
Środa przyniosła wiadomość, która ostatecznie potwierdza, że Polacy są narodem wyjątkowym.
Połowa obywateli uważa, że sytuacja w kraju jest zła, większość źle ocenia politykę, rząd traci poparcie, opozycja rozpada się na oczach widzów, prezydent wetuje ustawy, Trump grozi Iranowi, płonie Hiszpania, a Rosja ponosi dotkliwe straty.
Polak analizuje to wszystko uważnie, wzdycha, mówi: „Nie wiadomo, co będzie”, po czym jedzie kupić nową pralkę.
Sprzedaż detaliczna wzrosła w czerwcu o 6,2 procent rok do roku, znacznie mocniej, niż przewidywali ekonomiści. Ekonomiści prognozowali 4,8 procent, ponieważ ekonomiści tradycyjnie nie docenili siły człowieka, który po obejrzeniu wiadomości czuje nagłą potrzebę nabycia telewizora z większym ekranem.
Polski konsument nie umarł. Polski konsument nawet nie zwolnił. Polski konsument biegnie przez galerię handlową z kartą w jednej ręce i raportem o nadchodzącej katastrofie w drugiej.
GUS twierdzi, że kupujemy. CBOS twierdzi, że się martwimy. Obie instytucje mają rację. Polak jest zaniepokojonym optymistą konsumpcyjnym. Nie wierzy w przyszłość państwa, ale głęboko wierzy, że warto kupić dziś narożnik z funkcją spania, ponieważ jutro może być droższy, a pojutrze państwo się rozpadnie i przynajmniej będzie na czym usiąść.
Tylko 28 procent badanych dobrze ocenia sytuację w kraju, a połowa źle. Jednocześnie 63 procent jest zadowolonych z poziomu życia swojej rodziny, a 64 procent dobrze ocenia własne warunki materialne.
W domu jest więc całkiem dobrze, ale za drzwiami trwa katastrofa narodowa. Lodówka pełna. Samochód zatankowany. Dziecko ma nowe buty. Wakacje zarezerwowane. Telewizor właśnie przyjechał. Tylko Polska upada. Przeciętny obywatel siedzi na nowej kanapie, pije kawę z automatycznego ekspresu i z ponurą miną wyjaśnia rodzinie: — Za chwilę nie będzie czego zbierać. Następnie sprawdza w telefonie status przesyłki z robotem kuchennym.
To niezwykłe rozdwojenie nie jest jednak głupie. Można dobrze oceniać własną sytuację i źle oceniać stan instytucji, ochrony zdrowia czy polityki. Problem zaczyna się wtedy, gdy obraz państwa powstaje nie z osobistego doświadczenia i faktów, lecz z niekończącego się strumienia alarmów. Każdy dzień przynosi piętnaście „wstrząsów”, dziewięć „miażdżących sondaży”, siedem „potężnych ciosów”, cztery „końce pewnej epoki” i jeden materiał o produkcie spożywczym, który po czterdziestu latach jedzenia nagle okazał się śmiertelny.
Człowiek rano dowiaduje się, że kawa szkodzi sercu. W południe, że chroni przed chorobami. Wieczorem kardiolodzy pozwalają pić pięć filiżanek dziennie. To akurat najlepsza wiadomość środy. Pięć filiżanek kawy jest bezpieczne. Prawdopodobnie dlatego, że bez pięciu filiżanek nie da się już śledzić polskiej polityki.
Pierwsza kawa jest potrzebna na wiadomości gospodarcze. Druga na sondaże. Trzecia na konflikt Morawieckiego z Kaczyńskim. Czwarta na wyjaśnienia Daniela Obajtka, dlaczego podpisał dwie sprzeczne deklaracje i nadal pozostaje lojalny wobec wszystkich. Piąta na Karola Nawrockiego, który właśnie zawetował coś, co rząd teraz zamierza przeciąć na pół.
Kardiolodzy powinni dopisać zastrzeżenie: pięć filiżanek dziennie jest bezpieczne pod warunkiem, że pacjent nie ogląda jednocześnie konferencji PiS. Rozłam w tej partii jest coraz bliżej. Otoczenie Mateusza Morawieckiego wierzy nawet w dwucyfrowe poparcie dla nowego ugrupowania. To znaczący postęp, ponieważ jeszcze we wtorek partia nie istniała, a w środę już miała dwucyfrowy wynik. W tym tempie do piątku wygra wybory, w sobotę utworzy rząd, a w niedzielę Morawiecki ogłosi, że od poniedziałku Polska będzie bogatsza od Szwajcarii.
Mateusz Morawiecki zawsze najlepiej radził sobie w dziedzinie przyszłych sukcesów. Budował przyszłe mieszkania, przyszłe samochody elektryczne, przyszłe promy, przyszłe elektrownie i przyszły dobrobyt. Teraz buduje przyszłą partię z przyszłym poparciem oraz przyszłymi posłami, którzy obecnie deklarują przyszłą lojalność, o ile wcześniej nie podpiszą teraźniejszej lojalności wobec Kaczyńskiego.
Do utworzenia klubu potrzeba piętnastu posłów. Morawiecki liczy swoich ludzi. Nie jest to łatwe, ponieważ polityk PiS może rano należeć do Morawieckiego, przed obiadem podpisać deklarację Kaczyńskiego, po południu wezwać do jedności, a wieczorem wystąpić w telewizji jako przeciwnik frakcyjności reprezentujący jedną z frakcji. To nowa matematyka partyjna. Jeden poseł plus jeden podpis nie zawsze daje jednego lojalnego posła. Czasami daje dwa oświadczenia, trzy sprostowania i Daniela Obajtka.
Rzecznik PiS Rafał Bochenek ogłosił, że termin na złożenie deklaracji jest ostateczny, a skutki jego upływu nieodwracalne. Brzmiało to jak ostrzeżenie na opakowaniu materiału wybuchowego. „Nie otwierać po czwartku. Nie zbliżać do Morawieckiego. Chronić przed dziećmi, wilgocią i samodzielnym myśleniem”.
PiS postanowił uratować jedność partii przez usunięcie wszystkich, którzy rozumieją ją inaczej niż prezes. Jest to metoda chirurgiczna znana z leczenia bólu głowy za pomocą odcięcia głowy. Pacjent przestaje narzekać, a lekarz może ogłosić sukces. Partia przez lata przekonywała, że różnorodność zagraża wspólnocie. Teraz odkrywa, że wspólnota składa się z ludzi, a ludzie — ku zaskoczeniu kierownictwa — posiadają ambicje.
Morawiecki zapewnia, że chce pozostać w PiS. Chce tylko własnego stowarzyszenia, własnych ludzi, własnego programu i możliwości prowadzenia samodzielnych negocjacji. To nie jest rozłam. To jedność z osobnym wejściem, kasą, regulaminem i parkingiem. Jarosław Kaczyński apelował wcześniej o łyk zimnej wody. Najwyraźniej Morawiecki wypił kawę. Do pięciu filiżanek wolno.
Rząd także przeżywa trudniejsze chwile. Polacy szczególnie źle oceniają jego działania w ochronie zdrowia. Trudno się dziwić. Ochrona zdrowia jest jedynym miejscem, w którym pacjent może jednocześnie usłyszeć, że lekarzy brakuje, lekarze pracują za dużo, niektórzy zarabiają za dużo, pieniędzy brakuje, szpitale są zadłużone, a najbliższy termin badania przypada po planowanej reformie systemu, czyli nigdy.
Pacjent dzwoni do przychodni.
— Chciałbym się zapisać do specjalisty.
— Pilne?
— Tak.
— W takim razie luty.
— Tego roku?
— Proszę nie utrudniać.
Rząd znalazł natomiast sposób na prezydenckie weto. Ustawę zawetowaną przez Karola Nawrockiego zamierza podzielić na dwie części. To rozwiązanie genialne w swojej prostocie. Jeżeli prezydent nie chce połknąć całej ustawy, podamy mu ją w plasterkach. Być może nie zauważy.
Karol Nawrocki zawetował projekt dotyczący między innymi blokowania nielegalnych treści w internecie. Rząd wyjął z niego przepisy, które mogą liczyć na podpis, i zamierza przesłać je ponownie.
Zaczyna się ustawowy catering degustacyjny.
— Panie prezydencie, może kawałeczek cyfryzacji?
— Nie, dziękuję. Czy zawiera ideologię?
— Śladowe ilości Unii Europejskiej.
— Weto.
— A gdybyśmy przekroili?
— Wtedy rozważę prawą połowę.
Jeżeli metoda się przyjmie, każdą ustawę trzeba będzie dostarczać do Pałacu w częściach. Najpierw artykuły parzyste. Potem nieparzyste. Oddzielnie przecinki, przypisy oraz załącznik, żeby prezydent nie przestraszył się objętości. Nawrocki będzie podpisywał ustawy na raty jak meble z katalogu. W poniedziałek przyjdzie blat, we wtorek nogi, w środę śruby, a w czwartek Pałac poinformuje, że konstrukcja narusza suwerenność polskiego stołu. Andrzej Duda był długopisem. Karol Nawrocki jest nożyczkami. Rząd dostarcza ustawę, prezydent ją przecina, a potem wszyscy próbują ustalić, czy z kawałków da się jeszcze złożyć państwo.
Na szczęście za granicą panuje jeszcze większy rozsądek. Donald Trump zagroził Iranowi zasadą: jedna elektrownia za jeden statek. Jeżeli Iran zaatakuje amerykański okręt, Stany Zjednoczone zniszczą irańską elektrownię. Dyplomacja osiągnęła więc etap promocji supermarketowej.
Jeden statek — jedna elektrownia. Dwa tankowce — trzecia rafineria gratis. Przy zakupie pełnego konfliktu klient otrzymuje kryzys paliwowy bez dodatkowych opłat.
Trump traktuje politykę międzynarodową jak człowiek, który prowadzi skład budowlany i ma osobisty konflikt z klientem. Wszystko można przeliczyć na sztuki. Statek kosztuje elektrownię. Dron kosztuje bazę. Obelga kosztuje cło. Dym z Kanady kosztuje odszkodowanie. Krytyczny artykuł kosztuje proces. Pokój kosztuje Pokojową Nagrodę, najlepiej przyznaną Donaldowi Trumpowi.
Problem polega na tym, że elektrownia nie jest żetonem w grze. Dostarcza energię szpitalom, wodociągom, domom i ludziom, którzy nie podejmują decyzji o atakowaniu statków. Wojskowa arytmetyka bardzo łatwo staje się cywilnym pogrzebem, ale Trump lubi zasady, które mieszczą się na czapce.
„Jedna elektrownia za jeden statek” brzmi znacznie lepiej niż analiza strategiczna, prawo międzynarodowe i ocena skutków dla ludności. Jest krótkie, silne i nie wymaga tabeli — chyba że tabelę tworzy Morawiecki.
Rosja także miała kiepską środę. Ukraińskie ataki zniszczyły centra logistyczne Wildberries, nazywanego rosyjskim Amazonem. Straty mają być ogromne, tysiące sprzedawców mogą nie otrzymać odszkodowań, a odbudowa potrwa nawet dwa lata. Wojna dotarła więc do najbardziej wrażliwego punktu współczesnego imperium: przesyłki.
Rosjanin może znieść propagandę, mobilizację, sankcje, rosnące ceny i brak części zamiennych. Ale kiedy aplikacja pokazuje „termin dostawy nieznany”, zaczyna podejrzewać, że operacja specjalna nie przebiega zgodnie z planem. Kreml przez lata opowiadał obywatelom, że wojna toczy się gdzieś daleko, zwycięsko i bez wpływu na ich życie. Teraz wojna pojawia się w powiadomieniu: „Pańska przesyłka z patriotycznym kubkiem i chińskimi skarpetami została opóźniona z powodu celnego uderzenia drona”.
Rosyjski Amazon poszedł z dymem, choć nie był Amazonem. To właściwie symbol całego putinowskiego systemu. Wszystko jest kopią czegoś zachodniego, tylko działa gorzej, jest bardziej powiązane z władzą i łatwiej płonie.
W Hiszpanii natomiast naprawdę płonęły lasy. Ogień strawił ponad 26 tysięcy hektarów w prowincji Guadalajara, a mieszkańców wielu miejscowości trzeba było ewakuować. To informacja, przy której żart powinien na chwilę zamilknąć. Pożary, powodzie i fale upałów przestały być rzadkimi katastrofami, a stają się stałym elementem europejskiego lata. Politycy nadal potrafią godzinami spierać się o to, czy klimat jest ideologią, podczas gdy klimat podpala kolejną prowincję i nie czeka na wynik głosowania.
Natura ma tę przewagę nad parlamentem, że nie można jej zawetować. Można wprawdzie podzielić ustawę klimatyczną na pół, ale pożar i tak przeczyta całość.
Dla równowagi Magda Butrym rusza na podbój rynku amerykańskiego i otwiera butik w Nowym Jorku. Polska moda wchodzi do Stanów Zjednoczonych w chwili, gdy polska polityka próbuje wyjść sama z siebie. To dobry układ. My wysyłamy Amerykanom eleganckie ubrania. Oni przysyłają nam pomysły Donalda Trumpa. Bilans handlowy pozostaje niekorzystny, ale przynajmniej dobrze wygląda.
Polscy konsumenci zapewne pomogą także krajowej modzie. Skoro sprzedaż detaliczna rośnie, nastroje spadają, a kawa jest zdrowa, mamy gotowy model życia na drugą połowę roku: Wstajemy rano. Pijemy pierwszą kawę. Czytamy, że kraj zmierza w złym kierunku. Pijemy drugą. Kupujemy buty. Przy trzeciej obserwujemy rozpad PiS-u. Przy czwartej rząd kroi ustawę dla prezydenta. Przy piątej Trump wymienia statek na elektrownię. Wieczorem CBOS pyta nas, czy jesteśmy zadowoleni z życia. Odpowiadamy: — Z własnego tak. Z kraju nie. I to jest chyba najuczciwsze podsumowanie środy.
Prywatnie Polacy są zaradni, aktywni i całkiem zadowoleni. Pracują, kupują, remontują, podróżują i rozwiązują codzienne problemy. Zbiorowo oglądają jednak przedstawienie, w którym Morawiecki liczy posłów do nieistniejącej partii, Kaczyński zbiera deklaracje wierności, Nawrocki ćwiartuje ustawy, rząd gasi pożary sondażowe, a Trump wycenia elektrownie w statkach.
Nic dziwnego, że obywatel nie ufa kierunkowi państwa. Kierowcy od kilku godzin kłócą się o kierownicę, prezydent naciska hamulec, opozycja próbuje wysiąść podczas jazdy, a rzecznik zapewnia, że skutki minięcia czwartkowego zjazdu będą nieodwracalne.
Pasażer zachowuje się racjonalnie. Zapina pasy, pije kawę i zamawia nową pralkę. Skoro nie wiadomo, dokąd jedziemy, przynajmniej po przyjeździe będzie można zrobić pranie.

Dodaj komentarz