
Karol Nawrocki spotyka się z inteligencją, co samo w sobie brzmi już jak początek dowcipu, choć w gruncie rzeczy nie ma w tym nic śmiesznego. Prezydent powinien spotykać się z inteligencją, najlepiej regularnie, bo inteligencja w Polsce od dawna jest grupą społeczną wymagającą kontaktu z przedstawicielem władz, czasem z psychologiem, a niekiedy przynajmniej z kimś, kto postawi na stole herbatę i pozwoli jej przez chwilę mówić bez przerywania.
Spotkania odbywają się w Klarysewie, w posępnej willi odziedziczonej po Edwardzie Gierku. To miejsce ma zresztą biografię godną polskiej państwowości. Gierek podobno czuł się tam obco, w latach dziewięćdziesiątych mieli się tam kręcić Amerykanie zainteresowani sprawami wywiadowczymi, Jarosław Kaczyński pisał tam program PiS, a dziś zbierają się wizjonerzy. Willa robi więc karierę podobną do Polski: każda epoka urządza ją na nowo, ale mury zostają te same.
Prezydent zaprasza profesorów, publicystów, pisarzy, aktywistów, filozofów, ekspertów od sztucznej inteligencji, rapera Eldo oraz ludzi, których zawodu nie da się już dzisiaj porządnie wyjaśnić bez użycia określenia „strateg kreatywny”. Po kilku godzinach dyskusji pojawia się kucharz z pałacu i robi grilla. Bardzo mi się ten porządek rzeczy podoba, bo wreszcie znaleziono właściwy model polskiej debaty intelektualnej: najpierw sens dziejów, potem musztarda.
Najbardziej sensacyjnym odkryciem całego reportażu Jacka Gądka w ostatnim Newsweek jest jednak zachowanie samego Karola Nawrockiego. Uczestnicy spotkań niemal nie mogą uwierzyć, że prezydent przychodzi z notesem, słucha, zapisuje cudze uwagi, później się do nich odwołuje i zadaje pytania. Jeden z rozmówców mówi wręcz, że „aż trudno uwierzyć, jak się tam zachowuje”.
I ja rozumiem to zdumienie. Doszliśmy w polskim życiu publicznym do takiego momentu, że informacja o polityku, który przez kilka minut słucha drugiego człowieka i nie przerywa mu w połowie zdania, brzmi niemal jak wiadomość o psie, który ukończył politechnikę i samodzielnie prowadzi tramwaj. Nawrocki notuje, słucha i później wraca do zapisanych argumentów. Jeszcze chwila, a okaże się, że czyta książki do końca, co w obecnych czasach mogłoby zostać uznane za ekscentryzm graniczący z zagrożeniem dla porządku publicznego.
Trzeba jednak przyznać prezydentowi coś rzeczywiście wartego pochwały. Z materiału wynika, że nie chce siedzieć wyłącznie w swojej własnej bańce. Na spotkania zapraszani są nie tylko ludzie prawicy, ale również Jan Śpiewak, Marcin Giełzak i inne osoby, których trudno byłoby uznać za przedstawicieli jednolitego dworu ideowego. Oczywiście prawicy nadal jest tam tyle, że gdyby wyłączyć światło, konserwatyzm świeciłby jeszcze przez pół godziny, ale sam pomysł wysłuchania kogoś, kto nie zaczyna każdego zdania od „jak wiadomo, Tusk”, należy uznać za pewien postęp cywilizacyjny.
Szczególnie spodobało mi się określenie, że we własnym środowisku Nawrocki ma dostęp do poglądów „w 120 procentach prawicowych”. To bardzo pojemna jednostka. Sto procent najwyraźniej oznacza już tylko zwyczajną prawicowość, natomiast prawdziwa ideowa czystość zaczyna się przy stu dwudziestu. Przy stu czterdziestu można zacząć podejrzewać Brukselę o manipulowanie pogodą, przy stu sześćdziesięciu Niemcy przesuwają nocą płot, a przy dwustu Antoni Macierewicz pojawia się w lustrze bez wywoływania.
Lista gości wygląda zresztą imponująco. Są Andrzej Nowak, Piotr Gliński, Antoni Libera, Bronisław Wildstein, Rafał Ziemkiewicz, Jacek Dukaj, Piotr Sankowski, Jan Śpiewak, Marcin Giełzak i Eldo. To ostatnie nazwisko bardzo mnie cieszy, ponieważ każda rada mędrców powinna mieć rapera. Profesorowie mają naturalną skłonność do mówienia przez czterdzieści minut tego, co człowiek ulicy zmieściłby w trzech zdaniach, więc ktoś powinien umieć potem zrobić z tego wersję radiową.
Eldo podobno nie mówi za dużo. Być może właśnie dlatego jest tam jednym z najmądrzejszych. W polskiej debacie publicznej człowiek milczący ma dziś ogromną przewagę nad resztą, ponieważ jeszcze niczego głupiego nie zdążył powiedzieć.
Formuła klarysewskich spotkań jest dość klasyczna. Najpierw jest wykład, potem kontra, później dyskusja, w której prezydent głównie pyta i słucha, a na końcu następuje podsumowanie. Dopiero potem odbywa się część najważniejsza z punktu widzenia polskiej historii politycznej, czyli grill. Wyobrażam sobie tę scenę bardzo wyraźnie. Profesor kończy czterdziestominutową analizę kryzysu Zachodu, ktoś mówi o przyszłości państwa narodowego, ktoś inny o neokolonializmie, pojawia się Karol Wielki, Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego i rosyjsko-mongolska szkoła fałszu, po czym otwierają się drzwi i kucharz pyta, kto zamawiał karkówkę.
W tym momencie cała geopolityka odzyskuje właściwe proporcje. Europa może być imperium, Berlin może sterować kontynentem, a Orwell może patronować współczesności, ale kiełbasa stygnie. Być może to właśnie jest najzdrowszy element tych spotkań.
Szczególnie wdzięczny jest temat jednego z seminariów: „Komu potrzebna jest Polska? Kogo Polska potrzebuje?”. Polacy uwielbiają pytania tego rodzaju, ponieważ odpowiedź można rozpocząć od Mieszka I, przejść przez rozbiory, Mickiewicza i Jałtę, a zakończyć na budżecie na przyszły rok. Profesor Wawrzyniec Rymkiewicz odpowiada, że Polska jest potrzebna Polakom, ponieważ ich uszlachetnia. Być może tak właśnie jest, choć patrząc na niektórych naszych rodaków, trzeba przyznać, że proces uszlachetniania znajduje się jeszcze w fazie pilotażowej i należałoby zwiększyć moce przerobowe.
Antoni Libera idzie jeszcze szerzej i mówi o neokolonializmie, Berlinie, rosyjsko-mongolskiej szkole fałszu, Karolu Wielkim i Cesarstwie Rzymskim Narodu Niemieckiego. To już ten poziom rozmowy, na którym zwykły człowiek zaczyna żałować, że zapytał tylko, dlaczego rachunek za prąd jest wyższy niż rok temu.
Na prawicy historia jest zresztą zawsze bardzo blisko. Czasem wręcz za blisko. Człowiek wychodzi po bułki, a wraca z Karolem Wielkim.
Sam Nawrocki mówi o uczestnikach jako o „bardzo pięknych umysłach”. Kancelaria Prezydenta zastrzega przy tym, że nie chodziło o film „Piękny umysł” o Johnie Nashu. To dobrze, bo w polskiej polityce wyjaśnienie, że nie chodzi o schizofrenię, powinno być chyba obowiązkowym przypisem pod większością konferencji prasowych.
Jeszcze zabawniejsza jest jednak wojna o to, kto właściwie stworzył Karola Nawrockiego. Andrzej Nowak i sam Nawrocki napisali książkę „Skąd się wziął Karol Nawrocki”, z której, jak twierdzą złośliwi politycy PiS, można odnieść wrażenie, że Nawrocki wziął się głównie z Andrzeja Nowaka. Jarosław Kaczyński podobno książkę przeczytał i się rozbawił, co już samo w sobie jest wydarzeniem politycznym, bo prezes bawi się raczej rzadko i zazwyczaj cudzym kosztem.
Kaczyński przypomniał więc publicznie, że kandydata wyłoniła partia, kampanię przeprowadziła partia, komitet społeczny zorganizowała partia, a telefony do profesorów również wykonywała partia. Wygląda to trochę jak klasyczna polska dyskusja o cudzie narodzin. Jeden mówi, że był przy poczęciu, drugi, że prowadził ciążę, trzeci, że zamawiał salę porodową, a czwarty właśnie pisze wspomnienia pod tytułem „Jak stworzyłem prezydenta”.
Piotr Gliński także ma być jednym z tych, którzy przekonali Nawrockiego, że należeli do ojców jego kariery. Prezydent może się więc wkrótce znaleźć w sytuacji człowieka posiadającego więcej ojców politycznych niż elektorów w rodzinnej komisji wyborczej. Najrozsądniej byłoby zwołać kolejne seminarium pod tytułem: „Skąd się wziąłem i dlaczego tylu ludzi żąda alimentów?”.
Andrzej Nowak jest przy tym postacią szczególnie malowniczą. Na prawicy uchodzi za wybitnego historyka, natomiast politycznie zdarzało mu się przewidywać rzeczy, które rzeczywistość następnie uprzejmie ignorowała. Namawiał Jarosława Kaczyńskiego do odejścia w momentach, po których ten jeszcze raz wygrywał, liczył na własną kandydaturę prezydencką, a dziś współtworzy intelektualne zaplecze Nawrockiego. Jest w tym pewna ironia dziejów. Profesor historii świetnie zna przeszłość, ale przyszłość nadal pozostaje przedmiotem fakultatywnym.
Najpiękniejszy fragment całej opowieści dotyczy jednak porównania Klarysewa z dawnymi seminariami Lecha Kaczyńskiego w Lucieniu. Tam, jak wspominają uczestnicy, był rozmach. Były wykłady, dyskusje, obiad, kolacja, nocleg, śniadanie i późniejsze publikacje. Dziś jest mniejszy pokój, większy ścisk, kiełbaska i powrót do domu.
To właściwie kompletna historia Polski ostatnich dwóch dekad. Kiedyś budowaliśmy wielkie narracje, dziś mamy catering.
Dawniej intelektualista jechał do Lucienia, debatował do późna o państwie, nocował, jadł śniadanie z prezydentem i po roku ukazywał się z tego tom studiów. Dzisiaj przyjeżdża do Klarysewa, mówi dwadzieścia minut, dostaje kiełbasę i wraca do Warszawy. Postęp polega chyba głównie na tym, że nikt nie musi potem czytać tych tomów.
Nie chcę jednak wyłącznie kpić, bo pod całym komizmem tej historii kryje się coś, co uważam za sensowne. Jeżeli prezydent rzeczywiście potrafi przez kilka godzin siedzieć przy stole, słuchać ludzi, z którymi nie zawsze się zgadza, notować ich argumenty, zadawać pytania i przyjmować krytykę własnych decyzji, to nie ma w tym nic śmiesznego.
Śmieszne jest raczej to, że w Polsce wydaje nam się to niezwykłe.
Prezydent powinien właśnie tego robić więcej. Powinien słuchać profesorów, przedsiębiorców, lekarzy, nauczycieli, ludzi lewicy i prawicy, tych, którzy go popierali, i tych, którzy głosowali przeciwko niemu. Powinien słuchać ludzi mądrych, a od czasu do czasu nawet głupich, bo oni także stanowią część narodu i chwilami bardzo reprezentatywną.
Zmieniłbym tylko jedną rzecz. Jeżeli Karol Nawrocki naprawdę chce wyjść z bańki, następnym razem zamiast czterdziestu wizjonerów powinien zaprosić pięciu zwyczajnych ludzi: pielęgniarkę, nauczyciela, właściciela małej firmy, młodą parę szukającą mieszkania i człowieka, który od pół roku próbuje dostać się do endokrynologa.
Niech profesorowie tym razem posłuchają.
A potem oczywiście kiełbaska. Nie przesadzajmy z rewolucją.
Państwo państwem, piękne umysły pięknymi umysłami, ale grill musi mieć ciągłość konstytucyjną.
Artykuł, który mnie zainspirował znajdziesz tu: https://www.newsweek.pl/polska/polityka/karol-nawrocki-zaprasza-do-willi-wizjonerzy-spotykaja-sie-regularnie/6rmpwt2?utm_source=salesmanago&utm_medium=email&utm_campaign=default&smclient=23971a3d-48c0-4ac5-8835-6a48a405320e

Dodaj komentarz