PIĄTEK PO KOŃCU PEWNEJ EPOKI

Warszawa

Tym razem bohaterem jest nie tyle polityk, ile zjawisko atmosferyczne. Front praworządnościowy przesuwający się nad Polską przy akompaniamencie jęków dawnych lokatorów instytucji państwowych.

Piątek przywitał Polskę zaskakująco cicho. Nie było wielkich demonstracji. Nie było płonących opon. Nie było dramatycznych konferencji prasowych transmitowanych spod schodów jakiejś instytucji. A jednak wydarzyło się coś znacznie ciekawszego. W Polsce zakończyła się pewna epoka.

To oczywiście nie oznacza, że jej uczestnicy przyznali się do porażki. Nic podobnego. W polityce i życiu publicznym ludzie przyznają się do błędu mniej więcej tak chętnie, jak kot przyznaje się do zrzucenia wazonu. Nawet jeśli siedzi pośrodku pokoju otoczony odłamkami porcelany, patrzy człowiekowi w oczy z wyrazem niewinności godnym średniowiecznego świętego.

W czwartek zebrała się odnowiona Krajowa Rada Sądownictwa. Brzmi technicznie. Brzmi nudno. Brzmi jak informacja, którą człowiek omija wzrokiem w gazecie, żeby sprawdzić pogodę albo wyniki ligi. A jednak jest to jedna z tych wiadomości, które po latach historycy lubią podkreślać czerwonym flamastrem.

Przez osiem lat trwał bowiem osobliwy eksperyment polityczny. Władza próbowała przekonać obywateli, że niezależność sądów jest czymś w rodzaju niepotrzebnego luksusu. Jak klimatyzacja albo elektryczne szyby. Miło mieć, ale przecież samochód pojedzie także bez nich.

Problem polegał na tym, że państwo prawa działa mniej więcej tak, jak samolot. Można oszczędzać na obiedzie dla pasażerów. Można zrezygnować z poduszki. Ale istnieją pewne elementy konstrukcji, których lepiej nie wykręcać podczas lotu.

Odnowiona KRS wybrała nowego przewodniczącego. Został nim sędzia Sądu Najwyższego Dariusz Zawistowski. Człowiek, który przez ostatnie lata pełnił rolę czegoś pomiędzy sędzią, strażakiem i konserwatorem zabytków. Strażakiem, bo próbował gasić kolejne pożary w wymiarze sprawiedliwości. Konserwatorem zabytków, bo ratował instytucje państwa przed polityczną przebudową wykonywaną metodą młota pneumatycznego.

Najciekawsze były jednak nie wybory personalne, lecz atmosfera.

Nagle okazało się, że można prowadzić obrady bez wrzasków, bez patriotycznej histerii i bez opowieści o zamachu stanu. Oczywiście nie obyło się bez symbolicznych atrakcji. Na sali siedział przecież Łukasz Piebiak, bohater jednej z najbardziej żenujących afer polityczno-hejterskich III RP. Los bywa bowiem wybitnym satyrykiem. Piebiak znalazł się obok Bartłomieja Starosty, jednego z sędziów, których środowisko związane z aferą hejterską próbowało niszczyć.

To trochę tak, jakby na zjazd strażaków zaproszono podpalacza i posadzono go przy stole honorowym obok właściciela spalonego domu.

Jeszcze ciekawsza była uchwała dotycząca Piotra Schaba, Michała Lasoty i Przemysława Radzika.

Przez lata ta trójka funkcjonowała niczym polityczna wersja Jeźdźców Apokalipsy. Gdzie pojawiał się niepokorny sędzia, tam chwilę później pojawiało się postępowanie dyscyplinarne. Sędziowie byli ścigani za stosowanie prawa europejskiego, za krytykę zmian w sądownictwie, za wypowiedzi publiczne, a czasem praktycznie za sam fakt oddychania w niewłaściwym kierunku.

Teraz KRS uznała, że ich odwołanie było skuteczne.

To musi być osobliwe uczucie. Człowiek przez lata rozdaje karty, zajmuje gabinety, wydaje decyzje, a potem nagle dowiaduje się, że historia nie tylko poszła dalej, ale zdążyła już zmienić zamki w drzwiach.

Tymczasem Sejm wybrał nowego sędziego Trybunału Konstytucyjnego, profesora Sławomira Patyrę.

I tutaj również mamy do czynienia z sytuacją niemal literacką. Polska od miesięcy przypomina kraj posiadający dwa zegary pokazujące różne godziny. Jedne instytucje funkcjonują według czasu konstytucyjnego, inne według czasu politycznego. Jedne uznają jednych sędziów, drugie innych. Jedni składają ślubowania, których inni nie uznają.

Kafka napisałby z tego powieść. Gombrowicz farsę. Bareja serial dokumentalny.

Najbardziej wzruszający był jednak fragment uchwały, w której KRS podziękowała obywatelom za obronę praworządności.

To zdanie może wydawać się banalne. W rzeczywistości jest niezwykle ważne. Przez lata tysiące ludzi wychodziły na ulice w obronie instytucji, których większość z nich nigdy wcześniej specjalnie nie zauważała. Broniono sądów tak, jak broni się fundamentów domu. Nie dlatego, że są piękne. Dlatego, że bez nich wszystko się zawali.

Oczywiście nie oznacza to końca sporów. Polska polityka nie zamieni się nagle w szwajcarski zegarek. Nadal mamy Karola Nawrockiego wetującego ustawy z regularnością godną metronomu. Nadal mamy polityków, którzy każdą debatę potrafią zamienić w konkurs obrażania przeciwników. Nadal mamy instytucje, które przez lata były przebudowywane według logiki partyjnej lojalności.

Ale coś jednak się zmieniło.

Po raz pierwszy od dawna można było odnieść wrażenie, że państwo próbuje wrócić do wykonywania swojej podstawowej funkcji. Nie produkowania propagandy. Nie prowadzenia wojen kulturowych. Nie hodowania kolejnych plemion internetowych wojowników.

Po prostu działania.

A w Polsce roku 2026 jest to wiadomość niemal rewolucyjna.

Bo po latach politycznej awantury najbardziej niezwykłe okazuje się nie to, że ktoś wygrał. Najbardziej niezwykłe jest to, że ktoś wreszcie spróbował posprzątać salę po imprezie.

Jak widać, historia KRS jest sama w sobie groteskowa i nie wymaga aż tak wielu ozdobników. Rzeczywistość od dawna konkuruje z satyrą i coraz częściej wygrywa


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights