, accession to NATO, accession to the European Union and Swiss-franc mortgages does not need storytelling.

    It already has a story.

    It merely needs to stop telling it badly.

    We even lost 1989 from a marketing point of view.

    The Germans had a wall.

    A wall is excellent.

    You can knock it down.

    You can photograph it.

    You can show it on television in five seconds.

    We had the Round Table.

    In other words, a piece of furniture.

    Visually, it was a catastrophe: a dozen solemn men sitting around an enormous table, leafing through documents.

    Try selling a revolution with footage of a supervisory-board meeting.

    A German swings a hammer at a wall.

    Havel flashes the V sign.

    Romania has dramatic images of Ceaușescu’s fall.

    And the Pole?

    The Pole negotiates Annex Four.

    No wonder the world remembers Berlin.

    We, meanwhile, are still arguing over whether the Round Table was a success, a betrayal, a conspiracy, a compromise, a collusion of elites or simply a badly chosen piece of furniture.

    And this is where the real problem of the Polish brand begins.

    We are incapable of being pleased with ourselves for very long.

    If we say that the transformation was a success, somebody immediately reminds us of its victims.

    If we say Poland is safe, somebody asks about the emergency room.

    If we praise Warsaw, somebody mentions housing prices.

    If we say we have excellent programmers, somebody appears whose e-government portal refused to accept an attachment.

    And all these objections will be partly true.

    The difference is that other countries have problems too — they simply do not make them their chief export product.

    A Frenchman does not begin a conversation about France with the national debt.

    An Italian does not introduce Tuscany by discussing administrative efficiency.

    For two hundred years, Americans sold the world the American Dream, even though millions of Americans woke up every morning in a very American nightmare.

    We, by contrast, have a remarkable talent for spotting a crack in our own monument before it has even been unveiled.

    Perhaps that is why Kenney’s case is more interesting than all national-branding strategies combined.

    The American did not come to Poland because he saw drone footage of Wawel Castle.

    He was not seduced by an advert featuring pierogi.

    No slogan convinced him.

    He chose Poland because, over the years, he came to know it.

    Because he has people here.

    A language.

    A culture.

    Cities.

    Memories.

    A sense of belonging.

    And — something particularly suspicious to us — he considers it a normal country.

    To a Pole, normality is not much of a compliment.

    A Pole would rather be exceptional.

    Martyr-like.

    Heroic.

    Messianic.

    At the very least, a bulwark of civilisation.

    And yet Poland’s greatest civilisational success may be precisely this: that a foreign professor comes here and discovers something scandalously unromantic:

    you can live here.

    You can send your child to school.

    You can walk through the city in the evening.

    You can take a train.

    You can argue.

    You can protest.

    You can leave and come back.

    You can read books that the government has not approved.

    You can complain about Poland all day and then go peacefully out for dinner in the evening.

    The last of these is practically our national sport.

    But Kenney says something else, something that seems to me more important than pierogi, logos and every ministerial presentation put together.

    A strong country also promotes itself by creating curiosity about itself in other people.

    Give scholarships to young foreign researchers.

    Let them live here.

    Let them study Poland.

    Including its darker chapters.

    Let them write things we dislike.

    The French, Germans and British have long understood that someone who spends a year in their country, learns the language, meets people and then returns home becomes part of their soft power. Poland is already strong enough to do the same.

    And this brings us to one of our national ailments.

    We would be delighted to invite foreign scholars, provided that they discover what we have already instructed them to discover.

    They may study Poland.

    But from the Polish point of view.

    They may write history.

    But the correct history.

    They may ask questions.

    As long as the answers are patriotic.

    It is rather like inviting a restaurant critic and handing him a finished review at the door.

    Then wondering why Michelin never calls.

    A nation’s self-confidence begins exactly where the need to police every sentence written about it ends.

    France does not cease to be France because someone writes a book about Vichy.

    Germany does not disappear because a scholar studies Nazism.

    America did not collapse because books were published about slavery.

    A genuinely strong country does not need a spokesman standing next to every photocopier.

    And perhaps this is the answer to the question of why we are so bad at promoting Poland.

    Because we keep trying to promote an image instead of building interest in reality.

    We want a logo.

    We need relationships.

    We want a slogan.

    We need curiosity.

    We want a campaign.

    What we need are people who come here, stay for a year, two, five, fall in love with Wrocław, Szczecin or Lublin, quarrel with an official, fall in love with someone else, learn to say proszę pani, start complaining about Polish Railways, discover Tokarczuk, Polish mathematicians or astronomers, and then go home with Poland still lodged in their heads.

    That is a brand.

    The rest is PowerPoint.

    South Korea did not become a global brand because somebody invented kimchi.

    Kimchi was the garnish.

    Underneath it were Samsung, Hyundai, semiconductors, science, pop culture, television dramas, technology and years of consistency.

    Kenney makes a point that is almost heretical: Poland, too, has science, mathematics, astronomy and physics — fields in which it can genuinely excel.

    And yet we are still wondering whether foreigners will love us more through oscypek cheese or Łowicz embroidery.

    Perhaps, then, we should not appoint another plenipotentiary for the Polish national brand.

    Perhaps we should hire a good accountant instead.

    And rather than spend the money on another strategy, let us fund forty scholarships for foreign doctoral students.

    Poland can do the rest.

    Because the best thing one can say about the country today is also the least Polish thing imaginable:

    it does not need to be invented.

    It already exists.

    We merely need to stop getting in its way.

    And the pierogi?

    Keep the pierogi.

    Every serious brand should have something to eat.

  2. Elzbieta Swiecicka

    Doskonała analiza, podaję dalej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights