
Piątek jest jedynym dniem tygodnia, który od rana wygląda tak, jakby już był po pracy. Człowiek jeszcze siedzi przy biurku, jeszcze odpowiada na wiadomości, jeszcze z miną chirurga pochyla się nad tabelą, w której od trzech miesięcy nie zgadza się kolumna „razem”, ale duchowo dawno stoi na stacji benzynowej, kupuje wodę po siedem złotych i zastanawia się, czy nad morze szybciej będzie przez korek na autostradzie, czy przez korek na drodze krajowej. W lipcu nawet obowiązek służbowy ma na sobie krótkie spodenki, a odpowiedzialność chodzi w klapkach i prosi, żeby nie zawracać jej głowy do poniedziałku.
Dlatego piątkowy felieton powinien być o niczym. Nic jest dziś najuczciwszym tematem. Politycy od lat budują na nim programy, telewizje urządzają mu całodobowe transmisje, a internet produkuje z niego wiadomości pilne, bardzo pilne oraz takie, po których los cywilizacji ma zależeć przez mniej więcej siedem minut. Nic ma własnych ekspertów, wykresy, paski, komisje śledcze i rzecznika prasowego. Gdyby jeszcze miało budżet, natychmiast powstałoby ministerstwo do spraw strategicznego zarządzania niczym, a po pół roku Najwyższa Izba Kontroli ustaliłaby, że nic wydano niezgodnie z przeznaczeniem.
W polityce sezon letni rozpoznaje się po tym, że zamiast wielkich kongresów są grille. Mateusz Morawiecki zapowiada spotkanie swojego stowarzyszenia Rozwój Plus na 31 lipca i, mimo partyjnego ultimatum wobec ludzi działających w rozmaitych stowarzyszeniach, nie zamierza ani odwołać imprezy, ani zwinąć szyldu. Polska prawica znalazła się więc w sytuacji ideowo doniosłej: przyszłość obozu może zależeć od tego, kto komu poda karkówkę, kto przyniesie musztardę i czy Jarosław Kaczyński uzna kiełbasę za działalność frakcyjną.
Kiedyś rozłamy zaczynały się od różnic doktrynalnych, manifestów, sporów o państwo i historię. Dziś zaczynają się od wydarzenia na Facebooku i pytania, czy obecność przy ruszcie oznacza już zdradę, czy dopiero dokładkę. Grill jest zresztą idealnym modelem polskiej polityki. Dużo dymu, wszyscy stoją wokół jednego źródła ciepła, każdy twierdzi, że najlepiej zna moment przewrócenia mięsa, a na końcu coś jest spalone, coś surowe, natomiast rachunek tradycyjnie dostaje obywatel.
Morawiecki chce mówić własnym językiem, co w partii wodzowskiej jest pomysłem równie ekstrawaganckim jak własny ręcznik w hotelu all inclusive. Własny język służy tam przede wszystkim do potwierdzania cudzych myśli. Jeśli zaczyna formułować myśli osobne, natychmiast staje się narządem podejrzanym i kieruje się go na badania statutowe. Prezes nie musi grillować osobiście. Wystarczy, że kontroluje temperaturę, a cała partia obraca się posłusznie na drugą stronę.
Po drugiej stronie Donald Tusk miał podczas spotkania z posłami Koalicji Obywatelskiej przekonywać, że epoka PiS jako głównego rywala dobiega końca. Następnie, jak donoszono, opuścił hotel tylnym wyjściem, aby uniknąć dziennikarzy. Jest w tym piękna, niemal teatralna symetria: wielka epoka odchodzi frontowymi drzwiami, a premier wychodzi kuchnią. Polityka lubi deklaracje o końcu historii, ponieważ historia, zajęta własnymi sprawami, zwykle nie ma czasu ich prostować. PiS już nieraz miał się kończyć, Platforma już nieraz miała się rozpadać, PSL od stu lat znajduje się poniżej progu w każdym sondażu, po czym spokojnie wchodzi do budynku i pyta, gdzie ma gabinet.
W Polsce partie są nieśmiertelne na podobieństwo paprotek. Wyglądają, jakby nie przeżyły tygodnia, nikt ich nie podlewa, wszyscy na nie narzekają, a jednak trwają dłużej niż dyrektor, minister i reforma. Co kilka lat zmienia się tylko doniczka oraz tabliczka z napisem „nowe otwarcie”. Nowe otwarcie jest zresztą najczęstszą formą zamknięcia starych rachunków bez ich zapłacenia.
Tymczasem życie pozaparlamentarne, które jest znacznie bardziej uparte od liderów klubów, urządza własne komisje śledcze. Jedna z dzisiejszych wiadomości opowiada o radnych, którzy mieli korzystać z wizyt lekarskich bez kolejki. Oto temat znacznie poważniejszy niż niejeden spór konstytucyjny, bo konstytucję obywatel widuje rzadko, a kolejkę do specjalisty ogląda regularnie i to z kilku perspektyw. System ochrony zdrowia zapewnia nam formalną równość: każdy może czekać. Dopiero praktyka dodaje przypis, że niektórzy mogą czekać krócej, szczególnie jeśli wcześniej cierpliwie czekali na odpowiednie miejsce na liście wyborczej.
Zdrowie jest w Polsce stanem przejściowym pomiędzy skierowaniem a terminem wizyty. Człowiek dzwoni do przychodni jako czterdziestolatek, dostaje termin jako pięćdziesięciolatek, a kiedy wreszcie wchodzi do gabinetu, lekarz patrzy w dokumentację i mówi, że w tym wieku trzeba na siebie uważać. Jest to rada głęboko słuszna, choć spóźniona o dekadę i refundowana tylko częściowo.
Starość ma dziś osobliwy status. W reklamie jest pogodna, wysportowana i ubrana w biały sweter. Siwy pan śmieje się nad jeziorem, siwa pani ćwiczy jogę, oboje połykają suplement, po którym natychmiast odzyskują stawy, pamięć, libido oraz zdolność kredytową. W rzeczywistości senior od szóstej rano usiłuje dodzwonić się do rejestracji, a automat oznajmia mu ciepłym głosem, że jest siedemdziesiąty trzeci w kolejce. Automat jest jedyną osobą w ochronie zdrowia, która ma dla niego czas, choć także nie zamierza wysłuchać odpowiedzi.
Młodość z kolei otrzymała właśnie wyniki rekrutacji do liceów i dowiedziała się, że czternaście lat życia było wstępem do gry punktowej, w której brak właściwej strategii może być dotkliwszy niż brak dzieciństwa. Uczeń powinien już w przedszkolu wiedzieć, jakie rozszerzenie wybierze, jakie konkursy wygra i czy jego przyszły pracodawca w roku 2042 będzie cenił wolontariat przy segregowaniu nakrętek. Dorośli, którzy nie potrafią zaplanować przyszłego wtorku, wymagają od piętnastolatka precyzyjnej mapy kariery. Potem z troską pytają, dlaczego młodzież ma stany lękowe.
Na szczęście jest lato, czyli okres, w którym wszystkie nasze lęki można przewieźć w inne miejsce i sfotografować na tle zachodu słońca. Urlop współczesnego Polaka nie służy wypoczynkowi. Urlop jest projektem logistycznym, sportem wyczynowym i materiałem dowodowym dla znajomych. Trzeba znaleźć apartament „trzysta metrów od plaży”, przy czym metry są mierzone w linii prostej, najpewniej przez Bałtyk. Trzeba spakować pół mieszkania, pokonać sześćset kilometrów, pokłócić się dwa razy o trasę, raz o klimatyzację, a po przyjeździe odkryć, że widok na morze rzeczywiście istnieje, jeśli stanie się na pralce, wychyli przez lufcik i użyje lornetki.
Potem zaczyna się odpoczynek. Budzik dzwoni o szóstej, bo trzeba zająć miejsce na plaży. Człowiek biegnie z parawanem, jakby od wyniku tej operacji zależała granica państwa, rozstawia narodową linię obrony i przez następne dziewięć godzin pilnuje skrawka piasku, za który zapłacił cenę małego remontu. Dzieci chcą gofra, gofr chce bitej śmietany, bita śmietana chce natychmiast spłynąć na koszulkę, a mewa chce wszystkiego. Wieczorem rodzina jest tak zmęczona wypoczynkiem, że zgodnie uznaje dzień za udany.
Lato ma też własną medycynę. Zimą boimy się smogu, latem słońca, kleszczy, sinic, odwodnienia, udaru, lodów z niepewnego źródła i klimatyzacji, która według jednej szkoły ratuje życie, a według drugiej zabija gardło przy samym wejściu do sklepu. Polacy pokochali klimatyzację z żarliwością późnych neofitów. Jeszcze niedawno uważaliśmy ją za amerykańską fanaberię, dziś ustawiamy osiemnaście stopni i siedzimy pod nawiewem w polarze, dumni, że pokonaliśmy pogodę przy pomocy rachunku za prąd.
Starsze pokolenie patrzy na to z pogardą człowieka, który przeżył lipiec w fiacie 126p, bez klimatyzacji, na winylowym siedzeniu, z trzema osobami z tyłu i arbuzem pod nogami. Tamten samochód nie jechał nad morze, lecz odbywał próbę charakteru. Okna otwierało się korbką, nawiew miał dwie funkcje: hałas i większy hałas, a kanapka z jajkiem po czterech godzinach podróży zdobywała własną osobowość. I jakoś żyliśmy — mówi senior, po czym bierze tabletkę na ciśnienie, siada najbliżej wentylatora i dodaje, że dawniej ludzie byli odporniejsi. Byli. Zwłaszcza ci, którzy przeżyli.
Wiadomości ze świata przypominają jednak, że nasze spory o temperaturę nawiewu są luksusem. Ukraina znów budzi się po nocnych atakach, w Hiszpanii żywioł wymyka się spod kontroli, a Donald Trump wygłasza orędzie, oskarża Chiny i krytykuje media, czyli wykonuje swój polityczny zestaw ćwiczeń porannych. Świat płonie dosłownie i w przenośni, ale człowiek ma ograniczoną pojemność trwogi. Nie może przez cały dzień martwić się wojną, klimatem, demokracją i cieśniną Ormuz, skoro przed chwilą dostał wiadomość, że jego walizka przekracza dopuszczalny wymiar o dwa centymetry.
Na tym właśnie polega mądrość piątku. Nie rozwiązuje żadnego problemu, tylko na kilka godzin zmienia jego rangę. Rano upadek Zachodu wydaje się nieunikniony, po południu ważniejsze jest, czy zdążymy przed korkami, a wieczorem cała geopolityka przegrywa z pytaniem, kto miał kupić węgiel do grilla. Człowiek nie staje się przez to głupszy. Staje się jedynie człowiekiem, czyli stworzeniem zdolnym jednocześnie martwić się przyszłością cywilizacji i szukać ładowarki, którą trzyma w ręce.
Może więc felieton o niczym jest najwierniejszym opisem naszego czasu. Żyjemy pomiędzy wielką historią a drobnym swędzeniem po ukąszeniu komara. Z jednej strony państwo, naród, bezpieczeństwo i praworządność, z drugiej krem z filtrem, ciśnienie, cholesterol i pytanie, czy pokój ma balkon. Politycy obiecują nam przyszłość, lekarze zalecają ruch, reklamy sprzedają młodość, biura podróży gwarantują spokój, a życie, jak zwykle, nie czyta warunków umowy.
I bardzo dobrze. Gdyby czytało, nikt rozsądny nie podpisałby jej bez konsultacji z prawnikiem.
Piątek natomiast podpisuje wszystko. Podpisuje urlop, rachunek, zgodę na pliki cookie, receptę i listę obecności. Potem zdejmuje krawat, wkłada okulary przeciwsłoneczne i mówi, że resztą zajmiemy się w poniedziałek. A poniedziałek, stary naiwniak, od lat wierzy, że tym razem naprawdę przyjdziemy przygotowani.

Dodaj komentarz