
Poranek. Człowiek marzy o kawie, jajecznicy i tym, żeby nikt nie zniszczył mu dnia przed 9:00. Ale Polska to kraj, w którym luksusem jest obejrzenie prognozy pogody bez wyskakującego z ekranu Zbigniewa Boguckiego. A dziś Bogucki, szef prezydenckiej kancelarii i główny interpretator myśli Karola Nawrockiego, miał swój dzień. Mówił dużo, mówił poważnie, mówił tak, jakby miał wyłączny dostęp do prawdy — tej jedynej, oficjalnej, prezydenckiej.
O ustawie o dostępie do psychologa dla nastolatków bez zgody rodziców powiedział krótko: „Nie ma rozmów”. I to w tonie, jakby „rozmowy” były czymś obrzydliwym, jak mokre skarpetki na kaloryferze. No bo po co rozmawiać? Przecież prezydent Duda już wysłał ustawę do Trybunału Konstytucyjnego w ostatni dzień urzędowania — i to w trybie prewencyjnym, czyli w wersji politycznej „nie podoba mi się, więc schowam do szuflady, może zapomną”. Argument? Bezpieczeństwo dzieci. Choć w praktyce wygląda to jak troska w stylu „lepiej, żeby młody człowiek pogadał o swoich problemach z Google’em niż z psychologiem”.
Potem Bogucki przeszedł na poziom „monarchia bez cienia ironii” i oznajmił, że Tusk i Sikorski powinni przyjść do prezydenta i się… pokłonić. Dosłownie. Bo to Nawrocki jest „pierwszym obywatelem” i ma swoje kontakty w Waszyngtonie. Co z tego, że te „kontakty” to jedno zdjęcie z Donaldem Trumpem zrobione w czasie kampanii, gdy Trump rozdawał uśmiechy jak ulotki w galerii handlowej.

A teraz najlepsze — 3 września Nawrocki znowu poleci do Białego Domu. Tematy rozmów? Ukraina, bezpieczeństwo Europy, amerykańscy żołnierze w Polsce. Problem w tym, że 15 sierpnia Trump i Putin mają „rozwiązać problem” Ukrainy na Alasce. Czytaj: podzielić ją jak tort na urodzinach, gdzie jubilatem jest Władimir Władimirowicz. Więc gdy Nawrocki usiądzie w Białym Domu, to jedyne, co zostanie do omówienia, to kto dostanie resztki z lodówki. Ale Bogucki udaje, że to będzie geopolityczny przełom.
Żeby było weselej, Trump nawet nie zadzwonił do Nawrockiego po spotkaniu z Putinem. Zadzwonił za to do prezydenta Finlandii — kraju siedem razy mniejszego od Polski, ale, jak widać, siedem razy poważniej traktowanego. W tym czasie Nawrocki zajmuje się atakowaniem rządu w sprawie CPK albo przerabianiem wystawy w Muzeum II Wojny Światowej, bo przecież trzeba ustawiać priorytety: najpierw gabloty, potem granice państwa.
Bogucki natomiast, z twarzą człowieka, który sam wierzy w każde swoje zdanie, opowiada o „gwarancjach bezpieczeństwa” wynikających z tego, że to rodzic ma być jedynym strażnikiem dobra dziecka. To tak, jakby bezpieczeństwo ruchu drogowego powierzyć kierowcom, którzy nigdy nie zdali egzaminu, bo przecież „znają się na tym najlepiej”.
Efekt jest taki, że Polska wygląda dziś jak scenariusz kabaretu politycznego, w którym role rozdzielono według tego, kto potrafi mówić z największą powagą największe bzdury. Nawrocki gra prezydenta-superkontakty, Bogucki jest narratorem tej epopei, a my — widzowie, którym od rana kawa stygnie, a śniadanie traci smak.
Bo w tej opowieści o „pierwszym obywatelu” jest wszystko, czego nie zamawialiśmy: patos bez treści, ambicje bez pokrycia i polityka zagraniczna sprowadzona do selfie z Trumpem. Reszta? Reszta to już tylko „nie ma rozmów”.

Dodaj komentarz