
(sześć wojen już zamknął, teraz wystawia Donbas na Allegro)
W Białym Domu trwał spektakl, który równie dobrze mógłby nosić tytuł „Pokój: Sezon 2, odcinek pilotowy”. W rolach głównych: Donald Trump – samozwańczy mesjasz od gaszenia wojen, i Wołodymyr Zełenski – człowiek, który chciałby usłyszeć coś konkretnego, a słyszy głównie autopromocję.
Trump otworzył konferencję z przytupem:
„Rozstrzygnąłem sześć wojen w sześć miesięcy.”
Nikt nie zapytał, które to były wojny, ale kto by się czepiał szczegółów – w końcu najważniejsze jest, żeby liczba była okrągła i dobrze brzmiała w nagłówkach.
Zełenski mówił poważnie: o broni, wymianie jeńców, codziennych atakach, o tym, że Rosję można zmusić do pokoju tylko siłą. W zamian usłyszał od Trumpa:
„Uwielbiam Ukraińców. Uwielbiam Rosjan. Uwielbiam wszystkich.”
Brzmiało to jak finał wyborów Miss Universe, gdzie kandydatki recytują obowiązkową formułkę: „Pokój na świecie i dziękuję jury”.
A kiedy padło pytanie o amerykańskie wsparcie militarne, Trump bez mrugnięcia okiem wyłożył filozofię dealmakera:
„Nie dajemy teraz nic, sprzedajemy.”
Czyli miłość do ludzkości ludzkością, ale rachunek wystawiony i cennik obowiązuje.
Potem dorzucił jeszcze większą perełkę:
„Chciałbym, żeby zawieszenie broni nastąpiło, bo wtedy zabijanie się kończy. Ale rozumiem, że pokój można osiągnąć, kiedy będą jeszcze walczyć.”
Logika godna telewizyjnego producenta: nie wyłączajcie kamer, bo dramat musi się toczyć, dopóki oglądalność nie spadnie.
Handel terytoriami jak na giełdzie bydła
I tu dochodzimy do clou całego przedstawienia. Trump zasugerował, że „musimy również dyskutować możliwości wymiany terytoriów, biorąc pod uwagę obecną linię frontu”. Brzmi to jak fragment rozmowy biznesmena, który właśnie negocjuje zakup działki pod pole golfowe:
– Ile pan chce za Donbas?
– A co, jak dorzucę Krym gratis?
Dla Trumpa mapa Europy to jak plansza Monopoly – trochę lądów można sprzedać, trochę wymienić, a trochę zostawić na później, bo może jeszcze urośnie wartość.
Ekspert Radosław Pyffel trafnie ocenił, że Trump mówił ogólnikami o pokoju, a Zełenski koncentrował się na realnych potrzebach Ukrainy. „Mecz na zero” – tak podsumował konferencję. I faktycznie: obaj pilnowali, żeby nie stracić gola, ale to Trump miał już uzgodnione kulisy z Putinem. Reszta to tylko teatrzyk dla kamer.
Europa w tle
Gdy do stołu dołączyli Europejczycy, ton stał się poważniejszy. Macron mówił o „trwałym pokoju”, Meloni o gwarancjach bezpieczeństwa na wzór art. 5 NATO, Rutte apelował, by „położyć kres zabijaniu”, a Merz przypomniał, że bez zawieszenia broni nic nie ruszy. Von der Leyen wplotła temat ukraińskich dzieci – bo ktoś musiał przypomnieć, że wojna to nie tylko żetony w grze dyplomatów.
Trump natomiast znów wracał do refrenu: „To wielki dzień, dzień pełen sukcesów, wszyscy są tutaj, sukces, sukces, sukces.” Krótko mówiąc: autopromocja w wersji deluxe.
Podsumowanie
Trump zachowuje się jak handlarz na bazarze historii: jedną ręką rozdaje uśmiechy i mówi, że wszystkich kocha, drugą liczy dolary za sprzedawaną broń, a trzecią (bo w tej roli ma już chyba trzecią rękę) przestawia pionki na mapie Europy, jakby to były plastikowe figurki z Monopoly.
Zełenski – poważny, skupiony na tym, by jego kraj przetrwał. Europa – próbująca wcisnąć w to ramy prawa międzynarodowego i realnych gwarancji. A Trump? Trump jak zawsze: „Wiem dokładnie, co robię”.
Tylko że kiedy prezydent mocarstwa zaczyna mówić o „wymianie terytoriów”, robi się jasne, że dla niego wojna to nie tragedia, tylko kolejna transakcja. Pokój nie jest celem – pokój jest dealem.

Dodaj komentarz