
Wtorek zaczął się od wiadomości optymistycznej, więc najpierw sprawdziłem, czy internet działa prawidłowo.
Prawo i Sprawiedliwość traci poparcie, kłóci się publicznie i grozi rozłamem. Partia, która przez osiem lat urządzała Polskę, nie potrafi dziś urządzić własnego zebrania. PiS dostał w wyborach w 2023 roku ponad 35 procent głosów. W najnowszym sondażu ma 22,8 procent. Tymczasem partia Sławomira Mentzena osiąga 13,4 procent, a ugrupowanie Grzegorza Brauna osiem. Razem więcej niż PiS.
Skrajna prawica rozmnaża się przez podział. Najpierw jest jedna partia. Potem awantura. Następnie powstają dwie partie, cztery kanały internetowe, sześć zbiórek pieniędzy i dziewięciu ludzi przekonanych, że tylko oni reprezentują prawdziwą Polskę.
PiS próbował zatrzymać wyborców uciekających do Brauna, przesuwając się jeszcze bardziej w prawo. Strategia była prosta: skoro klienci wybierają spirytus, trzeba przestać rozcieńczać wódkę.
Do przeprowadzenia tej subtelnej operacji wyznaczono Przemysława Czarnka. Czarnek miał być kandydatem „na obecne czasy”: męskim, zdecydowanym, odważnym i charyzmatycznym. Na prawicy są to określenia polityka zdolnego obrazić trzy grupy społeczne przed śniadaniem i czwartą w drodze do studia.
Ogłoszono nadejście „efektu Czarnka”. Efektu nie widać. Być może jest widoczny wyłącznie pod mikroskopem. Możliwe też, że działa jak efekt placebo: pomaga tylko tym, którzy wcześniej wierzyli, że Czarnek jest lekarstwem. PiS chciał odebrać wyborców Braunowi. To tak, jakby restauracja tracąca klientów na rzecz bardzo ostrego baru zatrudniła kucharza, który dodaje chili również do kompotu. Stali goście dostają zgagi, a miłośnicy ostrości nadal idą do Brauna, bo tam podpalają także obrus.
Na domiar złego Polaków zapytano, kto byłby lepszym kandydatem PiS na premiera: Czarnek czy Mateusz Morawiecki. Morawieckiego wybrało 40,7 procent badanych. Czarnka — 18 procent. Pozostali najwyraźniej czekali na możliwość zaznaczenia pola „proszę mnie w to nie mieszać”. Morawiecki ma tę przewagę, że Polacy już go znają. Pamiętają Polski Ład, wybory kopertowe, tarcze, prezentacje i konferencje, podczas których wszystko było historycznym sukcesem, zwłaszcza jeśli jeszcze się nie wydarzyło. Były premier jest politycznym urządzeniem wielofunkcyjnym. Dla przedsiębiorców bywa liberałem, dla związkowców socjalistą, w Brukseli Europejczykiem, a po powrocie obrońcą Polski przed Brukselą. Potrafi mieć kilka poglądów jednocześnie i każdy przedstawiać jako jedyny, który miał od początku. Teraz założył stowarzyszenie Rozwój Plus. Nazwa brzmi jak płatny pakiet telefoniczny. Zwykły rozwój już nie wystarcza. W wersji Plus klient otrzymuje czterdziestu polityków, własnego lidera i możliwość utworzenia klubu parlamentarnego.
Jarosław Kaczyński odpowiedział metodą sprawdzoną przez wszystkich demokratów starej daty: zakazał stowarzyszeń. Politycy PiS mają wybrać, czy należą do partii, czy do własnych organizacji. Za nieposłuszeństwo grozi usunięcie. Jedność zostanie więc zachowana przez wyrzucenie ludzi, którzy nie chcą być wystarczająco jednomyślni.
W PiS każdy ma prawo do własnego zdania, pod warunkiem że prezes wyrazi je pierwszy. Dawniej jedno uniesienie brwi Kaczyńskiego kończyło karierę ministra. Dzisiaj potrzeba uchwały, ultimatum, apelu o zimną wodę, występu Sasina i spotkania ostatniej szansy.
Centralne sterowanie działa jak pilot do starego telewizora: trzeba nacisnąć kilka razy, podejść bliżej i poruszyć bateriami. Prezes wezwał polityków do chwili oddechu i łyku zimnej wody. Słusznie, bo od kilku dni zachowują się tak, jakby pili wyłącznie gorącą wódkę. Publiczna dyskusja osiągnęła poziom „stul pysk”. Partia, która przez lata chciała wychowywać polskie dzieci, zaprezentowała właśnie rezultaty własnej reformy edukacji. Przemysław Czarnek może być dumny. W awanturę wkroczył również Jacek Sasin. Zapewnił, że po stronie Kaczyńskiego nie ma żadnej niemocy. Gdy polityk bez pytania stanowczo dementuje niemoc przywódcy, zwykle warto sprawdzić, czy przywódca nadal odbiera telefon.
Sasin sam zrezygnował ze swojego stowarzyszenia. Wyjaśnił, że je budował, ale się z tego nie cieszył. To niezwykle ludzkie. Miliony Polaków codziennie robią rzeczy, z których się nie cieszą: jadą do pracy, płacą rachunki, idą do dentysty. Jacek Sasin zakłada stowarzyszenie. Sasin ma szczególny talent do uczestniczenia w przedsięwzięciach, po których trzeba wyjaśniać, że miało być inaczej. Wybory miały się odbyć. Elektrownia miała działać. Partia miała być zjednoczona. Na końcu zawsze zostaje faktura, uchwała albo wywiad.
Frakcję Sasina nazywa się „maślarzami”, a ludzi Morawieckiego „harcerzami”. Największa partia opozycyjna dzieli się więc obecnie na nabiał i organizację młodzieżową. Maślarze walczą z harcerzami, Czarnek wymachuje pochodnią, a Kaczyński próbuje ustalić, kto rozpalił ognisko bez zgody komendanta.
Sam Czarnek zapewnia: — Przemysław Czarnek gra na jedność prawicy. Polityk mówiący o sobie w trzeciej osobie jest zwykle zawodowym piłkarzem, rzymskim cesarzem albo kandydatem PiS na premiera.
Strategia jednoczenia prawicy wygląda na razie tak: Morawiecki się buntuje, Sasin stawia ultimatum, posłowie się wyzywają, Braun rośnie, Mentzen dziękuje Kaczyńskiemu, a PiS spada. Gdyby Czarnek równie skutecznie układał puzzle, po godzinie mielibyśmy trzy obrazki i brak wszystkich narożników.
Najbardziej zadowolona jest Konfederacja. Kaczyński prowadzi jej kampanię bez pobierania wynagrodzenia. Radykalizuje język PiS, dzięki czemu wyborcy dochodzą do wniosku, że skoro apokalipsa naprawdę nadchodzi, lepiej głosować na zawodowych apokaliptyków. PiS chciał zjeść Konfederację. Na razie Konfederacja zjada mu elektorat, a Czarnek podaje musztardę.
Nie otwierałbym jednak jeszcze szampana. PiS ma struktury, pieniądze, wiernych wyborców i prezydenta gotowego wetować państwo do czasu powrotu właściwej władzy. Rozłam może się też skończyć powstaniem dwóch partii, które po wyborach znów się połączą i podzielą stanowiska z energią rodziny godzącej się przy otwieraniu testamentu.
Morawiecki mógłby stworzyć PiS Light — ofertę dla ludzi, którzy lubią politykę Kaczyńskiego, ale woleliby, żeby podawano ją w lepszym garniturze i po angielsku. Czarnek zatrzymałby PiS Mocny. Sasin zorganizowałby PiS Techniczny. Ziobro, jeśli warunki procesowe i geograficzne pozwolą, mógłby uruchomić PiS Eksterytorialny. A wszyscy razem po wyborach stworzyliby Zjednoczoną Prawicę Plus, ponieważ rozwód na prawicy często kończy się wspólnym kredytem.
Dlatego sam rozłam mi nie wystarcza. Jeszcze bardziej ucieszyłby mnie widok tych polityków nie w kolejnych klubach sejmowych, lecz — tam, gdzie istnieją ku temu dowody — przed niezależnym sądem. Nie każdy polityk PiS jest przestępcą. Zarzut nie jest wyrokiem, a niechęć do partii nie zastępuje kodeksu karnego. Jeśli chcemy odbudować praworządność, nie możemy zaczynać od hasła: „Najpierw zamknąć, potem sprawdzić za co”. Ale śledztwa powinny kończyć się decyzjami. Tam, gdzie są dowody — aktami oskarżenia. Tam, gdzie udowodniono winę — wyrokami. Bez zemsty, bez konferencji i bez telefonów z siedziby partii. Sąd ma tę przewagę nad wiecem, że nie reaguje na okrzyk „Tusk!”. Prokurator musi pokazać dokument, obrońca może odpowiedzieć, a sędzia nie przyznaje punktów za patriotyczne marszczenie brwi.
Na razie cieszmy się tym, co mamy. PiS traci poparcie. Efekt Czarnka przypomina yeti: wszyscy o nim mówią, lecz nie ma wiarygodnych zdjęć. Morawiecki wygrywa z Czarnkiem w sondażu, ale może przegrać z Kaczyńskim w partii. Sasin gasi pożar kanistrem dementi. Harcerze walczą z maślarzami. Prezes zakazuje frakcji, czym potwierdza, że frakcje istnieją. Partia, która przedstawiała chaos jako siłę, posłuszeństwo jako jedność i propagandę jako informację, zaczęła wreszcie stosować własne metody wobec siebie.
Nie przeszkadzajmy. Po wielu latach Prawo i Sprawiedliwość zabrało się do demontażu czegoś, co naprawdę warto zdemontować. Siebie.

Dodaj komentarz