PATRIOTYZM NA SPRZEDAŻ

Warszawa

Są w Polsce sprawy, które przez lata wydawały się święte. Jedną z nich było przekonanie, że bezpieczeństwo państwa nie powinno być paliwem kampanii wyborczych. Wojna za wschodnią granicą, rosyjska agresja, NATO, modernizacja armii – wszystko to miało pozostawać ponad codziennym targowiskiem politycznych próżności. Miało. Bo jak wiadomo, w polskiej polityce każda świętość żyje mniej więcej do najbliższego sondażu.

Wystarczył jeden weekend i jedna informacja o przekazaniu Ukrainie pocisków PAC-3 do systemu Patriot, aby rozpoczęło się przedstawienie godne operetki wojskowej. Krzysztof Bosak ogłasza, że rząd w tajemnicy przekazał Ukrainie jedyne pociski zdolne zwalczać rosyjskie Iskandery. Mariusz Błaszczak domaga się natychmiastowych wyjaśnień. Z Kancelarii Prezydenta płyną sugestie, że decyzja mogła narazić bezpieczeństwo Polski. Kilka godzin później premier Donald Tusk odpowiada, że pomoc dla Ukrainy od początku była polskim narodowym konsensusem, a minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz zapowiada odtajnienie wszystkich pakietów pomocy przekazanych Ukrainie od 2022 roku.

I nagle robi się naprawdę zabawnie.

Bo ci sami politycy, którzy jeszcze rano domagali się pełnej jawności w sprawie jednej decyzji, po południu zaczynają tłumaczyć, że ujawnianie całej historii donacji jest nieodpowiedzialne. Rzecznik prezydenta Rafał Leśkiewicz ostrzega, że takich informacji nie powinno się publikować, bo mogą z nich skorzystać rosyjskie służby. Trudno odmówić temu argumentowi logiki. Problem polega tylko na tym, że dzień wcześniej równie ochoczo uczestniczono w publicznej debacie o konkretnym rodzaju uzbrojenia. Najwyraźniej tajemnica państwowa obowiązuje od drugiego przecieku.

To zresztą piękna cecha współczesnej polityki. Transparentność jest cnotą wyłącznie wtedy, gdy szkodzi przeciwnikowi. Gdy może zaszkodzić własnej narracji, natychmiast zamienia się w zamach na bezpieczeństwo państwa. Polska wynalazła nową kategorię informacji niejawnych – są to informacje jawne tylko do czasu, aż przestaną być wygodne.

Jeszcze ciekawsza jest pamięć naszej klasy politycznej, przypominająca złotą rybkę cierpiącą na amnezję. W pierwszych miesiącach pełnoskalowej wojny rząd PiS przekazał Ukrainie setki czołgów, armatohaubice Krab, transportery, amunicję, zestawy przeciwlotnicze i ogromne ilości sprzętu wojskowego. Robił to słusznie, bo rozumiał prostą prawdę: rosyjski czołg zniszczony pod Charkowem nigdy nie dojedzie do Brześcia. Wtedy mówiono o odwadze, odpowiedzialności i historycznej chwili.

Dziś ta sama logika nagle przestała obowiązywać. Nagle okazuje się, że każda pomoc wojskowa wymaga konferencji prasowej, śledztwa parlamentarnego i kilku dni narodowej histerii. Nie zmieniła się geografia. Nie zmienił się Putin. Nie zmieniły się interesy Polski. Zmienił się wyłącznie kalendarz polityczny.

Rosja nie musi wydawać fortuny na operacje wpływu, jeśli politycy sami wykonują za nią połowę pracy. W Moskwie z pewnością z zainteresowaniem obserwuje się kraj, w którym wystarczy wrzucić do debaty jedno hasło – „Patriot” – a przez trzy dni wszyscy przestają rozmawiać o rosyjskiej agresji, skupiając się na tym, kto komu bardziej zaszkodził w sondażach.

Najbardziej groteskowe jest jednak to, że wszyscy uczestnicy tego spektaklu mają odrobinę racji i jednocześnie wszyscy zachowują się tak, jakby chodziło o casting do politycznego thrillera klasy B.

Opozycja ma prawo pytać o decyzje dotyczące bezpieczeństwa. Rząd ma obowiązek je uzasadniać. Ale między kontrolą demokratyczną a produkowaniem narodowej paniki istnieje różnica mniej więcej taka jak między lekarzem a producentem horrorów. Jeden diagnozuje chorobę, drugi zarabia na strachu.

Politycy wszystkich stron coraz częściej zachowują się jak handlarze alarmami przeciwpożarowymi. Najpierw sami rozniecają ogień emocji, a potem z przejęciem pokazują płomienie jako dowód własnej przenikliwości. Gdyby od tego zależało bezpieczeństwo Polski, bylibyśmy światową potęgą. Niestety bezpieczeństwo zależy od czegoś znacznie mniej widowiskowego: od zaufania sojuszników, dyscypliny informacyjnej i elementarnej odpowiedzialności.

Wojna nie jest serialem na platformie streamingowej. Nie potrzebuje zwrotów akcji co dwadzieścia cztery godziny. Tymczasem polska polityka coraz bardziej przypomina scenarzystę, który panicznie boi się, że widz przełączy kanał. Dlatego codziennie musi być nowa sensacja, nowa zdrada, nowy skandal i nowy koniec świata.

A przecież historia uczy czegoś banalnego. Państwa najrzadziej przegrywają dlatego, że zabrakło im jednego transportu rakiet. Znacznie częściej przegrywają dlatego, że ich elity uznały, iż kampania wyborcza jest ważniejsza od cierpliwego budowania wiarygodności. Wtedy przeciwnik nie musi nawet prowadzić wojny informacyjnej. Wystarczy, że wygodnie usiądzie i pozwoli demokratom pokłócić się o to, kto bardziej kocha ojczyznę.

Rosja od stuleci wie, że najtańszą bronią jest cudzy chaos. Polska niestety co kilka miesięcy udowadnia, że gotowa jest dostarczyć go w promocji.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights