PIĄTEK, CZYLI PRAWA ŚCIANA, ŻÓŁTA KOSZULKA I HOŁOWNIA Z POWROTEM

Warszawa

Piątek zaczął się od informacji, że Prawo i Sprawiedliwość zamierza wymienić Przemysława Czarnka jako kandydata na premiera.

Projekt Czarnek podobno się skończył. To smutne. Człowiek ledwie zdążył zostać przyszłym premierem, a już został byłym przyszłym premierem.

W PiS mówią, że partia miała mieć dwa płuca: Mateusza Morawieckiego i Przemysława Czarnka, ale oba wysiadły. Morawiecki odszedł z własnym klubem, Czarnek nie dowiózł, a teraz Jarosław Kaczyński ma wybierać między Tobiaszem Bocheńskim a Zbigniewem Boguckim.

Medycznie sytuacja jest poważna. Partia bez płuc powinna dostać tlen. PiS dostał Bocheńskiego i natychmiast zaczął oddychać Braunem. Bocheński ogłosił bowiem, że po powrocie PiS do władzy jednym z pierwszych działań ma być deportowanie z Polski ukraińskich mężczyzn w wieku poborowym, którzy nie pracują legalnie. Ma to pomóc Ukrainie wygrać wojnę.

Jest to koncepcja równie finezyjna jak gaszenie pożaru przez wrzucanie do niego ludzi, którzy stoją najbliżej hydrantu.

PiS najwyraźniej postanowiło rozwiązać trzy problemy jednym transportem: migrację, bezrobocie i brak żołnierzy na froncie. Pozostaje tylko ustalić, kto będzie sprawdzał przy wsiadaniu, czy obywatel Ukrainy pracuje legalnie, półlegalnie, nielegalnie czy akurat tego dnia ma wolne.

Pomysł został skrytykowany nawet przez Krzysztofa Bosaka oraz byłego eksperta rządu PiS Stanisława Żaryna, co jest osiągnięciem samym w sobie. Jeżeli Konfederacja zaczyna tłumaczyć PiS, że może trochę przesadza, znaczy to, że samochód nie tylko zjechał na prawy pas, ale przebił barierkę i jedzie już rowem.

Problem ze ściganiem Grzegorza Brauna polega na tym, iż na prawo od niego znajduje się właściwie ściana. PiS mimo to konsekwentnie bierze rozbieg.

Za pierwszym razem boli. Za drugim jest nauka. Za piątym staje się programem wyborczym.

Partia Kaczyńskiego próbuje dziś wyglądać jak Braun, tylko bardziej państwowo. Braun może powiedzieć, że Ukraina jest wrogiem Polski. PiS musi to samo zapisać w tabeli, powołać departament, stworzyć system „Nielegalny Alert” i zapowiedzieć centrum deportacyjne.

To radykalizm administracyjny. Braun przychodzi z gaśnicą. PiS z formularzem w trzech egzemplarzach.

Najzabawniejsze jest to, że przez osiem lat rządów właśnie PiS otwierało rynek pracy dla setek tysięcy cudzoziemców i stworzyło znaczną część obecnych przepisów dotyczących Ukraińców. Dziś partia usiłuje przekonać wyborców, że jest jedynym lekarzem zdolnym uleczyć chorobę, której dokumentację medyczną sama prowadziła. To trochę jak hydraulik, który najpierw zamontował rurę, a po latach wraca z kamerą i ostrzega, że w mieszkaniu odkryto niepokojące instalacje. Mateusz Morawiecki może tylko siedzieć z boku i przypominać, że wszystkie ważniejsze decyzje jego rządu konsultowano z Kaczyńskim.

Rozwód wszedł więc w etap dzielenia winy.

Majątek jeszcze niepodzielony, dzieci polityczne płaczą, ale oboje małżonkowie już zgodnie ustalili, że wszystko było pomysłem drugiego. Kaczyński mówi, że Mateusz jest w dziwnym stanie. Mateusz odpowiada, że prezes wiedział.

Wyborca dowiaduje się dzięki temu rzeczy niezwykle pocieszającej: przez kilka lat Polską rządzili wspólnie człowiek znajdujący się obecnie w „dziwnym stanie” oraz człowiek, który podobno wszystko z nim uzgadniał.

Tymczasem na drugim końcu politycznego akwarium wynurzył się Szymon Hołownia.

Hołownia może podobno przejąć klub Polski 2050, a nawet wejść do rządu jako wicepremier. Rozmowy trwają, a sam zainteresowany, przebywający na urlopie, ani nie potwierdza, ani nie zaprzecza.

To powrót niezwykle polski. Hołownia najpierw założył partię. Potem przestał nią kierować. Potem partia zaczęła dzielić się bez niego. Teraz może wrócić, żeby uratować ją przed ludźmi, którym ją zostawił.

Jest to polityczny odpowiednik właściciela psa, który oddaje smycz sąsiadowi, po roku wraca i oznajmia, że zwierzę wymaga silnego gospodarza.

Polska 2050 dawno przestała oznaczać rok. To obecnie numer pokoju w sanatorium, do którego co kilka miesięcy wracają ci sami kuracjusze. Hołownia ma jednak pewną przewagę nad kolegami z PiS. On przynajmniej wraca z urlopu. PiS wraca z historii.

Na świecie weekend również zapowiadał się relaksująco.

Według opisanych przez „Wall Street Journal” ustaleń amerykańskiego wywiadu Władimir Putin może w najbliższych latach podjąć ograniczoną wrogą operację przeciw państwu NATO, nawet w formie wtargnięcia wojsk lub poważnego cyberataku, żeby sprawdzić reakcję Sojuszu. Raport ma wskazywać, że taki test mógłby nastąpić nawet stosunkowo szybko.

Czyli sytuacja jest mniej więcej taka: Putin może sprawdzać NATO. NATO sprawdza zapasy amunicji. Europa sprawdza budżety, a PiS sprawdza, czy można deportować Ukraińca szybciej niż Braun napisze następny tweet.

Priorytety są fundamentem bezpieczeństwa państwa.

Rosja od lat testuje Zachód metodą człowieka, który co wieczór podchodzi do cudzego domu i naciska klamkę. Jeżeli drzwi są zamknięte, odchodzi. Jeżeli lekko puszczają, następnego dnia przychodzi z kolegą. Najgorsze, że w środku właściciele zamiast wymienić zamek spierają się, kto ma bardziej patriotyczną wycieraczkę.

W Iranie natomiast znów pojawiły się tajemnicze informacje o stanie zdrowia Modżtaby Chameneiego, który od czasu wojny i objęcia funkcji najwyższego przywódcy prawie nie pokazuje się publicznie. Irańskie władze twierdzą, że kontakt z nim trwa, źródła izraelskie sugerowały nawet, że może nie przebywać w kraju, a jego rzeczywisty stan pozostaje niejasny.

Iran osiągnął więc najwyższy stopień przywództwa duchowego. Przywódca jest, tylko nie wiadomo gdzie. Mówi, ale nikt go nie słyszy. Rząd zapewnia, że kieruje państwem. Publiczność musi uwierzyć.

W porównaniu z polską polityką różnica jest właściwie techniczna: u nas politycy pokazują się zdecydowanie za często.

I wtedy, kiedy człowiek już uznał, że piątek należy spisać na straty, wydarzyło się coś niespodziewanego.

Katarzyna Niewiadoma-Phinney wygrała etap Tour de France Femmes na Mont Ventoux i objęła prowadzenie w całym wyścigu. Ruszyła samotnie ponad dziewięć kilometrów przed metą, zostawiła rywalki za sobą i założyła żółtą koszulkę liderki.

Wreszcie ktoś w piątek wykonał sensowny ruch do przodu. Niewiadoma zaatakowała we właściwym momencie. Nie powołała komisji. Nie obiecała deportacji konkurentek. Nie oskarżyła poprzedniej liderki o zdradę. Nie ogłosiła własnego ruchu „Kolarstwo Plus”. Po prostu nacisnęła na pedały i odjechała.

Polska polityka mogłaby się od niej wiele nauczyć.

Na Mont Ventoux, jeśli chce się wyprzedzić rywala, trzeba jechać szybciej. Na Nowogrodzkiej uważa się, że wystarczy przesunąć linię mety bardziej w prawo.

Niewiadoma wspinała się pod górę przez kilometry i wyglądała na zmęczoną. Bocheński wypowiedział kilka zdań i PiS znalazło się jeszcze dalej na prawo.

Wysiłek niewspółmierny do rezultatu.

Piątek był więc dniem wielkich powrotów, gwałtownych skrętów i ambitnych podjazdów.

Czarnek schodzi z roweru, zanim zdążył wystartować. Bocheński usiłuje wyprzedzić Brauna na zakręcie, za którym stoi ściana. Morawiecki pedałuje własnym torem. Hołownia zawraca na trasę, którą sam opuścił. Putin być może sprawdza, czy NATO pamięta, gdzie ma hamulec. Chamenei kieruje Iranem w trybie niewidzialnym, a Katarzyna Niewiadoma naprawdę jedzie do przodu i chyba właśnie dlatego jej zwycięstwo sprawiło taką przyjemność.

Przez cały dzień politycy przekonywali nas, że ruch oznacza zmianę szyldu, zaostrzenie tonu, powrót na stanowisko albo przesunięcie się o pół metra w stronę Brauna. Tymczasem ona pokazała staroświecką definicję ruchu.

Trzeba mieć cel. Trzeba mieć siłę. Trzeba wiedzieć, kiedy ruszyć. I najlepiej zostawić idiotów za sobą. Na weekend jest to całkiem dobra instrukcja.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights