PAŃSTWO NA RĘCZNYM

Warszawa

Gdyby ktoś za pięćdziesiąt lat próbował zrozumieć Polskę pierwszej połowy XXI wieku, prawdopodobnie popełniłby prosty błąd. Uznałby, że żyli tu ludzie wyjątkowo zainteresowani konstytucją. Że całe społeczeństwo budziło się rano z pytaniem, czy lepszy jest system prezydencki, kanclerski, parlamentarno-gabinetowy czy może jeszcze jakiś inny, którego nie wymyślili nawet autorzy podręczników prawa konstytucyjnego.

Nic bardziej mylnego. Polacy nie rozmawiają o ustroju. Polacy rozmawiają o tym, kto ma komu skuteczniej przeszkodzić.

To zasadnicza różnica, bo kiedy słyszę kolejne dyskusje o nowej konstytucji, zmianie systemu, wzmocnieniu prezydenta albo ograniczeniu jego kompetencji, mam nieodparte wrażenie, że przypomina to debatę pasażerów stojących na poboczu autostrady nad kolorem lakieru samochodu, który od dawna ma zatarte sprzęgło.

Naszym problemem nie jest to, że konstytucja ma dwadzieścia dziewięć lat. Naszym problemem jest to, że coraz mniej ludzi uważa, iż warto jej przestrzegać wtedy, gdy akurat przeszkadza. To jest choroba znacznie groźniejsza niż jakikolwiek ustrój.

Przez ostatnią dekadę udało nam się dokonać rzeczy, która wcześniej wydawała się niemożliwa. Zamieniliśmy państwo prawa w państwo interpretacji. Każda nowa większość znajduje własnych konstytucjonalistów, własne ekspertyzy, własne uzasadnienia i własne definicje legalności. W efekcie obywatel przestał wiedzieć, czy wyrok jest wyrokiem, sędzia jest sędzią, Trybunał jest Trybunałem, a zabezpieczenie jest zabezpieczeniem.

Jedyną instytucją, której status pozostaje całkowicie niekwestionowany, jest telewizja śniadaniowa. Reszta zależy od tego, kto akurat wygrał wybory. To zresztą niezwykłe osiągnięcie cywilizacyjne. W normalnych demokracjach partie spierają się o podatki, szkoły, kolej, energetykę albo wysokość składki zdrowotnej. W Polsce spieramy się o to, czy państwo istnieje.

Jeszcze bardziej zadziwia mnie pomysł, że lekarstwem na ten stan rzeczy ma być kolejna wielka przebudowa ustroju. To trochę tak, jakby lokator kamienicy od lat nie płacił czynszu, wybijał szyby na klatce schodowej, parkował samochód w windzie i podpalał skrzynki na listy, a potem ogłosił, że jedynym rozwiązaniem problemów jest… wymiana domofonu.

Owszem, obecny model ma swoje słabości. Konstytucjonaliści od lat zwracają uwagę, że przy kohabitacji silny mandat prezydenta i silny mandat rządu prowadzą do konfliktów. To nie jest odkrycie prezydenta Nawrockiego ani Donalda Tuska. O tym pisano jeszcze wtedy, gdy jedynym smartfonem był człowiek z bardzo dobrą pamięcią. Eksperci proponują różne rozwiązania — od punktowych zmian konstytucji po większe wzmocnienie odpowiedzialności rządu — ale niemal wszyscy zgadzają się co do jednego: bez politycznej zdolności do kompromisu żaden model ustrojowy nie będzie działał dobrze.

Można oczywiście marzyć o systemie prezydenckim. Tylko że system prezydencki nie produkuje automatycznie mądrych prezydentów. Tak samo jak system parlamentarny nie gwarantuje mądrych premierów. To trochę jak wiara, że zakup nowego ekspresu do kawy uczyni właściciela poetą. Maszyna może być świetna, ale to nadal człowiek wsypuje ziarna.

Od kilku miesięcy słyszymy, że Polska potrzebuje silniejszego państwa. Po czym każda ze stron z zapałem godnym olimpijczyka robi wszystko, żeby druga strona nie mogła skutecznie rządzić. To tak, jakby dwóch wspólników prowadziło restaurację, codziennie wyrywało sobie z rąk patelnię, wyrzucało sobie nawzajem garnki przez okno, a wieczorem zgodnie występowali w telewizji z apelem o poprawę jakości gastronomii.

Demokracja jest ustrojem niezwykle wymagającym. Nie dlatego, że potrzebuje wybitnych polityków. Z tym jakoś zawsze dawała sobie radę. Potrzebuje natomiast ludzi, którzy uznają, że przeciwnik polityczny może jutro wygrać wybory i mimo to państwo ma dalej działać.

To jest najtrudniejsza lekcja demokracji. Nie wygrywanie. Przegrywanie.

Konstytucję można zmienić. System można przebudować. Trybunał można zreformować, ale nie da się napisać takiej ustawy, która zmusi polityków do szanowania zasad wtedy, gdy przestają być dla nich wygodne.

Właśnie dlatego największym problemem III Rzeczypospolitej nie jest ani prezydent, ani premier, ani Trybunał Konstytucyjny. Największym problemem jest przekonanie, że państwo jest własnością zwycięzców. Demokracja zaczyna się dopiero wtedy, gdy zwycięzca pamięta, że kiedyś będzie także przegranym.

To bardzo niewygodna myśl, dlatego w Polsce od lat łatwiej zmienia się konstytucję w przemówieniach niż własne polityczne nawyki. A te, niestety, nie podlegają nowelizacji.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights