
Wtorkowe popołudnie przechyla się już w wieczór, zegar zbliża się do osiemnastej, a w człowieku zamiast spokoju rośnie coś gęstego i nieprzyjemnego, jakby powietrze zgęstniało od absurdu. Człowiek siada z herbatą albo kawą, patrzy przez okno i przez chwilę próbuje ustalić, czy żyje jeszcze w państwie prawa, czy już w kabarecie, w którym konstytucja robi za rekwizyt, a powaga za dekorację z dykty.
Trybunał Konstytucyjny orzeka, że prezydent nie musi odebrać ślubowania od sędziego. Nie musi. Może. Jeśli zechce. Jeśli uzna. Jeśli się nastroi. I w tym jednym zdaniu, wypowiedzianym z miną poważniejszą niż nekrolog, mieści się cały dramat państwa, które przestało być systemem reguł, a zaczęło być zbiorem humorów.
Bo prawo, które zależy od nastroju, nie jest prawem. Jest pogodą.
A państwo, które działa jak pogoda, nie jest państwem. Jest klimatem kaprysu.
W tej scenografii Karol Nawrocki nie pełni już funkcji prezydenta, tylko rolę selekcjonera rzeczywistości. Jednym otwiera drzwi do urzędu, drugim mówi, żeby poczekali na korytarzu historii, aż łaskawie uzna, że istnieją. To nie jest prerogatywa. To jest groteskowa władza nad bytem i niebytem, jakby ktoś pomylił konstytucję z teatrem absurdu i uznał, że może decydować, kto jest aktorem, a kto statystą.
A Trybunał? Trybunał już nawet nie udaje, że jest sądem. On przypomina komisję, która najpierw dostaje polecenie, a potem dorabia do niego uzasadnienie. Siedzą tam panowie z minami sędziów, mówią językiem paragrafów, a w istocie robią dokładnie to, co robi się w kiepskim warsztacie: dopasowują śrubę do krzywego gwintu i ogłaszają, że tak miało być od początku.
Bogdan Święczkowski wygląda w tym układzie jak kierownik magazynu, który rozdaje klucze do państwa według własnego uznania. Jednych sędziów wpuszcza, innych nie wpuszcza, a reszcie tłumaczy, że nie spełniają definicji istnienia. To już nie jest spór prawny. To jest ontologiczna rozpusta, w której byt zależy od sympatii politycznej.
I gdzieś obok stoi Europa, mówi spokojnie, że sędziowie powinni orzekać, że państwo ma obowiązek działać, że zasady są jasne, a Polska odpowiada, że owszem, zasady są jasne, ale my właśnie piszemy nowe, ołówkiem, który można w każdej chwili wytrzeć gumką.
To jest właśnie ten moment, w którym człowiek przestaje się oburzać, a zaczyna się bać.
Bo jeśli władza wykonawcza może zawiesić obowiązek, a władza sądownicza może to pobłogosławić, to znaczy, że konstytucja została zdegradowana do roli broszury reklamowej. Ładnie wygląda, dobrze się cytuje, ale nikt nie traktuje jej poważnie.
W tym samym czasie na mównicy pojawia się Przemysław Czarnek, który z pasją godną średniowiecznego kaznodziei potrafi w jednej wypowiedzi ogłosić coś nielegalnym, a w następnej podpisać się pod jego przeciwieństwem. Jego logika przypomina wahadło: nie chodzi o to, gdzie jest prawda, tylko żeby się poruszało i robiło hałas.
Mariusz Błaszczak stoi obok jak człowiek, który pilnuje ruin i udaje, że to nadal zabytek, a Jarosław Kaczyński uśmiecha się tym charakterystycznym półuśmiechem właściciela całej tej sceny, który wie, że spektakl dawno stracił sens, ale publiczność wciąż siedzi na miejscach, więc można grać dalej.
I to jest najbardziej ponure w tym wszystkim.
Bo to nie jest jednorazowy wybryk, to nie jest incydent, to nie jest nawet kryzys. To jest metoda. Systematyczne rozpuszczanie państwa w sosie politycznej woli. Krok po kroku, decyzja po decyzji, wyrok po wyroku.
Prawica w tej wersji nie naprawia państwa i nawet go nie reformuje. Ona je zużywa. Jak tanie narzędzie, które bierze się do ręki, dopóki działa, a potem wyrzuca.
Instytucje przestają być instytucjami. Stają się łupem. Prawo przestaje być prawem. Staje się argumentem. Demokracja przestaje być zasadą. Staje się dekoracją.
Wtorek powoli się kończy, światło gaśnie, a stres nie znika, tylko siada obok jak nieproszony gość, który rozkłada się wygodnie, zapala papierosa z naszej cierpliwości i patrzy nam prosto w oczy, jakby chciał powiedzieć, że to dopiero początek.
Bo to nie jest już spór o to, jak rządzić Polską – to jest bezwstydna rywalizacja, kto szybciej i dokładniej przerobi państwo na prywatny folwark, w którym prawo służy do usprawiedliwiania bezprawia, a instytucje istnieją tylko po to, żeby udawać, że jeszcze istnieją.
To już nie jest państwo, to jest rozkład udający porządek.
Nawrocki nie jest problemem systemu – on jest jego objawem.

Dodaj komentarz