PIĄTEK RANO, CZYLI PIESIEWICZ PO NOCY, KRÓL ODCHODZI, A TUSK LICZY DO BILIONA

Warszawa

Piątek wszedł do Polski bez pukania, mniej więcej po północy, razem z Radosławem Piesiewiczem wywożonym z katowickiej prokuratury. Kilka godzin później przyszła z Oslo wiadomość o śmierci króla Haralda V, a o dziewiątej polscy ministrowie zasiedli nad budżetem, w którym wydatki są już na tyle blisko biliona złotych, że miliard zaczyna wyglądać jak drobne pozostawione w kieszeni marynarki.

Kto twierdzi, że rano nic się nie dzieje, najwyraźniej śpi w Szwajcarii.

Piesiewicz spędził w prokuraturze kilkanaście godzin i po północy odjechał w nieznanym kierunku. Prezes PKOl usłyszał zarzuty faworyzowania wierzycieli oraz płatnej protekcji w sprawie związanej z Zondacrypto. Zarzuty, przypomnijmy, nie są wyrokiem, ale sytuacja ma już taką dramaturgię, że polski olimpizm powinien rozważyć zgłoszenie jej jako nowej dyscypliny: nocny wielobój działacza sportowego z elementami kryptowaluty, prokuratury i luksusowego zegarka.
O zegarku nie wypada zresztą zapominać, bo w tej historii zegarek jest prawie bohaterem literackim. Dawniej zegarek prezesa klubu służył do sprawdzania, czy mecz już się skończył. W nowych czasach może się okazać przydatny również do mierzenia długości przesłuchania. Zondacrypto rozwija nam bowiem zupełnie nowy model sponsoringu sportowego: kiedyś firma kupowała baner na stadionie i wszyscy po miesiącu o niej zapominali, teraz sponsor wchodzi do polityki, mediów, PKOl, Monako, Ibizy i akt prokuratorskich. Zasięg reklamowy niewątpliwie znakomity.

Onet przypomina zresztą, że afera zatacza coraz szersze kręgi. Tomasz Sakiewicz negocjował z Przemysławem Kralem sprzedaż części Telewizji Republika, podpisał list intencyjny, a szczegóły omawiano podczas pobytu w Monako finansowanego przez Krala. Z kolei Michał Moskal, były bliski współpracownik Jarosława Kaczyńskiego, którego kontakty z Kralem stały się przedmiotem zainteresowania mediów, uważa, że „miała być bomba, a jest kapiszon”.
„Kapiszon” jest zresztą ostatnio ulubioną jednostką miary polskiej polityki. Każda afera przeciwnika jest bombą atomową, własna zaś kapiszonem, niefortunnym spotkaniem albo przypadkową kawą na Ibizie. Gdyby Watergate wydarzyło się w Polsce, Nixon zapewne oświadczyłby, że chciał tylko sprawdzić instalację wodną.

W ten rozbrykany piątkowy poranek przyszła jednak wiadomość, przy której ironia powinna na chwilę zdjąć kapelusz. Zmarł król Norwegii Harald V, miał 89 lat. Panował od 1991 roku, należał do najbardziej popularnych europejskich monarchów, a swoją rolę pojmował raczej jako służbę niż codzienny konkurs na wielkość własnego nazwiska. Był żeglarzem, olimpijczykiem, mówił o tolerancji, otwartości i Norwegii, w której jest miejsce dla ludzi różnych przekonań i pochodzenia. Tron obejmuje po nim jego syn Haakon.

I trudno nie zauważyć pewnego kontrastu. Wczoraj pisaliśmy o Donaldzie Trumpie przemianowującym jeziora, stawiającym sobie złote pomniki i otrzymującym Pokojową Nagrodę FIFA, a dziś odchodzi monarcha, który przez trzydzieści pięć lat nie musiał nazwać po sobie fiordu, oceanu ani stacji benzynowej, żeby ludzie wiedzieli, kim jest.

Okazuje się, że można być królem bez potrzeby codziennego informowania świata, że jest się królem. To chyba coraz bardziej ekskluzywna umiejętność.

Tymczasem Donald Trump zapewnił w nocy Europę, że Władimir Putin nie zaatakuje państwa NATO. Powiedział to z charakterystyczną dla siebie pewnością człowieka, który nie tyle posiada informacje, ile uważa, że informacja powinna dostosować się do jego przekonania. Zbagatelizował też wizytę szefa CIA Johna Ratcliffe’a w Moskwie, określając ją jako właściwie rutynową. Reuters potwierdził jednak, że podczas rozmów pojawiała się kwestia potencjalnej rosyjskiej operacji przeciw państwu Sojuszu, choć nie była głównym tematem spotkania.

Dla polskiego obywatela jest to bardzo wygodna sytuacja informacyjna. Może rano wybrać sobie eksperta zależnie od poziomu ciśnienia.

Jeżeli chce spokojnie zjeść jajecznicę, bierze Trumpa: Putin nie zaatakuje.

Jeżeli jajecznica wydaje się za mdła, bierze generała Bena Hodgesa, który w rozmowie z Onetem ostrzega, że Rosja próbuje rozdzielić Europę i Amerykę i mogłaby kiedyś przetestować NATO, uderzając choćby w Przesmyk Suwalski albo Dyneburg, a następnie zapytać Zachód, czy naprawdę chce ryzykować wojnę atomową o kawałek wschodniej flanki.
Ja proponuję metodę staroświecką: nie budować bezpieczeństwa Polski na tym, czy Donald Trump czuje, że Putin czegoś nie zrobi.

Zwłaszcza że Rosja prawie równocześnie grozi Brytyjczykom możliwością atakowania ich celów wojskowych także poza Ukrainą. To jest ta sama rosyjska szkoła dyplomacji, w której ambasador przychodzi zapewnić o pokojowych zamiarach, a kierowca zostawia silnik czołgu włączony przed wejściem.

Polska dla uspokojenia sytuacji urządziła własne małe zamieszanie wokół NATO Nuclear Sharing. Wiceminister obrony Paweł Zalewski powiedział, że Polska nie chce rozmieszczenia głowic nuklearnych na swoim terytorium, po czym minister Władysław Kosiniak-Kamysz nocą potwierdził, że Polska jak najbardziej chce uczestniczyć w programie Nuclear Sharing. Nie musi to być sprzeczność, bo udział w nuklearnym odstraszaniu NATO może przyjmować różne formy i nie musi oznaczać magazynowania bomb pod Radomiem, ale komunikacyjnie wyszło znakomicie: chcemy być w klubie atomowym, tylko prosimy na razie bez atomu w szatni.

Można powiedzieć, że polska polityka bezpieczeństwa osiągnęła stan kwantowy. Jednocześnie mamy głowice i ich nie mamy, dopóki rzecznik prasowy nie otworzy pudełka.

A skoro mowa o wielkich liczbach, Donald Tusk rozpoczął piątek od tego, co w polskiej polityce przypomina doroczną wizytę u dentysty: budżetu państwa. Rada Ministrów zebrała się o dziewiątej, żeby pracować nad projektem na 2027 rok. Według ujawnionych przed posiedzeniem założeń dochody mają wynieść około 695 miliardów złotych, wydatki 977,6 miliarda, a deficyt 282,6 miliarda złotych. Bezpieczeństwo, zdrowie i inwestycje mają być trzema głównymi priorytetami.

Budżet państwa jest fascynującym gatunkiem literackim. Zaczyna się od zdania, że priorytetem jest odpowiedzialność finansowa, a potem na stronie drugiej odkrywamy, że planujemy wydać prawie 283 miliardy więcej, niż mamy.

Gdyby obywatel przedstawił taki plan w banku, nie dostałby kredytu.

Dostałby ulotkę o restrukturyzacji zadłużenia.

Państwo ma jednak tę przewagę nad obywatelem, że może swoją dziurę nazwać deficytem strukturalnym, dzięki czemu natychmiast wygląda ona poważniej.

Tusk już wcześniej zapowiedział dodatkowe 17 miliardów złotych na ochronę zdrowia, rekordowe nakłady na bezpieczeństwo oraz wielkie inwestycje. I trudno kwestionować same cele. Wszystkie są potrzebne. Kłopot polega na tym, że bezpieczeństwo kosztuje, zdrowie kosztuje, kolej kosztuje, energetyka kosztuje, a nawet obietnica obniżenia podatku ostatecznie kosztuje kogoś innego. Jedyną bezpłatną częścią polityki pozostaje konferencja prasowa.

Przy ochronie zdrowia szczególnie ciekawie brzmi zapowiedź nowych pieniędzy połączona z ograniczeniem marnotrawstwa i nadużyć. Bardzo dobrze. Każdy rząd od trzydziestu lat odkrywa bowiem mniej więcej w sierpniu, że pieniądze w ochronie zdrowia powinny być wydawane rozsądnie. Potem nadchodzi wrzesień i system wraca do swojej zwykłej działalności.

Może tym razem będzie inaczej.

Człowiek powinien zachować trochę optymizmu, zwłaszcza w piątek rano.

Onet oferuje zresztą na poprawę nastroju ranking szesnastu miast, w którym policzono zarobki, ceny mieszkań, bezrobocie, dostęp do lekarzy, przestępczość oraz jakość powietrza. To już pełna definicja szczęścia według polskiej metodologii: mieć pracę, mieszkanie, lekarza, czyste powietrze i nie zostać po drodze okradzionym. Starożytni Grecy potrzebowali do szczęścia cnoty. My mamy Excela.

Na koniec nocnego newslettera zostaje Sopot, gdzie ostatni dzień festiwalu zamienił Operę Leśną w wehikuł czasu, pełen przebojów, które przeżyły własnych krytyków, kilka ustrojów i większość fryzur swoich wykonawców. To jest akurat pocieszające. W Polsce wszystko się zmienia: partie, prezesi, afery, progi podatkowe, nazwy jezior w Ameryce, a „Sen o Victorii” nadal można zaśpiewać i publiczność wie, kiedy wejść.

Pogoda postanowiła dostosować się do polityki. W piątek ma być miejscami około 30 stopni, a wieczorem wkroczy front z burzami i ulewami. Czyli do południa upał, po południu napięcie, wieczorem wyładowania.

Meteorolodzy nazywają to frontem atmosferycznym. W Sejmie mówi się po prostu: normalny dzień.

I tak wchodzimy w piątek: Piesiewicz ma za sobą noc w prokuraturze, Norwegia straciła szanowanego króla, Trump gwarantuje nam intencje Putina, generał Hodges radzi raczej nie opierać na tej gwarancji testamentu, Polska chce Nuclear Sharing bez konieczności trzymania bomby w kredensie, a Donald Tusk otwiera budżet z wydatkami tak bliskimi biliona, że kalkulator zaczyna mówić do ministra finansów „panie Andrzeju”.

Najspokojniejszym elementem rzeczywistości pozostaje więc poranna kawa. Choć radzę wypić ją szybko. Dzień dopiero się zaczyna.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights