PAŃSTWO DO WYNAJĘCIA

Warszawa

Najbardziej lubię obserwować politykę w piątek. Nie dlatego, że kończy się tydzień, lecz dlatego, że właśnie wtedy wszystkie wydarzenia zaczynają układać się w jedną historię. Od poniedziałku do czwartku każdy żyje własnym newsem, własnym skandalem i własnym oburzeniem. W piątek okazuje się, że te wszystkie pozornie przypadkowe wydarzenia przypominają elementy dziecięcych klocków. Wystarczy poświęcić im chwilę uwagi, aby zobaczyć, że tworzą całkiem spójny obraz. Niestety, nie jest to obraz szczególnie optymistyczny.

Przez ostatnie dni politycy z zapałem przekonywali nas, że walczą o Polskę, o pamięć historyczną, o bezpieczeństwo, o zdrowie publiczne, o relacje z Ukrainą, o przyszłość Europy i o sprawiedliwość. Gdy jednak odłożyć na bok konferencje prasowe, wpisy w mediach społecznościowych i te wszystkie miny ludzi przekonanych, że właśnie wypowiedzieli zdanie, które przejdzie do historii, pozostaje zaskakująco proste pytanie: kto właściwie bierze odpowiedzialność za państwo?

Mam czasem wrażenie, że żyjemy w kraju, w którym odpowiedzialność stała się gorącym ziemniakiem. Wszyscy z niezwykłą zręcznością potrafią podrzucić ją komuś innemu, ale nikt nie chce jej potrzymać dłużej niż kilka sekund. Poprzednicy są winni wszystkiemu, następcy wszystkiemu przeszkadzają, urzędnicy niczego nie dopilnowali, eksperci czegoś nie przewidzieli, sądy czegoś nie zrozumiały, media coś przemilczały, a jeśli naprawdę zabraknie już kogokolwiek do oskarżenia, zawsze można zorganizować komisję, która przez dwa lata będzie ustalała, dlaczego poprzednia komisja niczego nie ustaliła.

To osobliwe zjawisko przypomina mi starą kamienicę, w której pękła rura z wodą. Z sufitu kapie coraz mocniej, na schodach tworzą się kałuże, lokatorzy biegają z wiadrami, a administracja zwołuje kolejne zebrania, podczas których wszyscy z ogromnym zaangażowaniem ustalają, kto dwadzieścia lat temu powinien był wymienić instalację. Dyskusja jest gorąca, emocje sięgają zenitu, padają oskarżenia i wzniosłe deklaracje, tylko woda, niewzruszona całą tą debatą, nadal spokojnie spływa po ścianach.

Piątkowe wiadomości wyglądały właśnie jak taka kamienica.

Donald Tusk nie krył oburzenia po wyroku w sporze z Pfizerem i mówił o „koszmarnej niefrasobliwości”, zarzucając poprzednikom błędy przy prowadzeniu sprawy dotyczącej kontraktów szczepionkowych z czasów pandemii. Rząd zapowiedział apelację, opozycja odpowiedziała własnymi oskarżeniami, a przeciętny obywatel zapewne po raz kolejny zaczął się zastanawiać, czy w tym sporze ktokolwiek jeszcze pamięta, że chodzi o publiczne pieniądze, a nie o kolejną odsłonę politycznego meczu. Jedni krzyczą, że winni są poprzednicy, drudzy przekonują, że obecni niczego nie dopilnowali. Piłka lata nad siatką, publiczność klaszcze, a rachunek nadal leży na stole. W polityce bowiem rachunki mają tę nieprzyjemną właściwość, że wcześniej czy później trafiają do podatnika, nawet jeśli przez kilka lat udaje się udawać, że ich nie ma.

Kilka stron dalej czytam rozmowę z Aleksandrem Kwaśniewskim. Mówi spokojnie, bez podnoszenia głosu, że ponownie przeprosiłby za Jedwabne. Niezależnie od tego, jakie kto ma poglądy, trudno odmówić tej wypowiedzi jednej cechy – konsekwencji. Były prezydent przypomina, że prawda historyczna nie staje się mniej prawdziwa tylko dlatego, że przynosi polityczne straty. Ostrzega również przed odradzaniem się środowisk, które próbują negować zbrodnie XX wieku lub wykorzystywać pamięć historyczną jako narzędzie bieżącej walki. To ważne ostrzeżenie, bo historia jest jak ogień. Ogrzewa wtedy, kiedy człowiek potrafi nad nią zapanować. Gdy jednak zaczyna się nią bawić dla doraźnych korzyści, bardzo szybko potrafi podpalić cały dom.

I właśnie wtedy zrozumiałem, że piątkowe wiadomości nie opowiadają o kilku różnych sprawach. One opowiadają jedną historię. Historię państwa, które coraz częściej reaguje na wydarzenia zamiast je wyprzedzać. Państwa, które doskonale radzi sobie z konferencjami prasowymi, znacznie gorzej z planowaniem, a najgorzej z wyciąganiem wniosków z własnych błędów.

Spójrzmy choćby na Ukrainę. Jeszcze trzy lata temu Polska była symbolem solidarności. Przez nasze przejścia graniczne płynęła pomoc humanitarna, przez lotniska i tory kolejowe transportowano sprzęt wojskowy, a miliony Polaków otworzyły swoje domy dla ludzi uciekających przed rosyjskimi bombami. Świat patrzył na nas z uznaniem, a zachodnie media pisały o polskiej mobilizacji z podziwem, którego wcześniej nie pamiętaliśmy od wielu lat.

Dzisiaj coraz częściej słyszymy pytanie, czy potrafiliśmy ten ogromny kapitał zaufania zamienić w trwałą pozycję polityczną i gospodarczą. Były minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz stawia diagnozę dość gorzką. Jego zdaniem inne państwa znacznie skuteczniej wykorzystały ten czas, budując partnerstwa przemysłowe, wojskowe i technologiczne z Ukrainą, podczas gdy Polska coraz częściej wikłała się w spory, których finałem było bardziej wzajemne zniechęcenie niż budowanie wspólnej strategii. To nie jest tylko dyskusja o Kijowie. To jest dyskusja o tym, czy potrafimy myśleć kilka ruchów naprzód, czy jedynie reagujemy na kolejne wydarzenia, kiedy już zapukają do naszych drzwi.

Podobny niepokój przebija z rozmowy z Aleksandrem Kwaśniewskim. Były prezydent nie mówi wyłącznie o Jedwabnem. Mówi o odpowiedzialności za pamięć. Przypomina, że pojednanie nigdy nie było prostą drogą, a historia nie staje się mniej bolesna tylko dlatego, że ktoś postanowi ją przemilczeć albo napisać od nowa. Ostrzega również przed rosnącym znaczeniem środowisk, które próbują negować zbrodnie XX wieku i budować polityczny kapitał na uprzedzeniach oraz resentymentach. Trudno nie dostrzec w tych słowach przestrogi, że historia bardzo nie lubi ludzi przekonanych o własnej nieomylności.

W tym samym czasie minister zdrowia proponuje ograniczenie wynagrodzeń lekarzy kontraktowych do 240 złotych za godzinę, przedstawiając to jako próbę uporządkowania systemu. Dyskusja natychmiast przeradza się w spór o to, czy lekarze zarabiają za dużo, czy państwo od lat nie potrafi zorganizować ochrony zdrowia w sposób, który nie zmusza szpitali do desperackiego konkurowania o specjalistów. Mam nieodparte wrażenie, że po raz kolejny rozmawiamy o skutkach, a nie o przyczynach. Łatwo oburzać się na stawki. Znacznie trudniej odpowiedzieć na pytanie, dlaczego przez całe lata budowaliśmy system, w którym gaszenie pożarów stało się podstawową metodą zarządzania.

Jakby dla równowagi pojawia się wiadomość, która na chwilę pozwala uwierzyć, że jednak można coś zrobić z myślą o przyszłości. Pierwsza energia z morskiej farmy wiatrowej Orlenu na Bałtyku trafia do sieci. To wydarzenie nie wywołuje politycznej awantury, nie dzieli społeczeństwa na dwa wrogie obozy i nie staje się głównym tematem internetowych kłótni. A przecież właśnie takie inwestycje będą miały wpływ na ceny energii, konkurencyjność gospodarki i bezpieczeństwo energetyczne Polski przez następne dziesięciolecia. Paradoks naszych czasów polega na tym, że im ważniejsze wydarzenie dla przyszłości kraju, tym mniej miejsca zajmuje w politycznym teatrze.

Na końcu trafiam jeszcze na sondaż CBOS. Koalicja Obywatelska trzeci miesiąc z rzędu traci poparcie, a na podium coraz mocniej rozpycha się osobliwa formacja, której nie znajdziemy w żadnym rejestrze partii politycznych. To „partia Nie wiem”. Nie ma przewodniczącego, nie organizuje kongresów i nie rozwiesza billboardów. Mimo to zyskuje kolejnych sympatyków. Są nimi ludzie zmęczeni nieustannym hałasem, coraz mniej wierzący, że któraś ze stron naprawdę chce naprawiać państwo, zamiast wygrywać kolejne odcinki politycznego serialu. To być może najciekawszy i jednocześnie najbardziej niepokojący wynik tego badania. Demokracja nie przegrywa wtedy, gdy wyborcy wybierają inaczej, niż życzyliby sobie politycy. Demokracja zaczyna mieć kłopot wtedy, gdy coraz więcej obywateli przestaje wierzyć, że ktokolwiek naprawdę zasługuje na ich zaufanie.

I kiedy zamknąłem komputer po lekturze piątkowych wiadomości, przyszła mi do głowy myśl zaskakująco prosta. Polska wcale nie cierpi na brak inteligentnych ludzi. Nie brakuje nam ekonomistów, prawników, lekarzy, inżynierów, przedsiębiorców ani naukowców. Nie jesteśmy też krajem pozbawionym pieniędzy, pomysłów czy ambicji. Chorujemy na coś znacznie trudniejszego do zdiagnozowania. Coraz częściej mylimy zarządzanie państwem z zarządzaniem politycznym spektaklem.

Bo przecież spójrzmy na ten jeden piątek. Rozmawialiśmy o Jedwabnem i o odpowiedzialności za pamięć. Rozmawialiśmy o Ukrainie i o odpowiedzialności za bezpieczeństwo oraz miejsce Polski w Europie. Rozmawialiśmy o przegranym sporze z Pfizerem i o odpowiedzialności za publiczne pieniądze. Dyskutowaliśmy o ochronie zdrowia, o wynagrodzeniach lekarzy i o odpowiedzialności za system, od którego kiedyś może zależeć życie każdego z nas. Nawet wiadomość o pierwszej energii popłynęła z bałtyckich wiatraków Orlenu niemal po cichu, jakby rozwój kraju był czymś mniej interesującym od kolejnej politycznej awantury. A gdzieś pomiędzy tym wszystkim pojawił się sondaż CBOS, z którego wynika, że coraz więcej ludzi nie potrafi już wskazać formacji, której naprawdę ufa. Trudno się temu dziwić. Jeśli każdego dnia ogląda się politykę przypominającą nieustanny casting do głównej roli w serialu, w końcu zaczyna się tęsknić za kimś, kto po prostu wejdzie na plan i wykona swoją pracę.

Najbardziej zdumiewa mnie jednak coś zupełnie innego. Politycy bardzo lubią mówić o odwadze. Odmienianej przez wszystkie przypadki. Odważne decyzje. Odważne reformy. Odważne wystąpienia. Tymczasem prawdziwa odwaga wygląda znacznie skromniej. Czasem polega na przyznaniu się do błędu. Czasem na powiedzeniu obywatelom prawdy, choć nie spodoba się ona sondażom. Czasem na podjęciu decyzji, której efektów nie zobaczy się już w czasie własnej kadencji. To jest odwaga najrzadsza, bo nie przynosi natychmiastowych oklasków ani kolejnych punktów procentowych.

Mam wrażenie, że współczesna polityka przypomina ogromny jarmark. Sprzedawcy przekrzykują się, zachwalają swój towar, wyciągają ludzi za rękawy, przekonują, że tylko ich stragan oferuje prawdziwe szczęście. Tymczasem obywatel chodzi między tymi stoiskami coraz bardziej zmęczony hałasem i coraz rzadziej pyta, kto mówi najgłośniej. Zaczyna pytać, kto mówi prawdę.

To pytanie będzie wracało coraz częściej. Nie dlatego, że Polacy stali się bardziej wymagający. Dlatego, że rachunek za wszystkie polityczne przedstawienia zawsze przychodzi z opóźnieniem. Czasem po roku. Czasem po pięciu latach. Czasem dopiero następne pokolenie odkrywa, ile kosztowały cudze ambicje, zaniedbania i krótkowzroczność.

Państwo nie jest przecież profilem w mediach społecznościowych, gdzie liczbę sukcesów mierzy się zasięgami. Nie jest też studiem telewizyjnym, w którym najważniejsze jest ostatnie słowo przed reklamą. Państwo jest jak stary dąb. Rośnie powoli, cierpliwie i często poza zasięgiem kamer. Każde pokolenie może dosypać mu trochę żyznej ziemi albo podciąć korzenie. Tego nie da się ukryć ani przykryć najzręczniejszą konferencją prasową.

Historia ma bowiem jedną cechę, której politycy wyjątkowo nie lubią. Jest cierpliwa. Nie ocenia ludzi po liczbie wywiadów, konferencji i wpisów w mediach społecznościowych. Nie interesują jej sondaże z lipca ani nagłówki z piątku. Po latach zostawia tylko jedno pytanie.

Czy po tym całym hałasie państwo stało się choć odrobinę lepsze?

Cała reszta jest jedynie szumem, który prędzej czy później ucichnie.


  1. Elzbieta Swiecicka

    Precyzyjnie namalowany obraz sytuacji. Smutny obraz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights