
Są takie historie, po których człowiek odkłada gazetę, patrzy przez okno i przez dłuższą chwilę zastanawia się, czy przypadkiem nie zasnął po obiedzie i nie śni mu się jakiś szczególnie ambitny odcinek serialu kryminalnego. Potem przeciera oczy, wraca do tekstu i odkrywa, że nie, to nie jest fikcja literacka. To jest Polska. Kraj, który od czasu do czasu produkuje fabuły tak nieprawdopodobne, że nawet scenarzyści platform streamingowych uznaliby je za przesadzone.
Tym razem dostaliśmy opowieść, która według ustaleń Onetu i Gońca mogłaby nosić tytuł „Jak państwo postanowiło walczyć z przestępczością przy pomocy przestępców, a potem wszyscy udawali, że to całkiem normalne”. W centrum tej historii znajdują się bracia Rysicz, ukraińscy gangsterzy, właściciele agencji towarzyskich, informatorzy, bohaterowie śledztw i postacie, które – jeśli wierzyć publikacji – przez lata poruszały się po polskiej rzeczywistości z gracją ludzi posiadających przepustkę do wszystkich drzwi.
W tej historii najbardziej urzekają mnie proporcje. Przeciętny obywatel spóźni się z PIT-em o trzy dni i państwo przypomina sobie o nim z czułością godną komornika-poety. Tymczasem tutaj czytamy o świecie, w którym sutenerzy mieli równolegle pomagać służbom, obracać się wśród funkcjonariuszy, a całe to przedsięwzięcie miało być elementem wielkiej operacji wymierzonej w zorganizowaną przestępczość. Człowiek zaczyna rozumieć, że żył w naiwnym przekonaniu, iż policja łapie gangsterów. Okazuje się, że rzeczywistość bywa bardziej kreatywna i czasami wygląda to tak, jakby gangsterzy pomagali łapać innych gangsterów, podczas gdy państwo z boku prowadziło księgowość tego całego moralnego rodeo.
Najbardziej polskie jest jednak to, że w każdej podobnej historii prędzej czy później pojawia się poczucie swojskości. Najpierw mamy gangsterów. Potem służby. Następnie polityków. Chwilę później pojawiają się tajemnicze nagrania, które podobno istnieją albo nie istnieją, zostały znalezione albo nie zostały znalezione, widział je ktoś, kto ich nie widział, a słyszał o nich ktoś, kto nie pamięta od kogo. Wreszcie na scenę wkracza klasyczny polski bohater drugiego planu: człowiek, który twierdzi, że wszystko wiedział od początku.
Gdyby ktoś chciał napisać wielką powieść o III Rzeczypospolitej, nie potrzebowałby wiele wyobraźni. Wystarczyłoby przepisać niektóre akta.
Szczególne miejsce w tej opowieści zajmuje dawna elita polityczna. Przez lata wokół afery przewijały się nazwiska ludzi związanych z obozem PiS, a medialne spekulacje dotyczące różnych wpływowych postaci krążyły po kraju niczym miejskie legendy. Nad wszystkim unosił się duch epoki, w której partia Jarosława Kaczyńskiego przedstawiała się jako zakon rycerzy walczących o moralną odnowę państwa. Im bardziej jednak człowiek zagłębia się w kolejne afery z tamtych lat, tym częściej odnosi wrażenie, że ten zakon przypominał średniowiecznych mnichów prowadzących gorzelnię, kasyno i szkołę tańca jednocześnie.
W tym miejscu opowieść przestaje być historią o pojedynczych ludziach, a zaczyna przypominać kronikę pewnej epoki. Epoki, w której Podkarpacie było dla PiS czymś więcej niż regionem wyborczym. Było polityczną twierdzą. Nad tą twierdzą przez lata unosiły się nazwiska najważniejszych ludzi obozu władzy. W medialnych publikacjach i komentarzach dotyczących afery regularnie pojawiało się nazwisko Marka Kuchcińskiego, jednego z najważniejszych polityków PiS i wieloletniego marszałka Sejmu. Jednocześnie warto przypomnieć, że sądy w odrębnych postępowaniach podważały część oskarżeń formułowanych pod jego adresem, a niektóre osoby rozpowszechniające takie informacje zostały za to skazane. Tym bardziej pokazuje to skalę chaosu, niedomówień i tajemnic, które od lat otaczają tę sprawę.
I właśnie dlatego każda nowa informacja dotycząca afery podkarpackiej wywołuje dziś taki niepokój. Nie dlatego, że wiemy już wszystko. Przeciwnie. Dlatego, że po tylu latach nadal nie wiemy niemal niczego na pewno.
Im bardziej człowiek zagłębia się w tę historię, tym bardziej przypomina ona rosyjską matrioszkę. Otwierasz jedną aferę, a w środku znajduje się druga. Otwierasz drugą, a tam czeka trzecia. Potem pojawiają się gangsterzy, funkcjonariusze, politycy, tajemnicze nagrania, śmierć Dawida Kosteckiego, kolejne śledztwa i kolejne pytania. W pewnym momencie człowiek zaczyna podejrzewać, że jedyną osobą posiadającą pełny obraz sytuacji jest ktoś, kto dawno temu zgubił notatnik i od tej pory boi się go odnaleźć.
Minister sprawiedliwości Waldemar Żurek zapowiada dziś rozmowy z koordynatorem służb specjalnych Tomaszem Siemoniakiem i oczekuje odpowiedzi na pytanie, które powinno było paść wiele lat temu. Jeśli rzeczywiście bracia Rysicz byli agenturalnie wykorzystywani przez polskie służby, to gdzie są dokumenty? Gdzie są raporty? Gdzie są decyzje? Gdzie są podpisy? Bo państwo prawa różni się od plotki właśnie tym, że zostawia ślady na papierze.
W tle przewijają się również nazwiska funkcjonariuszy i byłych funkcjonariuszy oskarżanych lub badanych w różnych wątkach tej sprawy. W aktach i materiałach śledczych pojawiają się między innymi Daniel Ś., Krzysztof B., Damian W., Piotr J. czy Robert P. Przeciętny obywatel, próbując zrozumieć kto był kim, kto dla kogo pracował i kto nad kim sprawował nadzór, zaczyna po kilku minutach tęsknić za instrukcją obsługi.
Najbardziej wzruszający pozostaje jednak wątek państwa. Państwo w tej historii wygląda jak właściciel ogromnej kamienicy, który od lat nie kontroluje, kto mieszka w piwnicy, kto na strychu i dlaczego połowa lokatorów ma klucze do wszystkich mieszkań. W pewnym momencie budzi się rano, schodzi na dół i odkrywa, że w pralni działa kasyno, w kotłowni mieści się agencja detektywistyczna, a dozorcą jest człowiek poszukiwany przez trzy różne instytucje.
I właśnie wtedy zaczyna się komisja.
Bo Polska kocha komisje. Jeśli coś się wydarzyło, powołujemy komisję. Jeśli wydarzyło się dwa razy, powołujemy dwie komisje. Jeśli nikt już nie wie, co się wydarzyło, powołujemy komisję do spraw wyjaśnienia pracy poprzedniej komisji. To nasza narodowa wersja terapii grupowej. W tle słychać już szelest segregatorów, stukot pieczątek i odwieczne pytanie urzędnika: „A czy jest notatka służbowa?”.
W całej tej historii jest jednak również coś naprawdę ponurego. Gdzieś pomiędzy sensacyjnymi doniesieniami, między gangsterami, funkcjonariuszami, politykami i tajemniczymi nagraniami znikają zwykli ludzie. Znikają kobiety wykorzystywane przez przestępczy proceder. Znika pytanie o granice działania służb. Znika odpowiedź na pytanie, kiedy państwo przestaje kontrolować informatora, a zaczyna być kontrolowane przez własną operację.
To już nie jest kabaret. To jest moment, w którym śmiech grzęźnie człowiekowi w gardle.
Dlatego najciekawsze będzie nie to, ile jeszcze sensacyjnych szczegółów wypłynie na powierzchnię. Najciekawsze będzie ustalenie, czy przez lata mieliśmy do czynienia z genialną operacją służb, która wymknęła się spod kontroli, czy też z sytuacją znacznie bardziej banalną i znacznie bardziej polską.
Bo w Polsce bardzo często za najbardziej skomplikowaną teorią spiskową stoi zwykły bałagan.
A jeśli po lekturze całej tej historii coś szczególnie zapada w pamięć, to nie gangsterzy, nie politycy i nie tajemnicze taśmy.
To absurd państwa, które przez lata wyglądało tak, jakby próbowało ugasić pożar benzyną, a następnie powołało komisję do spraw ustalenia, dlaczego płomienie stały się większe.
Ponieważ kraj, który potrafi połączyć w jednej aferze służby specjalne, sutenerów, polityków, boksera, tajemnicze nagrania, śledztwa, agenturę i wieloletnie milczenie instytucji, osiąga poziom absurdu dostępny wyłącznie dla największych mistrzów literatury satyrycznej.
Albo dla Polski.
Najczęściej dla Polski.
Artykuł jest tutaj: https://wiadomosci.onet.pl/kraj/sensacyjne-ustalenia-onetu-i-gonca-w-sprawie-afery-podkarpackiej/x3b79k9

Dodaj komentarz