POGOŃ ZA PRAWĄ ŚCIANĄ

Warszawa

Polska polityka od lat przypomina wyścig kolarski, tyle że zawodnicy nie ścigają się do mety, tylko usiłują wyprzedzić własny cień. W ostatnich dniach Jarosław Kaczyński postanowił zrobić coś znacznie trudniejszego. Ruszył w pościg za prawą ścianą. Problem polega na tym, że ściana, w przeciwieństwie do wyborcy, nie stoi w miejscu. Ona również biegnie.

Przemysław Czarnek, świeżo namaszczony kandydat na premiera, zrobił dokładnie to, czego wszyscy się po nim spodziewali. Otworzył usta. A kiedy Przemysław Czarnek otwiera usta, politycy PiS odruchowo sprawdzają notowania, dziennikarze otwierają nowe zakładki w komputerach, a rzecznik partii zaczyna nerwowo szukać numeru do prezesa.

Były minister edukacji oznajmił, że Unia Europejska powinna przestać finansować uzbrojenie Ukrainy i jej odbudowę, dopóki Kijów nie porzuci banderowskiej narracji. W Telewizji Republika zapewne zabrzmiało to jak fanfary zwiastujące nową epokę. Gorzej, że świat zewnętrzny nie ogląda wszystkiego przez filtr telewizora ustawionego na odpowiednią częstotliwość.

Najzabawniejsze nie było jednak to, co powiedział Czarnek. Najzabawniejsze wydarzyło się dzień później. Jarosław Kaczyński ogłosił, że sprawa zostanie wyjaśniona przez kierownictwo partii. Piękne słowo: „wyjaśniona”. Zupełnie jakby istniała choć jedna osoba w Polsce, która nie zrozumiała wypowiedzi Czarnka. On powiedział dokładnie to, co chciał powiedzieć. Partia doskonale wiedziała, co powiedział. Wyborcy także zrozumieli. Do wyjaśnienia pozostało wyłącznie jedno: dlaczego nagle wszystkim zrobiło się głupio.

Przypominało to scenę z rodzinnego obiadu. Wujek po trzecim kotlecie wygłasza teorię, że Ziemia jest płaska, a sąsiad steruje pogodą pilotem od telewizora. Wszyscy wiedzą, że wujek dokładnie tak myśli. Babcia również wie. Ciocia też. Ale gospodarz mimo wszystko mówi: „Porozmawiamy z wujkiem”. Nie po to, żeby zmienić jego poglądy. Raczej po to, żeby sąsiedzi nie pomyśleli, że cała rodzina też uważa satelity za dekorację.

Jeszcze zabawniejsze są jednak kulisy tej historii. Z relacji polityków PiS wynika, że część z nich była oburzona… nie wypowiedzią Czarnka, lecz tym, że ktoś zapowiedział rozmowę dyscyplinującą. Bo przecież – przekonywali anonimowo – powiedział tylko to, co wielu wyborców chce usłyszeć. Innymi słowy, problemem nie było podpalenie domu. Problemem było wezwanie straży pożarnej.

To zresztą coraz większy dramat całej polskiej prawicy. Przez dwadzieścia lat obowiązywało proste prawo fizyki politycznej. Kiedy słabła Platforma, rósł PiS. Kiedy słabł PiS, rosła Platforma. Wahadło działało z precyzją szwajcarskiego zegarka. Dzisiaj zegarek się zepsuł.

Koalicja rządząca przeżywa poważne turbulencje. Afera w ochronie zdrowia, kolejne potknięcia ministrów, niekończące się spory. Jeszcze kilka lat temu PiS już otwierałby szampana. Tymczasem korki strzelają gdzie indziej. W sondażach rosną Konfederacja Bosaka i Mentzena oraz Konfederacja Grzegorza Brauna. PiS patrzy na wykresy z takim wyrazem twarzy, z jakim właściciel osiedlowego sklepu obserwuje otwarcie supermarketu naprzeciwko.

I nagle okazuje się, że największym problemem Jarosława Kaczyńskiego nie jest Donald Tusk. Największym problemem Jarosława Kaczyńskiego jest Jarosław Kaczyński sprzed kilku lat.

Bo jak przekonać wyborców, że dziś trzeba ograniczać pomoc Ukrainie, skoro jeszcze niedawno samemu przekonywało się Europę, że Ukraina powinna jak najszybciej wejść do Zachodu? Jak krytykować migrację, skoro za własnych rządów sprowadzono setki tysięcy pracowników z całego świata? Jak opowiadać o katastrofie ochrony zdrowia, skoro osiem lat rządów nie pozostawiło po sobie systemu, który ktokolwiek chciałby dziś stawiać za wzór?

Polityka ma fatalną właściwość. Internet pamięta lepiej niż wyborca, a przeciwnicy pamiętają lepiej niż Internet.

Dlatego PiS znalazł się w sytuacji człowieka, który próbuje jednocześnie uciekać przed własną przeszłością i dogonić własną przyszłość. Jedno i drugie okazuje się zaskakująco męczące.

Stąd pomysł budowania wielkiego obozu prawicy, zapraszania Kukiza, Jakubiaka i wszystkich mniejszych satelitów krążących wokół konserwatywnego wszechświata. Podobno nawet Krzysztof Bosak dostał dyskretne sygnały, że może warto porozmawiać.

To trochę tak, jakby właściciel dużej sieci handlowej próbował przejąć konkurencyjny sklep osiedlowy, którego największą zaletą jest właśnie to, że nie należy do żadnej sieci.

Bosak doskonale pamięta, jak kończyły się podobne zaproszenia dwadzieścia lat temu. W polityce istnieje bowiem gatunek drapieżnika zwany „większym koalicjantem”. Zjada mniejszych bardzo powoli, ale wyjątkowo dokładnie.

Najbardziej ironiczne jest jednak coś zupełnie innego.

Jarosław Kaczyński przez całe życie budował partię, która miała być jedynym domem całej polskiej prawicy. Udało mu się to tak dobrze, że wychował całe pokolenie wyborców przekonanych, iż zawsze warto szukać kogoś jeszcze bardziej radykalnego. Dziś ci wyborcy znaleźli Brauna i Mentzena, a PiS z przerażeniem odkrywa, że uczeń nie tylko przerósł mistrza. Uczeń uznał mistrza za umiarkowanego.

Historia ma naprawdę przewrotne poczucie humoru. Jarosław Kaczyński przez lata przesuwał granice debaty coraz dalej na prawo. Dzisiaj stoi na tej samej granicy i z niedowierzaniem patrzy, jak ktoś właśnie przesuwa ją jeszcze dalej.

Można więc odnieść wrażenie, że Czarnek wcale nie popełnił błędu. On po prostu pobiegł odrobinę za szybko. W polityce nie wygrywa bowiem ten, kto pierwszy powie coś radykalnego. Wygrywa ten, kto potrafi udawać, że wcale tego nie powiedział.

A z tym nawet najbardziej doświadczeni politycy zaczynają mieć coraz większy problem.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights