
Polska polityka ma niezwykłą zdolność odkładania wszystkiego na później. Gdy płonie las, powołujemy zespół do spraw analizy pożaru. Gdy zawala się most, zlecamy ekspertyzę, czy rzeczywiście się zawalił. A gdy wali się system ochrony zdrowia, premier daje czas… do wtorku.
Piątek miał być dniem wielkiego politycznego trzęsienia ziemi. Po trzech tygodniach kolejnych publikacji o Szpitalu Południowym, milionowych kontraktach, znajomościach, uprzywilejowanych pacjentach i patologicznych mechanizmach finansowania wielu spodziewało się, że Donald Tusk wyjdzie przed kamery z miotłą, siekierą i listą nazwisk. Tymczasem wyszedł z kalendarzem.
Minister zdrowia i kierownictwo NFZ dostali kilka dni na przedstawienie planu naprawczego. Jeśli plan będzie przekonujący – dobrze. Jeśli nie będzie – premier zapowiedział decyzje personalne. Innymi słowy: polityczny wyrok odroczono do środy. Polska dowiedziała się, że nawet kryzys można zaplanować w harmonogramie.
Nie oznacza to jednak, że nic się nie wydarzyło. Wręcz przeciwnie.
Najmocniejszy ruch wykonał Rafał Trzaskowski. Przyjął dymisje swoich zastępczyń – Renaty Kaznowskiej i Aldony Machnowskiej-Góry. Obie od lat uchodziły za jedne z najbardziej kompetentnych osób w stołecznym samorządzie. Prezydent Warszawy podkreślał, że nie przesądza o ich winie. Mówił o odpowiedzialności politycznej. I trudno odmówić tej logice sensu.
Tyle że odpowiedzialność polityczna jest jak gaśnica. Najlepiej działa, kiedy użyje się jej od razu. Jeżeli sięga się po nią dopiero wtedy, gdy ogień objął już pół budynku, trudno oczekiwać owacji za refleks.
Nieprzypadkowo pojawiły się porównania do Hanny Gronkiewicz-Waltz i afery reprywatyzacyjnej. Wtedy również długo dominowało przekonanie, że wystarczy przeczekać. Że kolejne publikacje się znudzą, opinia publiczna zajmie się czymś innym, a polityczna pogoda sama się poprawi. Nie poprawiła się.
Jeszcze ciekawsza była jednak publikacja o Dawidzie Kacprzyku. Historia młodego lekarza z Porsche, milionowymi dochodami i politycznymi koneksjami już wcześniej stała się symbolem patologii. Teraz okazało się, że był również organizatorem swoistej lekarskiej „spółdzielni pracy”. Gdy Szpital Bródnowski miał problem z obsadzeniem SOR-u, rozwiązaniem okazał się nie system, lecz człowiek z teczką pełną CV.
Brzmi to niemal jak scenariusz filmu Barei. Państwo buduje szpital za setki milionów złotych, zatrudnia dyrektorów, urzędników, tworzy procedury, departamenty i regulaminy, a na końcu okazuje się, że oddział ratunkowy działa dlatego, że jeden przedsiębiorczy lekarz przyprowadził własną drużynę.
Nie wiadomo, czy bardziej imponuje zaradność, czy przeraża bezradność państwa.
Cała ta historia coraz wyraźniej pokazuje bowiem, że problem nie sprowadza się do jednego lekarza, jednego szpitala czy jednego samorządu. Problemem jest model funkcjonowania ochrony zdrowia, który od lat premiuje improwizację zamiast systemowych rozwiązań. Tam, gdzie powinny działać instytucje, działają układy. Tam, gdzie powinny obowiązywać przejrzyste reguły, obowiązują telefony do znajomych.
Donald Tusk zapowiedział więc walkę z „kominami płacowymi”, zeszytami VIP i specjalnymi przywilejami. Trudno się z tym nie zgodzić. Tyle że wszystkie te zjawiska są raczej objawami niż chorobą.
Nie likwiduje się sepsy przez obniżenie temperatury choremu.
Największym problemem pozostaje bowiem finansowanie systemu, błędne wyceny procedur, gigantyczne zadłużenie szpitali, brak koordynacji oraz chroniczny deficyt pieniędzy w NFZ. Jeżeli te elementy pozostaną bez zmian, za kilka miesięcy znów będziemy odkrywać kolejnego lekarza milionera, kolejny uprzywilejowany gabinet i kolejny szpital funkcjonujący dzięki cudom organizacyjnym.
Piątek przyniósł również interesujące informacje polityczne. CBOS pokazał, że liderem zaufania pozostaje Karol Nawrocki, podczas gdy Donald Tusk notuje wyraźny spadek. Z kolei sondaże partyjne nadal dają prowadzenie Koalicji Obywatelskiej, ale coraz wyraźniej pokazują coś znacznie ważniejszego – przewaga w procentach nie musi oznaczać zdolności do utrzymania większości parlamentarnej. Zwłaszcza jeśli koalicjanci balansują na granicy progu wyborczego.
To właśnie dlatego premier nie może sobie pozwolić na wrażenie bezradności. Każdy kolejny dzień kryzysu zdrowotnego jest jednocześnie dniem politycznej erozji.
Na drugim planie trwała również dyplomatyczna próba schłodzenia relacji z Ukrainą. Radosław Sikorski po spotkaniu z ministrem Andrijem Sybihą przypomniał, że dyplomacja najlepiej działa po cichu. To zdanie warto zapamiętać. Zwłaszcza dziś, gdy polityka coraz częściej przypomina konkurs na najgłośniejsze oświadczenie publikowane w mediach społecznościowych.
Na świecie również nie brakowało sygnałów zmiany epoki. Kanada coraz wyraźniej uniezależnia się gospodarczo od Stanów Zjednoczonych, inwestując w nowe terminale LNG i połączenia z rynkami azjatyckimi. Jeszcze kilka lat temu byłoby to polityczną herezją. Dziś jest chłodną kalkulacją interesów. Geopolityka nie zna sentymentów. Zna za to rachunek ekonomiczny.
I może właśnie to jest najważniejsza lekcja całego piątku.
Politycy uwielbiają mówić o odpowiedzialności. Najczęściej wtedy, gdy trzeba ją przypisać komuś innemu. Znacznie rzadziej wtedy, gdy trzeba ją wziąć na siebie.
Do wtorku zostało kilka dni. W polskiej polityce to wystarczająco dużo czasu, żeby wydarzyło się wszystko.
Albo nic.

Dodaj komentarz