PIĄTEK NA ABONAMENT: GRY NIE SĄ NASZE, PRAWO CZEKA NA AKTUALIZACJĘ, A DYM JEST GRATIS

Warszawa

Piątek przyniósł ważną wiadomość: coraz mniej rzeczy naprawdę do nas należy. Gry komputerowe stają się licencją, filmy znikają z platform, książki mieszkają na cudzym serwerze, a politycy należą do partii wyłącznie do chwili, gdy właściciel zmieni regulamin.

Kiedyś człowiek kupował grę w pudełku. Miał płytę, instrukcję, czasem mapę i pewność, że jeśli nie zaleje mieszkania, gra będzie jego. Dziś kupuje prawo do uruchamiania programu na warunkach określonych w dokumencie, którego nie przeczytał, ponieważ w tym czasie zdążyłby ukończyć samą grę.

Sony zapowiada stopniowe odchodzenie od płyt. Zwyciężyła wygoda: nie trzeba chodzić do sklepu, szukać pudełka ani wstawać z kanapy. W zamian otrzymaliśmy własność doskonale nowoczesną — taką, którą można zdalnie ograniczyć, zmienić albo odebrać. W przyszłości testament nie będzie zawierał biblioteki, kolekcji filmów i płyt, lecz hasło do chmury oraz prośbę, żeby spadkobierca szybko zaakceptował nowy regulamin.

To uczciwa metafora współczesności. Płacimy za dostęp, lecz nie dostajemy kontroli. Mamy aplikacje zamiast przedmiotów, obserwujących zamiast przyjaciół, polityczne deklaracje zamiast instytucji i pamięć narodową przechowywaną w plikach, których formatu za dziesięć lat nie otworzy żaden komputer.

Również członkostwo w PiS okazało się licencją odnawianą decyzją Jarosława Kaczyńskiego. Ponad trzydziestu posłów nie zaakceptowało nowych warunków użytkowania, więc system automatycznie usunął ich konta. Mateusz Morawiecki twierdzi, że ma czterdziestu posłów, senatora i trzech europarlamentarzystów. Jarosław Kaczyński twierdzi, że sami odeszli. Polska telewizja twierdzi, że właśnie skończyła się epoka.

Epoka skończyła się już tyle razy, że powinna otrzymywać kartę stałego klienta.

Na szczęście nawet rozłam w PiS nie zdołał całkowicie zasłonić państwa, które nadal istnieje i wymaga naprawy. Sejm wraca do ustawy praworządnościowej Waldemara Żurka. Projekt ma uporządkować skutki zmian w sądownictwie, zlikwidować Izbę Kontroli Nadzwyczajnej i przywrócić elementarną pewność, że wyrok wydaje sąd, a nie polityczna aktualizacja systemu.

Naprawianie praworządności przypomina dziś odzyskiwanie komputera po ośmiu latach instalowania podejrzanego oprogramowania. Nie wystarczy usunąć ikonę. Trzeba sprawdzić rejestry, sterowniki, uprawnienia administratora i ustalić, dlaczego użytkownik Ziobro miał dostęp do całego dysku.

Prawo ma tę wadę, że jest mało widowiskowe. Nie wybucha, nie organizuje konferencji i nie obraża przeciwników na platformie X. Dlatego telewizje łatwiej pokazują awanturę o lojalkę niż ustawę, od której może zależeć ważność tysięcy orzeczeń. Praworządność staje się interesująca dopiero wtedy, gdy ktoś potrzebuje niezależnego sądu. Wtedy nagle okazuje się bardziej praktyczna niż wszystkie paski informacyjne razem wzięte.

Prezydent Karol Nawrocki podpisał pięć ustaw, a szóstą — dotyczącą podatku od nadzwyczajnych zysków ze sprzedaży paliw — skierował do Trybunału Konstytucyjnego w trybie kontroli prewencyjnej. Pałac Prezydencki działa więc jak program antywirusowy: pięć plików przepuścił, jeden umieścił w kwarantannie, a użytkownik dowie się później, czy system został ochroniony, czy tylko przestał działać.

Wśród podpisanych ustaw znalazły się przepisy dotyczące sztucznej inteligencji. To krzepiące. Sztuczna inteligencja doczekała się regulacji, podczas gdy naturalna głupota nadal rozwija się bez zezwoleń, kontroli i ograniczeń terytorialnych.

Podpisano również poprawioną ustawę dotyczącą ochrony psów i kotów. W Polsce nawet pies musi czasem poczekać, aż prawo wróci z politycznego spaceru. Ostatecznie zwierzęta mają szansę zejść z łańcucha wcześniej niż wymiar sprawiedliwości.

Tymczasem prawdziwy świat nie czekał na zakończenie sporów proceduralnych. Rumuński F-16 strącił drona, który wtargnął w przestrzeń powietrzną kraju. W Kijowie obowiązywał alarm, Petersburg oglądał dym nad magazynami Wildberries, a Europa po raz kolejny przypomniała sobie, że wojna nie jest wiadomością zagraniczną. Jest bardzo nieuprzejmym sąsiadem, który nie uznaje granic działki.

Wildberries, rosyjski odpowiednik Amazona, znów stał się celem ukraińskich dronów. Rosyjskie imperium może funkcjonować bez wolnych wyborów, niezależnych mediów i prawdy, ale komunikat „przesyłka opóźniona bezterminowo” bywa groźniejszy niż opozycja. Obywatel może długo znosić propagandę. Gorzej znosi brak chińskich kapci, które miały przyjść jutro.

We Francji nad Zatoką Arcachon płonęły lasy. Ogień strawił ponad trzy tysiące hektarów, ewakuowano przeszło dwadzieścia tysięcy mieszkańców i turystów, a część plażowiczów obserwowała kłęby dymu z ręczników rozłożonych nad wodą.

To obraz naszych czasów niemal doskonały. Katastrofa dzieje się na horyzoncie, lecz dopóki nie spada popiół na krem przeciwsłoneczny, można zrobić zdjęcie. Klimat nie organizuje konferencji, nie potrzebuje koalicji i nie składa projektów ustaw. Po prostu wystawia rachunek. Co roku wyższy, zawsze z natychmiastowym terminem płatności.

Na otarcie łez wystartowała Ekstraklasa. Lech broni tytułu, Legia chce odzyskać tron, a Kraków ma aż trzy kluby. Futbol pozostaje ostatnią wielką dziedziną, w której Polacy odnawiają abonament na nadzieję, choć doskonale pamiętają poprzedni sezon. Kibic nie posiada zwycięstwa. Posiada miejsce na trybunie, szalik i niezbywalne prawo do wyjaśniania w poniedziałek, że sędzia był ślepy.

Kultura również dostosowała się do rozmiarów epoki. Christopher Nolan nakręcił „Odyseję” tak ambitną, że — według krytyków — przygoda miejscami dusi się pod ciężarem własnej wielkości. To bardzo współczesne. Nie wystarczy opowiedzieć historii. Trzeba zbudować wydarzenie, franczyzę, uniwersum, produkt premium i powód, dla którego widz powinien wykupić dostęp jeszcze przed premierą.

Gianni Infantino sprzedaje marzenia o futbolu. Sony sprzedaje dostęp do gier. Politycy sprzedają przyszłe koalicje. Eksperci sprzedają prognozy, które po niespełnieniu stają się analizami zmienionej sytuacji. Nawet Marine Le Pen jest dziś sprzedawana jako zapowiedź europejskiej katastrofy, zanim francuscy wyborcy zdążyli ją urządzić.

Taki był piątek: prawo wracało do Sejmu, jedna ustawa trafiła do Trybunału, dron spadł nad Rumunią, magazyny płonęły w Rosji, lasy we Francji, piłkarze wybiegli na boiska, a gry zaczęły znikać z pudełek.

Rozłam w PiS, który rano miał zmienić historię Polski, wieczorem był już tylko kolejną zakładką otwartą w przeglądarce. Współczesność nie daje żadnemu dramatowi zbyt wiele czasu. Każda katastrofa musi szybko ustąpić miejsca następnej, najlepiej bardziej fotogenicznej.

W XXI wieku nie mamy już pewności, czy posiadamy grę, film, książkę, partię, wyrok sądu, spokojne niebo ani nawet wakacyjny krajobraz. Wszystko jest usługą, licencją, obietnicą albo okresem próbnym.

Naprawdę nasze pozostają jedynie skutki. Oraz rachunek. Ten, dla odmiany, otrzymujemy na własność.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights