
Piątek miał być dniem spokojnym. Lipiec, wakacje, Sejm powinien drzemać jak wczasowicz po obiedzie, politycy powinni leżeć pod partyjnymi parasolami, a państwo pracować w trybie letnim, czyli odpowiadać na pisma obywateli informacją, że z uwagi na sezon urlopowy odpowiedź nastąpi w terminie późniejszym, najlepiej po wyborach.
Tymczasem Rzeczpospolita postanowiła w piątek nie odpoczywać. Powołała prezesa Instytutu Pamięci Narodowej, wybrała rzeczniczkę praw obywatelskich, zakończyła dopłacanie kierowcom do paliwa, zapowiedziała starcie w Prawie i Sprawiedliwości, doprowadziła rodzinny spór o Polsat aż do Liechtensteinu, a następnie spojrzała w stronę Nowego Jorku, gdzie przed finałem mundialu oddychanie zaczęło przypominać palenie papierosów.
Na koniec zapytała jeszcze, czy potrafimy przestać być państwem absorpcyjnym i stać się państwem podmiotowym.
Odpowiedź brzmi: oczywiście, że potrafimy.
Trzeba tylko najpierw powołać komisję, przyjąć strategię, znaleźć źródło finansowania, uzyskać zgodę Senatu, poczekać na stanowisko prezydenta i sprawdzić, czy podmiotowość kwalifikuje się do refundacji ze środków europejskich.
Polska rzeczywiście jest państwem absorpcyjnym. Absorbuje wszystko. Fundusze unijne, technologie, paliwo, historię, dym znad Kanady, rodzinne konflikty miliarderów i każdą wypowiedź Przemysława Czarnka. Nie absorbuje tylko doświadczenia, ponieważ doświadczenie ma tę nieprzyjemną właściwość, że po absorpcji należałoby wyciągnąć wnioski.
A my wnioski składamy, ale ich nie wyciągamy.
Piątkowe posiedzenie Sejmu rozpoczęło się od historii, ponieważ historia jest w Polsce jedyną gałęzią gospodarki, która nigdy nie traci płynności. Zawsze można uruchomić nową linię produkcyjną pamięci, zwiększyć moce przerobowe rocznic i wypuścić kolejną serię sporów o to, kto cierpiał bardziej, kto pamięta uczciwiej i czyj dziadek stał po właściwej stronie pomnika.
Sejm poparł Mateusza Szpytmę na prezesa Instytutu Pamięci Narodowej. Za jego kandydaturą zagłosowało 226 posłów, przeciw było 194, a czterech wstrzymało się od głosu, zapewne z szacunku dla przyszłych podręczników, które kiedyś będą musiały ustalić, co właściwie mieli na myśli.
Szpytmę poparły PiS, Konfederacja, PSL i znaczna część Polski 2050. Była to koalicja tak szeroka ideowo, że mogłaby powstać jedynie wokół pamięci narodowej albo bezpłatnego bufetu. Z PiS zagłosowało za nim 168 posłów, z PSL 32, z Konfederacji 12, a z Polski 2050 ośmiu. Oto parlamentarna wspólnota, której nie udałoby się zbudować wokół podatków, mieszkań, energetyki ani pogody, ale która zawiązała się wokół instytucji zarządzającej przeszłością.
Przyszłość nadal nas dzieli. Przeszłość daje mandaty.
Donald Tusk natychmiast zapowiedział, że Senat kandydaturę Szpytmy odrzuci. Sejm zatem wybrał prezesa, o którym w chwili wyboru premier poinformował, że nie zostanie prezesem. Jest to polska odmiana sprawności instytucjonalnej: najpierw z pełną powagą podejmujemy decyzję, potem z równą powagą obiecujemy ją unieważnić, a na końcu obie strony ogłaszają zwycięstwo demokracji.
Można zapytać, po co było głosować. Ale byłoby to pytanie naiwne. Parlament nie głosuje wyłącznie po to, żeby coś ustalić. Parlament głosuje również po to, żeby każdy mógł pokazać, z kim stoi, przeciw komu siedzi i komu w przyszłości wypomni, że w lipcu 2026 roku nacisnął niewłaściwy przycisk.
IPN jest zresztą instytucją idealnie polską. Ma badać przeszłość, ale jego prezes wybierany jest przede wszystkim ze względu na przyszłość. Ma służyć prawdzie historycznej, jednak każda partia najpierw pyta, czy prawda będzie należycie reprezentowała jej klub parlamentarny. Ma budować wspólną pamięć, dlatego wybór jego szefa niemal automatycznie dzieli wspólnotę na pół.
Mateusz Szpytma, dotychczasowy wiceprezes Instytutu i historyk związany między innymi z badaniem losów rodziny Ulmów, ma niewątpliwe kompetencje. Problem polega na tym, że w dzisiejszej Polsce kompetencje są dopiero początkiem kłopotów. Potem trzeba jeszcze ustalić, kto kandydata poparł, kto go nie poparł, kto poparł go z niewłaściwego powodu i czy kandydat nie został przypadkiem skażony przez samo zetknięcie z poprzednikiem.
Poprzednikiem był Karol Nawrocki, który z fotela prezesa IPN przeszedł do Pałacu Prezydenckiego. W polskiej polityce historia nie tylko się powtarza. Historia awansuje.
Sejm wybrał tego samego dnia również Sylwię Gregorczyk-Abram na stanowisko rzecznika praw obywatelskich. Za znaną adwokatką zagłosowało 233 posłów, podczas gdy Adam Borowski, kandydat PiS, otrzymał 177 głosów. Teraz potrzebna jest zgoda Senatu, ale tym razem większość senacka nie zamierza demonstracyjnie zatrzasnąć drzwi, więc kandydatura powinna przejść.
W jednym dniu zobaczyliśmy zatem dwie procedury konstytucyjne. W pierwszej Sejm wybrał człowieka, którego Senat ma nie zatwierdzić. W drugiej Sejm wybrał kobietę, którą Senat ma zatwierdzić. Obywatel otrzymał dzięki temu pełną lekcję działania państwa: urząd jest niezależny, kandydat jest niezależny, izby są niezależne, tylko wynik da się opowiedzieć przed rozpoczęciem głosowania.
Sylwia Gregorczyk-Abram współtworzyła inicjatywę Wolne Sądy, broniła sędziów krytykujących pisowskie reformy wymiaru sprawiedliwości, występowała przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka i deklaruje, że chce być adwokatką wszystkich obywateli, szczególnie tych najsłabiej słyszalnych.
To ambitne zadanie. W Polsce najsłabiej słyszalny jest bowiem zazwyczaj obywatel, który nie ma rzecznika prasowego, konta w mediach społecznościowych, znajomego posła ani traktora zdolnego zablokować drogę krajową. Człowiek taki może pisać pisma, wnosić skargi i powoływać się na konstytucję, ale państwo rozpoznaje jego obecność dopiero wtedy, gdy przestaje płacić podatek.
Gregorczyk-Abram powiedziała, że rzecznik ma pilnować, aby między konstytucyjną obietnicą ochrony praw a doświadczeniem obywatela nie powstawała przepaść. Przepaść już powstała. Ma miejscami sześć pasów, kilka poziomów administracyjnych i pobiera opłatę za parkowanie. Nowa rzeczniczka będzie więc miała nie tyle zapobiegać jej powstaniu, ile budować nad nią most, podczas gdy każda kolejna władza będzie z drugiej strony przeprowadzała remont nawierzchni.
Jej wybór jest jednak wiadomością dobrą. W polskim życiu publicznym dobra wiadomość zawsze wymaga chwili przyzwyczajenia. Człowiek czyta ją dwa razy, szuka ukrytego skandalu, sprawdza nazwisko małżonka, miejsce zatrudnienia kuzyna i księgę wieczystą, a kiedy niczego nie znajduje, odkłada telefon z lekkim poczuciem zawodu.
Na szczęście rząd szybko przywrócił narodową równowagę psychiczną, informując, że program Ceny Paliwa Niżej nie zostanie przedłużony.
CPN był nazwą genialną, ponieważ starsi Polacy natychmiast przypomnieli sobie Centralę Produktów Naftowych, stacje z czasów PRL, etylinę, fiata 125p i zapach, który przenikał kierowcę na długo przed wynalezieniem samochodowych choinek zapachowych. Rząd nazwał jednak CPN program „Ceny Paliwa Niżej”, dzięki czemu obywatel już z samego skrótu wiedział, że benzyna ma kosztować mniej, choć nie wiedział jeszcze, kto zapłaci różnicę.
Odpowiedź, jak zwykle, brzmiała: wszyscy.
Program kosztował budżet około 4,7 miliarda złotych. Obniżono VAT i akcyzę, wprowadzono maksymalne ceny, a kierowca na stacji miał poczuć, że państwo stoi obok dystrybutora i życzliwie przytrzymuje mu portfel. Kierowca był zadowolony, ponieważ zapłacił mniej. Podatnik też byłby zadowolony, gdyby nie był tą samą osobą.
Donald Tusk powiedział, że budżet nie może bez końca finansować tańszego paliwa. Rząd długo utrzymywał, jak podkreślił premier, najniższe ceny w Europie, lecz wytrzymałość finansów publicznych ma swoje granice. Zwłaszcza że Bliski Wschód przypomina karuzelę: dzisiaj rozejm, jutro wojna, pojutrze znów rozejm, a popojutrze bombardowanie.
Jest to argument rozsądny. Państwo nie może na stałe udawać, że ropa nie drożeje, wojny nie wpływają na rynek, a budżet jest studnią bez dna. Studnia ma dno. Zwykle odkrywamy je po wyborach.
Kierowca oczywiście nie przyjmie tego z entuzjazmem. Kierowca uważa benzynę za prawo człowieka drugiej generacji. Państwo powinno zapewnić mu tani przejazd, pustą drogę, bezpłatny parking, brak fotoradarów i możliwość dojechania samochodem pod same drzwi apteki, najlepiej przez jej główną salę.
Kiedy paliwo tanieje, jest to naturalny porządek gospodarczy. Kiedy drożeje, jest to osobista zdrada premiera.
Polska transformacja przez lata polegała właśnie na absorbowaniu. Braliśmy zachodni kapitał, zachodnie technologie, zachodnie instytucje, pieniądze z Unii, standardy, autostrady, fabryki, know-how i używane samochody, najchętniej z przebiegiem tak uczciwym jak kampania wyborcza. Uczyliśmy się szybko, budowaliśmy szybciej, doganialiśmy tych, którzy zaczynali znacznie wcześniej. III Rzeczpospolita odniosła dzięki tej logice historyczny sukces. Polska awansowała do grona największych gospodarek świata, dokonała skoku, którego nie należy pomniejszać tylko dlatego, że narzekanie jest u nas ważniejszym składnikiem tożsamości niż hymn.
Problem zaczyna się teraz. Państwo absorpcyjne potrafi wziąć cudzy pomysł, pieniądz i technologię, a następnie wykorzystać je sprawniej, taniej i z większą liczbą załączników. Państwo podmiotowe musi samo zdecydować, dokąd zmierza, co chce wytwarzać, w czym zamierza być najlepsze i za co jest gotowe zapłacić.
A to wymaga rzeczy dla nas szczególnie trudnej: zgody, że nie wszystko da się mieć jednocześnie.
Nie można bez końca utrzymywać taniego paliwa, wysokich wydatków socjalnych, rekordowych nakładów na obronność, niskich podatków, bezpłatnej ochrony zdrowia, hojnych emerytur i deficytu, który ma być niewielki z powodów patriotycznych. Nie można jednocześnie żądać podmiotowości i czekać, aż Bruksela sfinansuje jej dokumentację projektową.
Polska chce być suwerenna, ale najlepiej na refundację.Chce własnych technologii, lecz zamawia gotowe.Chce silnego przemysłu, ale prąd ma być tani, podatki niskie, pracownik wykwalifikowany, a inwestycja najlepiej zakończona przed konferencją prasową.Chce podejmować decyzje samodzielnie, pod warunkiem że ktoś wcześniej przygotuje trzy warianty, analizę ryzyka i środki z KPO.
Państwo absorpcyjne przypomina bardzo zdolnego ucznia, który świetnie przepisuje notatki, szybko rozwiązuje znane zadania i zawsze wie, od kogo pożyczyć cyrkiel. Państwo podmiotowe musi pewnego dnia samo ułożyć pytanie. Wtedy zaczynają się schody, ponieważ odpowiedź nie znajduje się na końcu podręcznika.
Jeszcze lepiej polską trudność z podmiotowością pokazało Prawo i Sprawiedliwość. Partia ta przez lata absorbowała prawicę. Wchłaniała ludowców, narodowców, konserwatystów, republikanów, dawnych liberałów, solidarnościowców, telewizyjnych komentatorów i każdego, kto umiał powiedzieć „suwerenność” bez zaglądania do kartki.
Teraz proces absorpcji najwyraźniej się odwraca i poszczególne frakcje zaczynają wychodzić z organizmu.
Mateusz Morawiecki ma stowarzyszenie Rozwój Plus. Jacek Sasin i jego środowisko stworzyli Po Pierwsze Polska. Są jeszcze inne fora, zakony, kluby, skrzydła, płuca, nurty i okolice. PiS zaczyna przypominać centrum handlowe prawicy, w którym każdy najemca ma własny szyld, ochronę i promocję weekendową, ale wszyscy nadal twierdzą, że budynek należy do jednego właściciela.
Władze partii postawiły ludziom Morawieckiego ultimatum: albo PiS, albo stowarzyszenie. Morawiecki nie zamierza rezygnować ani z Rozwoju Plus, ani z planowanego na 31 lipca grilla. Przyszłość polskiej prawicy rozstrzygnie się więc zapewne nad kiełbasą. Nie pierwszy raz los państwa zależy od tego, kto trzyma szczypce, kto podkłada węgiel i komu przypadnie najbardziej przypieczony kawałek.
Przemysław Czarnek przyznał, że „jakieś starcie jest przed nami”, a jednocześnie zaapelował o „pokój na prawicy”. Jest to konstrukcja logiczna tak piękna, że powinna zostać wpisana do programu szkolnego. Starcie jest przed nami, ale prosimy o pokój. Miecz już wyjęty, armaty ustawione, listy zdrajców wydrukowane, tylko atmosfera ma pozostać koleżeńska.
Czarnek patrzył podobno na wydarzenia z zażenowaniem. To budujące, bo oznacza, że polska polityka zachowała jeszcze zdolność zawstydzania nawet swoich twórców.
Jarosław Kaczyński domaga się jedności, Morawiecki domaga się własnego języka, a Czarnek domaga się pokoju przed starciem. Każdy chce dobrze. Problem w tym, że każdy chce dobrze przede wszystkim dla siebie.
PiS może teraz przeżyć własną „Sukcesję”, tyle że bez eleganckich wieżowców, za to z grillem i posiedzeniem komitetu politycznego. Rodzina polityczna walczy o dorobek ojca założyciela, potencjalni następcy patrzą na siebie z miłością właściwą ludziom, którzy właśnie liczą cudze delegacje, a wszyscy zapewniają, że najważniejsze jest dobro firmy.
Los dopisał do tego drugą „Sukcesję”, już całkiem dosłowną. Zygmunt Solorz przegrał w Liechtensteinie spór z dziećmi o kontrolę nad Grupą Polsat Plus. Sąd Konstytucyjny utrzymał wcześniejsze rozstrzygnięcie dotyczące fundacji TiVi. Piotr Żak, Aleksandra Żak i Tobias Solorz zachowują wpływ wynikający ze zmian w statucie fundacji dokonanych 2 sierpnia 2024 roku. Solorz dzień później chciał się z tych zmian wycofać, twierdząc, że został wprowadzony w błąd.
Większość ojców przekazuje dzieciom mieszkanie, samochód albo komplet kryształów po babci. Miliarder przekazuje imperium medialne, po czym następnego dnia stwierdza, że jednak nie był gotowy emocjonalnie.
Rodzinna kłótnia warta miliardy musiała oczywiście toczyć się w Liechtensteinie, bo zwykły polski sąd rejonowy nie zapewniłby jej odpowiedniej scenografii. W Liechtensteinie nawet konflikt przy śniadaniu brzmi jak operacja finansowa.
Prawnicy dzieci oznajmili, że spór został definitywnie zakończony. Prawnik Solorza oznajmił, że Trybunał dostrzegł naruszenie jego praw i że biznesmen podejmie wszelkie środki dla zabezpieczenia swoich interesów. Zakończenie jest więc definitywne w takim sensie, w jakim definitywnie kończy się serial po zapowiedzi następnego sezonu.
Sukcesja jest zresztą jednym z problemów państwa absorpcyjnego. Potrafimy stworzyć przedsiębiorstwo, majątek, partię, instytucję albo medialne imperium. Gorzej z chwilą, kiedy twórca powinien oddać ster i uznać, że świat może się obracać także bez jego dłoni na pokrętle.
W Polsce założyciel nie odchodzi. Założyciel zostaje odsunięty, zdradzony, skrzywdzony, przywrócony, ponownie odsunięty i na końcu udziela wywiadu, w którym wyjaśnia, że tylko on rozumie własne dzieło.
Państwo podmiotowe powinno umieć trwać dłużej niż jego ojcowie założyciele. Powinno mieć instytucje, które nie zmieniają charakteru wraz z nazwiskiem prezesa, historię, której nie trzeba przepisywać po każdych wyborach, i strategię, która obowiązuje dłużej niż jedno wystąpienie premiera.
Tymczasem po drugiej stronie oceanu Donald Trump wygłosił orędzie do narodu. Zapowiadano ujawnienie nowych dowodów na oszustwa wyborcze i ingerencję Chin, ale według amerykańskich mediów prezydent głównie powtórzył znane wcześniej, wielokrotnie podważane oskarżenia. Część największych telewizji nie transmitowała wystąpienia.
Dawniej brak transmisji prezydenckiego orędzia oznaczałby przewrót wojskowy albo awarię nadajnika. Dzisiaj oznacza, że stacje uznały, iż widzowie widzieli już ten odcinek.
Trump jest politykiem podmiotowym aż do przesady. Nie absorbuje cudzych poglądów. To cudza rzeczywistość musi absorbować jego poglądy. Jeżeli fakty nie pasują, powinny zostać zbadane przez Departament Bezpieczeństwa Krajowego.
Amerykański prezydent przekonuje, że media ukrywają prawdę. Media przekonują, że prezydent powtarza nieprawdy. Obywatel musi wybrać między człowiekiem, który nie ufa telewizji, a telewizją, która nie ufa człowiekowi. Demokracja działa dzięki temu znakomicie, tylko coraz trudniej ustalić, na czym.
Na Ukrainie do kierownictwa Naftogazu wszedł były żołnierz i menedżer naftowy. Tam państwo nie ma luksusu długich seminariów o przechodzeniu od absorpcji do podmiotowości. Rosyjskie rakiety potrafią bardzo szybko uporządkować hierarchię priorytetów. Infrastruktura energetyczna musi przetrwać zimę, firma musi działać pod ostrzałem, a człowiek odpowiedzialny za paliwo powinien rozumieć jednocześnie biznes, logistykę i wojnę.
My możemy dyskutować, czy strategię przyjąć w trzecim, czy czwartym kwartale. Ukraińcy muszą ją wykonywać przed następnym nalotem.
Nie oznacza to, że wojna automatycznie tworzy dobre państwo. Tworzy za to brutalny test podmiotowości. Czy umiesz podjąć decyzję, kiedy nie istnieje wariant bezpieczny? Czy potrafisz zbudować własną zdolność, zamiast tylko czekać na dostawę? Czy wsparcie sojuszników staje się fundamentem siły, czy kroplówką, bez której organizm przestaje funkcjonować?
Te pytania dotyczą także Polski, choć zadajemy je w cieplejszych salach i przy lepszym cateringu.
W Nowym Jorku natura postanowiła tymczasem wystawić własny komentarz do mundialu. Dym z pożarów kanadyjskich lasów obniżył jakość powietrza do tego stopnia, że całodzienny pobyt na zewnątrz porównywano ze szkodliwością wypalenia dziesięciu papierosów. Trzy godziny miały odpowiadać mniej więcej dwóm i pół papierosa. W Chicago odwołano spotkanie MLS, przez co Robert Lewandowski nie doczekał się planowanego debiutu, ale finał Hiszpania–Argentyna na MetLife Stadium w New Jersey ma się odbyć.
Władze zalecają mieszkańcom, aby nie wychodzili z domów i unikali wysiłku fizycznego. FIFA zaleca piłkarzom, aby wybiegli na boisko i przez dziewięćdziesiąt minut wykonali maksymalny wysiłek fizyczny.
Obie instytucje niewątpliwie kierują się troską o zdrowie.
Futbol współczesny osiągnął stadium, w którym zawodnik nie musi już palić, aby rozegrać mecz jak palacz. Wystarczy, że oddycha.
Kibic kupi bilet, koszulkę, napój, polisę podróżną, a w pakiecie otrzyma kilka papierosów bez konieczności ich zapalania. To się nazywa nowoczesna gospodarka doświadczeń.
Wszystkie piątkowe historie łączy jedna rzecz: pytanie, czy umiemy być sprawcami, czy tylko sprawnie reagujemy na świat wymyślony przez innych.
IPN ma ustalić, kto jest gospodarzem pamięci. RPO ma pilnować, żeby gospodarz państwa nie wyrzucał obywatela z domu. Rząd kończy paliwową ochronę, bo nie może w nieskończoność poprawiać cen ustalanych przez wojny, ropę i Donalda Trumpa. PiS próbuje ustalić, kto odziedziczy partię. Solorz walczy o imperium, które już przekazał dzieciom. Ukraina szuka ludzi zdolnych utrzymać energetykę pod ostrzałem. FIFA organizuje finał w atmosferze, którą można kupować na sztuki w kiosku.
A my pytamy, jak przestać być państwem absorpcyjnym.
Może najpierw trzeba przestać rozumieć podmiotowość jako głośne mówienie „nie”. Odmowa bywa przejawem siły, ale czasem jest tylko brakiem pomysłu. Państwo podmiotowe nie jest państwem, które niczego od nikogo nie bierze. Takie państwo nie istnieje, chyba że jest Koreą Północną i bierze potajemnie.
Podmiotowość polega na tym, że wiadomo, po co się absorbuje. Kapitał, technologie, sojusze i fundusze nie są celem, lecz narzędziem. Trzeba umieć użyć ich tak, aby po zakończeniu programu pozostało coś więcej niż tablica pamiątkowa, konferencja prasowa i segregator z rozliczeniem.
Autostrada powinna prowadzić dokądś także po przecięciu wstęgi. Uniwersytet powinien produkować wiedzę, a nie tylko absolwentów. Armia powinna umieć walczyć także wtedy, gdy skończy się prezentacja. Instytucja powinna być silniejsza od prezesa. Firma powinna przetrwać sukcesję. Partia powinna mieć program wykraczający poza pytanie, kto przejmie gabinet po wodzu.
A obywatel powinien wiedzieć, że państwo widzi go również wtedy, kiedy nie tankuje, nie głosuje i nie stoi na tle pomnika.
Piątek pokazał, że Polska ma energię, ambicję, instytucje i pieniądze. Ma nawet kilka wizji przyszłości, choć każda należy do innej frakcji. Brakuje jej nie zdolności, lecz cierpliwości do budowania rzeczy, których nie da się natychmiast wpisać do spotu wyborczego.
Państwo absorpcyjne pyta: ile możemy dostać?
Państwo podmiotowe pyta: co chcemy zbudować?
Polska natomiast pyta: kto będzie prezesem, kto za to zapłaci, czy Senat się zgodzi i dlaczego paliwo znowu drożeje.
Potem zaczyna weekend.

Dodaj komentarz