
Ministerstwo Finansów nie próżnowało w wakacje. Kiedy normalni ludzie leżeli nad wodą, smażyli kiełbasę i zastanawiali się, dlaczego za parawanem obok znowu ktoś słucha disco polo, urzędnicy Andrzeja Domańskiego przygotowali pięć projektów zmian podatkowych.
To bardzo dobrze świadczy o państwie. Człowiek wraca z urlopu opalony, a państwo wraca z pomysłem, jak go opodatkować.
Plan jest przy tym sprawiedliwy, a nawet bardzo sprawiedliwy, bo prawie każdy znajdzie w nim coś dla siebie. Jedni znajdą ulgę. Drudzy podwyżkę. Trzeci ograniczenie ulgi. Czwartym zmieni się limit. Piąci dowiedzą się, że skoro mają za dużo, to widocznie byli dotąd niedostatecznie solidarni.
Najprzyjemniejsza część dotyczy PIT. Pierwszy próg ma wzrosnąć ze 120 do 130 tysięcy złotych, potem pojawi się nowa stawka 24 procent między 130 a 150 tysiącami, a dopiero powyżej 150 tysięcy zostanie 32 procent.
Na zmianach ma skorzystać około 3,5 miliona podatników, a największa roczna oszczędność wyniesie 3600 złotych.
I bardzo dobrze. Wreszcie obywatel klasy średniej będzie mógł kupić za podatkową oszczędność mniej więcej jedno tankowanie, o ile zatankuje przed kolejnym konfliktem na Bliskim Wschodzie.
Rząd zaznacza jednocześnie, że reforma ma być neutralna dla budżetu. To sformułowanie zawsze powinno wzbudzać czujność. Jeżeli państwo mówi, że da kilku milionom ludzi pieniądze, ale samo na tym nic nie straci, oznacza to zazwyczaj, że gdzieś w Polsce istnieje człowiek, który jeszcze o niczym nie wie. Tym razem dowie się szybko.
Największym firmom CIT ma wzrosnąć z 19 do 22 procent. Danina solidarnościowa od dochodów przekraczających milion złotych ma wzrosnąć z 4 do 5 procent. Przedsiębiorcom na ryczałcie limit umożliwiający korzystanie z tej formy opodatkowania ma spaść z obecnych 2 milionów euro do 250 tysięcy euro, a przy wyższych przychodach pojawi się dodatkowa stawka 17 procent.
Czyli państwo realizuje bardzo prostą zasadę solidarności społecznej: jeśli jednemu Polakowi damy 3600 złotych, musimy znaleźć drugiego Polaka, który je przyniesie.
Szczególnie interesujący los czeka największe firmy paliwowe, gazowe i energetyczne. Dla części z nich CIT w 2027 roku ma wynieść nawet 30 procent, później stopniowo spadać. Pieniądze mają wesprzeć przemysł energochłonny.
Mechanizm jest więc piękny: podnosimy podatek firmom produkującym i sprzedającym energię, żeby pomóc firmom, które dużo energii zużywają.
Ekonomia zamknęła obieg. Można już gasić światło.
Ministerstwo znalazło również ulgę internetową i postanowiło ją zlikwidować. Trudno mieć pretensje. Internet od dawna przestał być dobrem luksusowym. Dzisiaj jest miejscem, gdzie obywatel może bezpłatnie przeczytać, że podatki zostaną mu podniesione.
Za to ulga na robotyzację ma zostać przedłużona aż do 2036 roku. To rozwiązanie niezwykle przyszłościowe. Robot będzie miał ulgę, człowiek już niekoniecznie. Państwo najwyraźniej prawidłowo rozpoznaje tendencje demograficzne.
Bardzo podoba mi się też pomysł zwiększenia ulgi dla honorowych krwiodawców. Wysokość odliczenia ma wzrosnąć dwukrotnie. To uczciwe. Jeżeli obywatel oddaje państwu krew, państwo uznało, że nie należy jednocześnie wyciskać z niego wszystkiego w gotówce.
Na deser zostają fundacje rodzinne. Tu również rząd dostrzegł pewne nieprawidłowości, ponieważ — ku zaskoczeniu ustawodawcy — część zamożnych Polaków odkryła, że instytucja mająca pomagać w sukcesji może również pomagać w płaceniu mniejszych podatków. Polski przedsiębiorca po raz kolejny wykazał więc większą kreatywność od twórcy ustawy.
Ministerstwo chce między innymi podnieść podatek od świadczeń wypłacanych beneficjentom z 15 do 19 procent, wprowadzić trzyletnią blokadę dla części aktywów i utrudnić niektóre podatkowe sztuczki.
Czyli państwo najpierw stworzyło atrakcyjny instrument, przedsiębiorcy nauczyli się z niego korzystać, a teraz państwo tłumaczy, że nie o takie korzystanie mu chodziło. To również tradycja polskiego systemu podatkowego.
Ale wszystkie te pomysły mają jeszcze jeden problem. Nazywa się Karol Nawrocki.
Pałac Prezydencki już zapowiada, że prezydent nie będzie się godził na „wyrywanie Polakom kolejnych pieniędzy”. Nawrocki deklarował wcześniej, że ustaw podnoszących podatki podpisywać nie zamierza, a w lipcu skierował do Trybunału Konstytucyjnego ustawę dotyczącą podatku od nadzwyczajnych zysków firm paliwowych.
Powstaje więc interesujące pytanie, co zrobi z ustawą, która jednym Polakom podatki obniża, drugim podnosi, trzecim zmienia, czwartym zabiera ulgę, a piątym daje ulgę większą.
To może być dla Pałacu poważny problem logiczny. Jeżeli zawetuje — zawetuje obniżkę podatków dla 3,5 miliona ludzi. Jeżeli podpisze — podpisze podwyżkę podatków dla przedsiębiorców.
Pozostaje jeszcze rozwiązanie najbardziej prezydenckie: ogłosić, że za wszystkie dobre fragmenty ustawy odpowiada prezydent, a za złe Donald Tusk. Telewizja Republika z pewnością pomoże to wyjaśnić.
W ten sposób dochodzimy do istoty polskiej polityki podatkowej. Rząd chce obniżać podatki tak, żeby nie stracić pieniędzy. Prezydent chce bronić podatników tak, żeby państwo nadal miało dochody. Przedsiębiorcy chcą prostych przepisów. Ministerstwo przygotowało więc pięć ustaw.
I właściwie tylko urząd skarbowy wie, jak to wszystko się skończy.

Dodaj komentarz