
Źródło artykułu: „5 głównych cech tuskowej despotii” – Piotr Wójcik, Krytyka Polityczna, 16.01.2026
Są teksty, które człowiek czyta z refleksją. Są też takie, które czyta z politowaniem. Ale są i takie – jak felieton Piotra Wójcika w „Krytyce Politycznej” – które czyta się jak notatki szkolnego buntownika, który nie dostał miejsca przy stoliku z popularnymi dzieciakami, więc teraz rozwiesza po szkole plakaty, że król szkoły to dyktator.
Pan Wójcik, ekonomiczny święty od lewicowych niepokojów, postanowił popełnić tekst, który z założenia miał być błyskotliwą diagnozą politycznej „despotii Tuska”, a w praktyce okazał się intelektualnym klapsem. Nie felieton, tylko rozżalone kazanie wygłoszone z ambony zbudowanej z resztek programów społecznych i przeterminowanego numeru „Trybuny”.
Artykuł pt. „5 głównych cech tuskowej despotii” (bo „6 cech” byłoby już zbyt władcze?) zaczyna się od dramatycznego wspomnienia o jedzeniu czapki. Autor groził, że ją zje, jeśli reforma PIP przejdzie. Reforma nie przeszła, więc czapka może spokojnie trafić z powrotem na głowę – może pomoże utrzymać tam jakieś skupienie. Bo dalej jest tylko gorzej.
Zarzut nr 1: silosowość. Czyli że ministrowie mają swoje kompetencje i nie mogą sobie nawzajem wchodzić w słowo. Co za horror! Wójcik chciałby zapewne, żeby Waldemar Żurek mógł wypowiadać się za minister klimatu, a rzecznik rządu mógł wetować projekty budżetowe. No bo przecież chaos to demokracja, prawda? Wójcik myli „rząd” z „otwartym mikrofonem”.
Zarzut nr 2: ręczne sterowanie. Tusk powiedział „Czesław, jeśli mogę cię prosić” – i minister posłusznie wyszedł. To według Wójcika dowód autorytaryzmu. A dla reszty świata? Przykład sprawnego zarządzania. Chcesz zobaczyć, jak wygląda brak sterowania? Spójrz na Polskę 2050.
Zarzut nr 3: plastelinowość ideowa. Tu Wójcik wspina się na szczyty absurdu. Tusk – jego zdaniem – nie ma przekonań. Bo czasem zmienia zdanie. Bo dostosowuje przekaz. No przepraszam bardzo, ale ktoś musi powiedzieć: to się nazywa polityka. Nie coaching. Nie msza. Tusk nie jest prorokiem – jest premierem. Wójcik chciałby, żeby lider demokratycznej Polski zachowywał się jak bojownik z muralu – niewzruszony i bez kontaktu z rzeczywistością.
Zarzut nr 4: ochrona grup interesów. Klasyczne lewicowe marudzenie. Jeśli polityka gospodarcza nie polega na rozdawaniu pieniędzy jak naleśników w schronisku, to znaczy, że jest „prodeweloperska”. Tak, PSL i KO popierały kredyt 0% – i? Ludzie chcą mieszkań. A że deweloper też zarobi? Cóż, to nie komunizm.
Zarzut nr 5: tępienie konkurentów. Bo Tusk nie daje rosnąć konkurencji. Biedna Pełczyńska-Nałęcz, biedna Dziemianowicz-Bąk – nie mogą zakwitnąć, bo despotyczny władca ich przycina jak bonzai. A może – i to wersja dla odważnych – może po prostu nie nadają się na liderki większego projektu niż spotkanie aktywu na Zoomie?
Felieton Wójcika to lewicowa bajka na dobranoc. Straszna opowieść o złym Tusku, który rządzi jak car i nie pozwala dzieciom bawić się w socjalizm. To, co autor próbuje sprzedać jako „krytykę despotii”, jest w rzeczywistości żalem – że Tusk rządzi, że ludzie go słuchają, że sondaże go kochają.
Wójcik kończy z jakimś pokracznym żartem o klonowaniu Tuska z Brzoską. I to ma być błyskotliwe? To ma być satyra? Proszę bardzo. Ja też mogę.
Jeśli Donald Tusk to despota, to Piotr Wójcik jest jego poddanym z własnej woli – bo czytając ten felieton, trudno nie zauważyć, że bez Tuska nie miałby tematu. I musiałby zjeść nie tylko czapkę, ale i własne złudzenia.
Panie Wójcik, z całym szacunkiem: mniej plasteliny, więcej rzeczywistości. A do czasu – może po prostu pogodzić się z tym, że jak się nie potrafi budować własnego przywództwa, to łatwo wyzywać cudze od „despotii”. Zwłaszcza zza bezpiecznej klawiatury, z kubkiem sojowego latte.
Dziękuję za sobotni kabaret. Do zobaczenia w kolejnym odcinku. Jeśli czapka jeszcze nie zjedzona – polecam keczup. Może wtedy będzie strawna.

Dodaj komentarz