
Niektórym politykom wraz z nominacją ministerialną przybywa obowiązków. Radosławowi Sikorskiemu przybywa również nieomylności.
Stanowisko wicepremiera najwyraźniej działa na jego organizm jak szczepionka przeciwko wątpliwościom. Człowiek rano zna się na dyplomacji, w południe na medycynie, po obiedzie zarządza energetyką, przed kolacją naprawia rynek pracy, a wieczorem, już w kapciach, potrafi urządzić całe państwo jednym wpisem w serwisie X.
Inni ministrowie dostają wraz z nominacją gabinet, samochód i sekretariat. Sikorski otrzymuje dodatkowo przekonanie, że każda myśl, która przejdzie mu przez głowę, powinna natychmiast przejść również przez kraj.
Jest człowiekiem wykształconym, doświadczonym i obytym. Zna języki, światowe stolice, zachodnie elity, geopolitykę oraz właściwe zastosowanie sztućców podczas kolacji dyplomatycznej. Ma elegancki garnitur, brytyjski szlif i tę szczególną przypadłość ludzi naprawdę inteligentnych, którzy czasami dochodzą do wniosku, że inteligencja zwalnia ich z konieczności zastanowienia się po raz drugi.
Ostatnio postanowił wycenić kompetencje całego sektora publicznego.
Napisał, że nikt zatrudniony przez państwo — włączając lekarzy, prezesów spółek Skarbu Państwa i przedsiębiorstw komunalnych — nie powinien zarabiać więcej niż prezydent Rzeczypospolitej. Kto chce zostać milionerem, niech idzie do sektora prywatnego.
Rozumowanie jest krótkie, efektowne i mieści się w jednym poście, czyli posiada wszystkie zalety głupiego pomysłu.
PREZYDENT JAKO NARODOWA JEDNOSTKA WYNAGRODZENIA
Prezydent zarabia obecnie około 30,9 tysiąca złotych brutto miesięcznie. Sikorski, odpowiadając na krytykę, zaproponował, żeby podwoić tę kwotę do 60 tysięcy, po czym zapytał, czy przy takim limicie komukolwiek w sektorze publicznym nie wystarczyłoby do pierwszego. Dodał, że praca dla państwa jest służbą, a kto chce zostać milionerem, powinien sprawdzić swoją wartość na rynku prywatnym. Tak minister rozwinął swój pomysł w polemice z „Rzeczpospolitą”.
Koncepcja jest śmiała. Brakuje jej jedynie związku z rzeczywistością, ale w polityce jest to wada tak powszechna, że niemal dekoracyjna.
Nie wiadomo, dlaczego pensja prezydenta miałaby wyznaczać wartość neurochirurga, eksperta od cyberbezpieczeństwa, prawnika prowadzącego międzynarodowy arbitraż albo menedżera zarządzającego elektrownią.
Równie dobrze można byłoby uchwalić, że żaden państwowy budynek nie może być wyższy od Pałacu Prezydenckiego, żadna publiczna karetka nie powinna jeździć szybciej od prezydenckiej limuzyny, a chirurg operujący głowę państwa nie może mieć większego obwodu głowy niż pacjent, bo byłoby to niegodne urzędu.
Można także ustanowić prezydenta oficjalną jednostką miary.
Jeden prezydent wynosi 60 tysięcy złotych. Pół prezydenta otrzymuje wojewoda. Jedną trzecią prezydenta dyrektor szpitala. Dwa i pół prezydenta może kosztować miesięcznie awaria systemu informatycznego, do którego nie udało się zatrudnić dobrego specjalisty, ponieważ wybrał sektor prywatny.
Prezydent nie zarabia określonej kwoty dlatego, że rynek przeprowadził międzynarodowy konkurs, przetestował kandydatów i uznał, iż tyle właśnie kosztuje człowiek posiadający umiejętność podpisywania ustaw oraz uroczystego patrzenia podczas składania wieńców. Jego wynagrodzenie wynika z przepisów, politycznej decyzji i symbolicznej rangi urzędu.
Neurochirurg otrzymuje pieniądze dlatego, że potrafi otworzyć człowiekowi czaszkę, poprawić to, co znajduje się w środku, a następnie zamknąć ją tak, żeby pacjent nadal rozpoznawał rodzinę i nie zapisał się przez pomyłkę do trzech partii politycznych.
To nieco inny zakres odpowiedzialności. Prezes wielkiej spółki energetycznej zarządza miliardami złotych, tysiącami pracowników, bezpieczeństwem dostaw i inwestycjami trwającymi dziesięciolecia. Informatyk chroniący państwowe systemy przed cyberatakiem konkuruje o zatrudnienie z bankami, koncernami technologicznymi i zagranicznymi firmami, które nie próbują płacić mu wzruszeniem patriotycznym.
Minister może oczywiście ogłosić, że wszyscy powinni pracować za mniej. Rynek prywatny odpowie kulturalnie: znakomicie, panie ministrze. Samochód już po nich jedzie. Czy zabrać od razu całe piętro?
Sikorski wymyślił państwo oszczędne w najbardziej polski sposób: najpierw zaoszczędzimy na fachowcach, a później wydamy fortunę na komisję wyjaśniającą, dlaczego wszystko się zepsuło.
OPERACJA NA POCZUCIE MISJI
Najłatwiej ogranicza się zarobki lekarzy, kiedy człowiek jest zdrowy. Siedzi wtedy na kanapie, pije kawę i dochodzi do wniosku, że lekarz powinien pracować z powołania. Najlepiej długo, odpowiedzialnie, bezbłędnie i niedrogo. Powołanie ma tę wielką zaletę, że nie trzeba odprowadzać od niego składek.
Lekarz pracuje dla publicznego szpitala. Publiczny szpital służy społeczeństwu. Lekarz powinien więc służyć. Jeśli pyta o wynagrodzenie, najwyraźniej służy za mało entuzjastycznie.
Sytuacja zmienia się, gdy minister dostaje wyniki badań i słyszy, że potrzebna jest skomplikowana operacja.
Wtedy nie pyta: czy chirurg ma odpowiednio rozwinięte poczucie misji?
Nie interesuje go, czy lekarz wzrusza się podczas hymnu, czy oszczędza publiczne pieniądze i czy potrafi przeżyć miesiąc za pensję mieszczącą się w prezydenckim limicie.
Pyta: kto jest najlepszy?
Nie chce chirurga taniego. Nie chce chirurga wiernego. Nie chce człowieka, który wprawdzie nie potrafi wykonać zabiegu, ale za to nigdy nie przekroczył dyscypliny finansów publicznych.
Chce specjalisty, którego ręce, wiedza i doświadczenie dają największą szansę, że po operacji nadal będzie mógł chodzić, mówić i publikować przemyślenia w internecie.
Choć w przypadku Sikorskiego dłuższa rekonwalescencja bez telefonu mogłaby zostać uznana za dodatkowy sukces terapeutyczny.
Oczywiście w publicznej ochronie zdrowia istnieją patologie. Zdarzają się wynagrodzenia absurdalnie wysokie, źle skonstruowane kontrakty, dyżury rozpisane w sposób, przy którym kalendarz zaczyna podejrzewać oszustwo, oraz szpitale tonące w długach, podczas gdy niektórzy kontraktowcy znakomicie utrzymują się na powierzchni.
To wszystko należy kontrolować. Kontrola wymaga jednak danych, porównań, standardów zatrudnienia, oceny odpowiedzialności, liczby przepracowanych godzin i rzeczywistych rezultatów.
Limit Sikorskiego wymaga kalkulatora, fotografii prezydenta oraz silnej wiary, że gospodarka działa jak stołówka ministerialna.
To nie jest reforma. To populizm w garniturze, z poszetką wystającą z kieszeni dokładnie na szerokość argumentu.
TANIE PAŃSTWO, DROGIE KONSEKWENCJE
Jeżeli państwo przestanie konkurować płacami, najlepsi specjaliści nie przejdą nagle przemiany duchowej. Przejdą do sektora prywatnego.
Nie uklękną przed godłem, nie przeczytają przemówienia o służbie i nie odkryją, że rata kredytu jest formą materializmu.
Po prostu odejdą. Zostaną idealiści, ludzie rzeczywiście oddani służbie publicznej, osoby ceniące stabilność, pracownicy bez atrakcyjniejszych ofert oraz ci, którym niskie oficjalne wynagrodzenie zostanie wynagrodzone wpływem, stanowiskiem, radą nadzorczą, premią, samochodem, gabinetem z dwoma oknami albo numerem telefonu do człowieka, który potrafi załatwić więcej niż dział kadr.
Pomysł Sikorskiego miałby zlikwidować patologie. W praktyce nadałby im nowe nazwy.
Pensja zostanie ograniczona, więc powstanie dodatek zadaniowy. Dodatek zadaniowy zacznie źle wyglądać, więc pojawi się premia specjalna. Premia specjalna wzbudzi zainteresowanie mediów, więc człowieka skieruje się do rady nadzorczej spółki zależnej. Rada nadzorcza zostanie skrytykowana, zatem utworzy się fundację. Fundacja powoła instytut. Instytut utworzy zespół do spraw przejrzystości wynagrodzeń w sektorze publicznym. Na jego czele stanie koordynator zarabiający 59 999 złotych, korzystający z samochodu służbowego, mieszkania funkcyjnego i premii, która formalnie nie jest wynagrodzeniem, tylko wyrazem wdzięczności państwa.
Polskie państwo potrafi ominąć każdy własny przepis, szczególnie jeśli wcześniej poświęciło pół roku na jego napisanie.
Najpoważniejszy skutek byłby jednak mniej zabawny. Gdy wynagrodzenie przestaje przyciągać kompetencje, rośnie znaczenie lojalności.
Fotel prezesa publicznej spółki nie trafi do najlepszego kandydata, bo najlepszego kandydata zatrudni konkurencja. Trafi do człowieka, który odbiera telefon po pierwszym sygnale, zna właściwego sekretarza i doskonale rozumie, komu zawdzięcza stanowisko.
Nie musi znać branży. Wystarczy, że zna numer.
Na pytanie o strategię rozwoju odpowie, że czeka na kierunkową decyzję właścicielską. Na pytanie o wyniki powie, że trwa audyt. Na pytanie o kompetencje pokaże legitymację partyjną i fotografię z dożynek.
Sikorski chciałby skończyć z ludźmi zarabiającymi za dużo. Mógłby skończyć z ludźmi potrafiącymi za mało, lecz bezgranicznie wdzięcznymi temu, kto ich zatrudnił.
Bierny, mierny, ale poniżej limitu — oto kadrowy ideał państwa po reformie wicepremiera.
SONDA INTERNETOWA PRZEPROWADZIŁA REFORMĘ ZDROWIA
Cała dyskusja zaczęła się od ankiety TVP Info. Wzięło w niej udział 2289 osób, z których 86 procent poparło ograniczenie wynagrodzeń lekarzy.
Dwa tysiące dwieście osiemdziesiąt dziewięć kliknięć. Tym samym polska ekonomia zdrowia została ostatecznie wyjaśniona.
Gdyby za pomocą internetowych sond zarządzać państwem, można byłoby zapytać: czy operacje powinny być bezpłatne, bezbolesne, wykonywane natychmiast i przez najlepszego specjalistę?
„Tak” zdobyłoby 99 procent.
— Czy podatki powinny zostać zlikwidowane?
Sto procent.
— Czy państwo powinno jednocześnie zwiększyć wszystkie świadczenia?
Sto jeden procent, ponieważ część obywateli zagłosowałaby dwa razy dla dobra ojczyzny.
Następnie minister finansów mógłby ogłosić wykonanie programu, a Narodowy Bank Polski dodrukować gratulacje.
Ludzie naturalnie nie lubią słuchać, że lekarz zarabia 100 czy 200 tysięcy złotych miesięcznie. Szczególnie gdy sami czekają osiem miesięcy na wizytę, siedzą na plastikowym krześle i patrzą na automat z kawą, który jako jedyne urządzenie w szpitalu przyjmuje pacjentów natychmiast. Człowiek wrzuca sześć złotych, naciska guzik i po czterdziestu sekundach otrzymuje coś ciepłego. Na oddziale taki poziom organizacji uchodzi za medycynę eksperymentalną.
Gniew pacjentów jest zrozumiały. Rolą odpowiedzialnego polityka nie jest jednak stanąć obok rozgniewanego człowieka, również się rozgniewać i dla porządku wskazać palcem kogoś zarabiającego więcej.
Powinien wyjaśnić, jak naprawić system, żeby pacjent otrzymał pomoc, szpital nie zbankrutował, a wykwalifikowany lekarz nie wyjechał. Sikorski wybrał rozwiązanie lżejsze. Wszedł do skomplikowanej debaty, położył na stole pasek wynagrodzenia prezydenta i oznajmił: oto ekonomia. Po czym zapewne poprawił mankiet.
CZŁOWIEK, KTÓREMU TELEFON ZASTĘPUJE HAMULEC
Trzeba Sikorskiemu oddać sprawiedliwość: nie jest człowiekiem głupim. Właśnie dlatego, kiedy powie głupstwo, rozchodzi się ono znacznie dalej. Głupstwo wypowiedziane przez człowieka przeciętnego pada na podłogę i leży. Głupstwo Sikorskiego zakłada muszkę, kupuje bilet w klasie biznes i po kilku godzinach jest omawiane w zagranicznych ambasadach.
Sikorski ma doświadczenie międzynarodowe, świetnie mówi po angielsku, zna zachodnie elity i mechanizmy dyplomacji. Był ministrem obrony, dwukrotnie kierował MSZ, był marszałkiem Sejmu i europosłem. Jego oficjalny życiorys wystarczyłby kilku przeciętnym politykom, a jeszcze zostałoby trochę na przewodniczącego komisji. Tak przedstawia go polskie MSZ.
Potrafi wygłosić znakomite przemówienie. Umie celnie uderzyć w rosyjską propagandę. Bywa błyskotliwy, odważny i potrzebny.
Niestety bywa również człowiekiem, który po trafieniu w dziesiątkę strzela dalej, ponieważ publiczność jeszcze klaszcze, a w magazynku zostało kilka nabojów.
Sikorski jest jak znakomity szermierz, który od czasu do czasu zapomina, że nadal trzyma szablę, i zaczyna nią wyjaśniać swoje poglądy kelnerowi.
W 2007 roku zapowiadał na konwencji Platformy Obywatelskiej, że po kolejnej bitwie „dorżniemy watahy”. Później tłumaczył, że była to retoryka wiecowa i sportowa metafora. Zapewne. Tyle że metafory Sikorskiego posiadają tę szczególną właściwość, iż po kilkunastu latach nadal trzeba wyjaśniać, że nikogo naprawdę nie zamierzał zarzynać. Nagranie i kontekst wypowiedzi przypomniał TVN24.
Zwykły polityk mówi: „Wygramy wybory”. Sikorski organizuje bitwę, wypuszcza watahy, zamawia dorzynanie, a później dziwi się, że ktoś nie rozpoznał subtelnej metafory sportowej.
Na ujawnionych w 2014 roku nagraniach prywatnie oceniał polsko-amerykański sojusz jako bezwartościowy i szkodliwy, używając przy tym języka, przy którym depesze dyplomatyczne wyglądają jak modlitewnik pensjonarki. O nagraniach informował między innymi „The Guardian”.
Można bronić tezy, że polityk prywatnie mówi ostrzej. Każdy człowiek wypowiada przy kolacji zdania, których nie umieściłby na papierze firmowym. Trudniej wyjaśnić, dlaczego minister spraw zagranicznych rozmawia w restauracji tak, jakby mikrofony podpisały wcześniej zobowiązanie do zachowania poufności. Sikorski najwyraźniej zakładał, że skoro sam zajmuje się dyplomacją, to również urządzenia nagrywające uszanują konwencję wiedeńską. Nie uszanowały.
W 2022 roku, krótko po uszkodzeniu gazociągów Nord Stream, opublikował zdjęcie wycieku i napisał: „Thank you, USA”. Wpis wywołał międzynarodową burzę i dostarczył rosyjskiej propagandzie materiału, którego nie musiała nawet przycinać. O publikacji i jej konsekwencjach pisała m.in. Anadolu Agency.
To był szczególny moment w historii dyplomacji. Świat zastanawiał się, kto dokonał sabotażu. Pracowały wywiady, trwały śledztwa, zbierano próbki, analizowano ruchy statków i konsultowano się z sojusznikami. Sikorski obejrzał fotografię, wyjął telefon i zachował się jak człowiek, który pod zdjęciem płonącego garażu wpisuje: Dzięki, Zbyszek!
Było to dyplomatyczne połączenie pocztówki z miejsca przestępstwa i notki z podziękowaniami dla potencjalnego sprawcy.
Rosyjska propaganda zatrudnia tysiące ludzi. Sikorski od czasu do czasu pomaga jej społecznie, zapewne w ramach służby publicznej.
W 2023 roku powiedział z kolei, że polski rząd mógł przez chwilę rozważać rozbiór Ukrainy w pierwszych dniach rosyjskiej inwazji. Wypowiedź natychmiast wykorzystała Moskwa, a Sikorski przyznał później, że dał się sprowokować. O reakcji rosyjskiej propagandy informowała Interia.
Jest to interesująca linia obrony jak na doświadczonego dyplomatę. Hydraulik może dać się sprowokować cieknącej rurze. Kierowca może dać się sprowokować człowiekowi, który zajechał mu drogę. Minister spraw zagranicznych powinien jednak posiadać odporność na prowokację nieco większą niż komentator pod filmem w internecie.
Człowiek mniej utalentowany popełnia gafę i wszyscy o niej zapominają. Sikorski popełnia gafę tak profesjonalnie, że ambasady zakładają jej osobną teczkę.
AMBICJA W GARNITURZE SZYTYM NA WYŻSZY URZĄD
Ambicje Sikorskiego nigdy nie sprawiały wrażenia niedożywionych. Są zdrowe, dobrze odżywione i regularnie ćwiczą. To polityk, który wchodzi do pomieszczenia tak, jakby stanowisko dla niego zostało już utworzone, tylko administracja nie zdążyła jeszcze zamontować tabliczki.
Kiedy pojawia się wakat na ważny urząd, ambicja Sikorskiego wysyła CV, zanim reszta kraju dowie się, że poprzedni urzędnik odszedł.
Podejrzewam, że gdyby papież kichnął, ambicja Sikorskiego przez chwilę sprawdzałaby wymogi konklawe. Nie ma w tym nic złego. Polityk bez ambicji przypomina samochód bez paliwa — może wyglądać statecznie, lecz najwyżej blokuje podjazd.
Problem zaczyna się wtedy, gdy człowiek uznaje, że skoro nadaje się na najwyższe stanowiska, to każda jego myśl również musi być najwyższej jakości.
Sikorski nie przedstawia opinii. Sikorski dostarcza stanowisko cywilizacji.
Nie mówi: Być może warto to rozważyć.
Mówi tonem człowieka, po którego zdaniu ekonomiści powinni zamknąć laptopy, lekarze odłożyć stetoskopy, menedżerowie zwrócić identyfikatory, a naród udać się do recepcji po dalsze instrukcje.
Bufon różni się od człowieka pewnego siebie tym, że człowiek pewny siebie wchodzi do pokoju. Bufon zakłada, że pokój wybudowano na uroczystość jego wejścia.
Sikorskiemu ta granica czasami znika. Pomaga w tym elegancki akcent, imponujący życiorys i zdolność wypowiadania zdań, które brzmią rozsądnie przez pierwszych siedem sekund. Po ósmej człowiek zaczyna liczyć. Po dziesiątej odkrywa, że nie mamy już chirurgów, informatyków ani menedżerów, ale wszyscy, którzy zostali, bez problemu mieszczą się w tabeli.
SŁUŻBA PUBLICZNA NIE JEST ZAKONEM ŻEBRACZYM
Sikorski ma rację w jednej ważnej sprawie: praca dla państwa powinna zawierać element służby. Urzędnik, minister, lekarz publicznego szpitala czy prezes państwowej spółki nie może traktować wspólnego majątku jak bankomatu, do którego kod PIN otrzymał razem z nominacją. Wynagrodzenia powinny być jawne, rozsądne i uzasadnione odpowiedzialnością, wynikami oraz kompetencjami.
Tyle że służba publiczna nie jest zakonem żebraczym. Państwo nie może wymagać od wybitnego eksperta od cyberbezpieczeństwa, żeby bronił strategicznych systemów za połowę rynkowej pensji, ponieważ nad wejściem wisi orzeł. Orzeł jest ważny, lecz bank nie uznaje go za wkład własny.
Nie można oczekiwać, że lekarz z rzadką specjalizacją odrzuci konkurencyjną ofertę dlatego, że minister przypomniał mu o patriotyzmie. Patriotyzm jest wartością. Nie jest jednak pozycją na pasku płacowym. Nie da się nim zapłacić za mieszkanie, paliwo ani korepetycje dla dzieci, choć można nim bardzo skutecznie uzasadnić cudze wyrzeczenia.
Politycy wyjątkowo lubią apelować o poświęcenie do grup, do których sami akurat nie należą.
Lekarze mają służyć. Nauczyciele mają misję. Urzędnicy powinni być skromni. Żołnierze muszą być gotowi.
A politycy, z oczywistych przyczyn ustrojowych, potrzebują kierowcy, ochrony, gabinetu i służbowej karty, żeby skuteczniej apelować o umiar.
Jeśli państwo chce zatrudniać najlepszych, czasem musi im dobrze płacić. Potem powinno ich bezwzględnie rozliczać z rezultatów.
Sikorski proponuje kolejność odwrotną: najpierw ograniczyć wynagrodzenia, a później z patriotyczną nadzieją czekać na efekty.
To tak, jakby minister spraw zagranicznych obniżył budżet ambasad, zwolnił tłumaczy, sprzedał samochody, kazał ambasadorom spać w hostelach i ogłosił sukces, ponieważ polska dyplomacja nigdy nie była tańsza. Po czym zdziwiłby się, że na szczyt przyjechał jedynie konsul honorowy na hulajnodze.
PANIE BOŻE, STRZEŻ NAS OD SIKORSKIEGO
Nie trzeba strzec Polski przed Sikorskim dlatego, że zawsze się myli. Gdyby zawsze się mylił, sprawa byłaby łatwa. Wystarczyłoby wysłuchać go uważnie, a następnie zrobić odwrotnie.
Problem polega na tym, że często ma rację. Potrafi trafnie opisać rosyjskie zagrożenie, słabości Europy, potrzebę wzmacniania obronności i znaczenie poważnej polityki zagranicznej.
To właśnie usypia czujność. Człowiek słucha trzech mądrych zdań, kiwa głową, zaczyna odczuwać dumę z polskiej dyplomacji, a przy czwartym dowiaduje się, że wynagrodzenie neurochirurga powinno zależeć od pensji prezydenta, ponieważ publiczna służba jest zaszczytem.
To jak elegancka kolacja, podczas której podano znakomitą przystawkę, świetne wino, a następnie kelner wniósł cegłę i poinformował, że to deser autorski.
Najgroźniejszy nie jest polityk, który bredzi bez przerwy. Najgroźniejszy jest ten, który bredzi składnie, elegancko i z przekonaniem, że właśnie wygłosił mowę stanu.
Sikorski chciał być mądry. Wyszedł mu populistyczny bon mot. Chciał ograniczyć patologie. Zaproponował mechanizm, który wypchnąłby część kompetentnych ludzi i zwiększył znaczenie partyjnej lojalności. Chciał przypomnieć o służbie. Zapomniał, że państwo służy obywatelom również przez zatrudnianie fachowców. Chciał wyznaczyć sufit wynagrodzeń. Po raz kolejny pokazał przede wszystkim brak sufitu własnej pewności siebie.
Dlatego módlmy się skromnie. Panie Boże, strzeż nas od Sikorskiego. Od jego błyskotliwych skrótów, po których trzeba odbudowywać całe znaczenia. Od jego metafor, które po piętnastu latach nadal wymagają instrukcji bezpieczeństwa. Od jego wpisów publikowanych szybciej, niż MSZ potrafi odnaleźć gaśnicę. Od pomysłów gospodarczych, które brzmią dobrze, dopóki nie zetkną się z gospodarką. Od ambicji, która zawsze mieści się na wyższym stanowisku, nawet jeśli stanowisko trzeba dopiero utworzyć. Od przekonania, że nominacja rządowa daje człowiekowi dodatkowy fakultet z ekonomii, medycyny, energetyki, zarządzania i chirurgii mózgu.
A przede wszystkim strzeż samego Sikorskiego przed jego telefonem. Najlepiej ustaw mu kontrolę rodzicielską.
Niech każdy wpis przed publikacją wymaga zatwierdzenia przez lekarza, ekonomistę, dyplomatę, księgowego, rzecznika prasowego i jednego przypadkowego obywatela, który zapyta: Panie ministrze, czy naprawdę chce pan to wysłać?
Bo kiedy Radosław Sikorski milczy, świat widzi doświadczonego męża stanu. Kiedy przemawia, czasami widzi nawet wybitnego męża stanu.
Kłopot zaczyna się wtedy, gdy Sikorski również go zobaczy i natychmiast postanawia zabrać głos w jego imieniu.

Dodaj komentarz