PANIE BOŻE, STRZEŻ NAS OD SIKORSKIEGO, BO ON SAM JUŻ WIE WSZYSTKO

Warszawa

Niektórym politykom wraz z nominacją ministerialną przybywa obowiązków. Radosławowi Sikorskiemu przybywa również nieomylności.

Stanowisko wicepremiera najwyraźniej działa na jego organizm jak szczepionka przeciwko wątpliwościom. Człowiek rano zna się na dyplomacji, w południe na medycynie, po obiedzie zarządza energetyką, przed kolacją naprawia rynek pracy, a wieczorem, już w kapciach, potrafi urządzić całe państwo jednym wpisem w serwisie X.

Inni ministrowie dostają wraz z nominacją gabinet, samochód i sekretariat. Sikorski otrzymuje dodatkowo przekonanie, że każda myśl, która przejdzie mu przez głowę, powinna natychmiast przejść również przez kraj.

Jest człowiekiem wykształconym, doświadczonym i obytym. Zna języki, światowe stolice, zachodnie elity, geopolitykę oraz właściwe zastosowanie sztućców podczas kolacji dyplomatycznej. Ma elegancki garnitur, brytyjski szlif i tę szczególną przypadłość ludzi naprawdę inteligentnych, którzy czasami dochodzą do wniosku, że inteligencja zwalnia ich z konieczności zastanowienia się po raz drugi.

Ostatnio postanowił wycenić kompetencje całego sektora publicznego.

Napisał, że nikt zatrudniony przez państwo — włączając lekarzy, prezesów spółek Skarbu Państwa i przedsiębiorstw komunalnych — nie powinien zarabiać więcej niż prezydent Rzeczypospolitej. Kto chce zostać milionerem, niech idzie do sektora prywatnego.

Rozumowanie jest krótkie, efektowne i mieści się w jednym poście, czyli posiada wszystkie zalety głupiego pomysłu.

PREZYDENT JAKO NARODOWA JEDNOSTKA WYNAGRODZENIA

Prezydent zarabia obecnie około 30,9 tysiąca złotych brutto miesięcznie. Sikorski, odpowiadając na krytykę, zaproponował, żeby podwoić tę kwotę do 60 tysięcy, po czym zapytał, czy przy takim limicie komukolwiek w sektorze publicznym nie wystarczyłoby do pierwszego. Dodał, że praca dla państwa jest służbą, a kto chce zostać milionerem, powinien sprawdzić swoją wartość na rynku prywatnym. Tak minister rozwinął swój pomysł w polemice z „Rzeczpospolitą”.

Koncepcja jest śmiała. Brakuje jej jedynie związku z rzeczywistością, ale w polityce jest to wada tak powszechna, że niemal dekoracyjna.

Nie wiadomo, dlaczego pensja prezydenta miałaby wyznaczać wartość neurochirurga, eksperta od cyberbezpieczeństwa, prawnika prowadzącego międzynarodowy arbitraż albo menedżera zarządzającego elektrownią.

Równie dobrze można byłoby uchwalić, że żaden państwowy budynek nie może być wyższy od Pałacu Prezydenckiego, żadna publiczna karetka nie powinna jeździć szybciej od prezydenckiej limuzyny, a chirurg operujący głowę państwa nie może mieć większego obwodu głowy niż pacjent, bo byłoby to niegodne urzędu.

Można także ustanowić prezydenta oficjalną jednostką miary.

Jeden prezydent wynosi 60 tysięcy złotych. Pół prezydenta otrzymuje wojewoda. Jedną trzecią prezydenta dyrektor szpitala. Dwa i pół prezydenta może kosztować miesięcznie awaria systemu informatycznego, do którego nie udało się zatrudnić dobrego specjalisty, ponieważ wybrał sektor prywatny.

Prezydent nie zarabia określonej kwoty dlatego, że rynek przeprowadził międzynarodowy konkurs, przetestował kandydatów i uznał, iż tyle właśnie kosztuje człowiek posiadający umiejętność podpisywania ustaw oraz uroczystego patrzenia podczas składania wieńców. Jego wynagrodzenie wynika z przepisów, politycznej decyzji i symbolicznej rangi urzędu.

Neurochirurg otrzymuje pieniądze dlatego, że potrafi otworzyć człowiekowi czaszkę, poprawić to, co znajduje się w środku, a następnie zamknąć ją tak, żeby pacjent nadal rozpoznawał rodzinę i nie zapisał się przez pomyłkę do trzech partii politycznych.

To nieco inny zakres odpowiedzialności. Prezes wielkiej spółki energetycznej zarządza miliardami złotych, tysiącami pracowników, bezpieczeństwem dostaw i inwestycjami trwającymi dziesięciolecia. Informatyk chroniący państwowe systemy przed cyberatakiem konkuruje o zatrudnienie z bankami, koncernami technologicznymi i zagranicznymi firmami, które nie próbują płacić mu wzruszeniem patriotycznym.

Minister może oczywiście ogłosić, że wszyscy powinni pracować za mniej. Rynek prywatny odpowie kulturalnie: znakomicie, panie ministrze. Samochód już po nich jedzie. Czy zabrać od razu całe piętro?

Sikorski wymyślił państwo oszczędne w najbardziej polski sposób: najpierw zaoszczędzimy na fachowcach, a później wydamy fortunę na komisję wyjaśniającą, dlaczego wszystko się zepsuło.

OPERACJA NA POCZUCIE MISJI

Najłatwiej ogranicza się zarobki lekarzy, kiedy człowiek jest zdrowy. Siedzi wtedy na kanapie, pije kawę i dochodzi do wniosku, że lekarz powinien pracować z powołania. Najlepiej długo, odpowiedzialnie, bezbłędnie i niedrogo. Powołanie ma tę wielką zaletę, że nie trzeba odprowadzać od niego składek.

Lekarz pracuje dla publicznego szpitala. Publiczny szpital służy społeczeństwu. Lekarz powinien więc służyć. Jeśli pyta o wynagrodzenie, najwyraźniej służy za mało entuzjastycznie.

Sytuacja zmienia się, gdy minister dostaje wyniki badań i słyszy, że potrzebna jest skomplikowana operacja.

Wtedy nie pyta: czy chirurg ma odpowiednio rozwinięte poczucie misji?

Nie interesuje go, czy lekarz wzrusza się podczas hymnu, czy oszczędza publiczne pieniądze i czy potrafi przeżyć miesiąc za pensję mieszczącą się w prezydenckim limicie.

Pyta: kto jest najlepszy?

Nie chce chirurga taniego. Nie chce chirurga wiernego. Nie chce człowieka, który wprawdzie nie potrafi wykonać zabiegu, ale za to nigdy nie przekroczył dyscypliny finansów publicznych.

Chce specjalisty, którego ręce, wiedza i doświadczenie dają największą szansę, że po operacji nadal będzie mógł chodzić, mówić i publikować przemyślenia w internecie.

Choć w przypadku Sikorskiego dłuższa rekonwalescencja bez telefonu mogłaby zostać uznana za dodatkowy sukces terapeutyczny.

Oczywiście w publicznej ochronie zdrowia istnieją patologie. Zdarzają się wynagrodzenia absurdalnie wysokie, źle skonstruowane kontrakty, dyżury rozpisane w sposób, przy którym kalendarz zaczyna podejrzewać oszustwo, oraz szpitale tonące w długach, podczas gdy niektórzy kontraktowcy znakomicie utrzymują się na powierzchni.

To wszystko należy kontrolować. Kontrola wymaga jednak danych, porównań, standardów zatrudnienia, oceny odpowiedzialności, liczby przepracowanych godzin i rzeczywistych rezultatów.

Limit Sikorskiego wymaga kalkulatora, fotografii prezydenta oraz silnej wiary, że gospodarka działa jak stołówka ministerialna.

To nie jest reforma. To populizm w garniturze, z poszetką wystającą z kieszeni dokładnie na szerokość argumentu.

TANIE PAŃSTWO, DROGIE KONSEKWENCJE

Jeżeli państwo przestanie konkurować płacami, najlepsi specjaliści nie przejdą nagle przemiany duchowej. Przejdą do sektora prywatnego.

Nie uklękną przed godłem, nie przeczytają przemówienia o służbie i nie odkryją, że rata kredytu jest formą materializmu.

Po prostu odejdą. Zostaną idealiści, ludzie rzeczywiście oddani służbie publicznej, osoby ceniące stabilność, pracownicy bez atrakcyjniejszych ofert oraz ci, którym niskie oficjalne wynagrodzenie zostanie wynagrodzone wpływem, stanowiskiem, radą nadzorczą, premią, samochodem, gabinetem z dwoma oknami albo numerem telefonu do człowieka, który potrafi załatwić więcej niż dział kadr.

Pomysł Sikorskiego miałby zlikwidować patologie. W praktyce nadałby im nowe nazwy.

Pensja zostanie ograniczona, więc powstanie dodatek zadaniowy. Dodatek zadaniowy zacznie źle wyglądać, więc pojawi się premia specjalna. Premia specjalna wzbudzi zainteresowanie mediów, więc człowieka skieruje się do rady nadzorczej spółki zależnej. Rada nadzorcza zostanie skrytykowana, zatem utworzy się fundację. Fundacja powoła instytut. Instytut utworzy zespół do spraw przejrzystości wynagrodzeń w sektorze publicznym. Na jego czele stanie koordynator zarabiający 59 999 złotych, korzystający z samochodu służbowego, mieszkania funkcyjnego i premii, która formalnie nie jest wynagrodzeniem, tylko wyrazem wdzięczności państwa.

Polskie państwo potrafi ominąć każdy własny przepis, szczególnie jeśli wcześniej poświęciło pół roku na jego napisanie.

Najpoważniejszy skutek byłby jednak mniej zabawny. Gdy wynagrodzenie przestaje przyciągać kompetencje, rośnie znaczenie lojalności.

Fotel prezesa publicznej spółki nie trafi do najlepszego kandydata, bo najlepszego kandydata zatrudni konkurencja. Trafi do człowieka, który odbiera telefon po pierwszym sygnale, zna właściwego sekretarza i doskonale rozumie, komu zawdzięcza stanowisko.

Nie musi znać branży. Wystarczy, że zna numer.

Na pytanie o strategię rozwoju odpowie, że czeka na kierunkową decyzję właścicielską. Na pytanie o wyniki powie, że trwa audyt. Na pytanie o kompetencje pokaże legitymację partyjną i fotografię z dożynek.

Sikorski chciałby skończyć z ludźmi zarabiającymi za dużo. Mógłby skończyć z ludźmi potrafiącymi za mało, lecz bezgranicznie wdzięcznymi temu, kto ich zatrudnił.

Bierny, mierny, ale poniżej limitu — oto kadrowy ideał państwa po reformie wicepremiera.

SONDA INTERNETOWA PRZEPROWADZIŁA REFORMĘ ZDROWIA

Cała dyskusja zaczęła się od ankiety TVP Info. Wzięło w niej udział 2289 osób, z których 86 procent poparło ograniczenie wynagrodzeń lekarzy.

Dwa tysiące dwieście osiemdziesiąt dziewięć kliknięć. Tym samym polska ekonomia zdrowia została ostatecznie wyjaśniona.

Gdyby za pomocą internetowych sond zarządzać państwem, można byłoby zapytać: czy operacje powinny być bezpłatne, bezbolesne, wykonywane natychmiast i przez najlepszego specjalistę?

„Tak” zdobyłoby 99 procent.

— Czy podatki powinny zostać zlikwidowane?

Sto procent.

— Czy państwo powinno jednocześnie zwiększyć wszystkie świadczenia?

Sto jeden procent, ponieważ część obywateli zagłosowałaby dwa razy dla dobra ojczyzny.

Następnie minister finansów mógłby ogłosić wykonanie programu, a Narodowy Bank Polski dodrukować gratulacje.

Ludzie naturalnie nie lubią słuchać, że lekarz zarabia 100 czy 200 tysięcy złotych miesięcznie. Szczególnie gdy sami czekają osiem miesięcy na wizytę, siedzą na plastikowym krześle i patrzą na automat z kawą, który jako jedyne urządzenie w szpitalu przyjmuje pacjentów natychmiast. Człowiek wrzuca sześć złotych, naciska guzik i po czterdziestu sekundach otrzymuje coś ciepłego. Na oddziale taki poziom organizacji uchodzi za medycynę eksperymentalną.

Gniew pacjentów jest zrozumiały. Rolą odpowiedzialnego polityka nie jest jednak stanąć obok rozgniewanego człowieka, również się rozgniewać i dla porządku wskazać palcem kogoś zarabiającego więcej.

Powinien wyjaśnić, jak naprawić system, żeby pacjent otrzymał pomoc, szpital nie zbankrutował, a wykwalifikowany lekarz nie wyjechał. Sikorski wybrał rozwiązanie lżejsze. Wszedł do skomplikowanej debaty, położył na stole pasek wynagrodzenia prezydenta i oznajmił: oto ekonomia. Po czym zapewne poprawił mankiet.

CZŁOWIEK, KTÓREMU TELEFON ZASTĘPUJE HAMULEC

Trzeba Sikorskiemu oddać sprawiedliwość: nie jest człowiekiem głupim. Właśnie dlatego, kiedy powie głupstwo, rozchodzi się ono znacznie dalej. Głupstwo wypowiedziane przez człowieka przeciętnego pada na podłogę i leży. Głupstwo Sikorskiego zakłada muszkę, kupuje bilet w klasie biznes i po kilku godzinach jest omawiane w zagranicznych ambasadach.

Sikorski ma doświadczenie międzynarodowe, świetnie mówi po angielsku, zna zachodnie elity i mechanizmy dyplomacji. Był ministrem obrony, dwukrotnie kierował MSZ, był marszałkiem Sejmu i europosłem. Jego oficjalny życiorys wystarczyłby kilku przeciętnym politykom, a jeszcze zostałoby trochę na przewodniczącego komisji. Tak przedstawia go polskie MSZ.

Potrafi wygłosić znakomite przemówienie. Umie celnie uderzyć w rosyjską propagandę. Bywa błyskotliwy, odważny i potrzebny.

Niestety bywa również człowiekiem, który po trafieniu w dziesiątkę strzela dalej, ponieważ publiczność jeszcze klaszcze, a w magazynku zostało kilka nabojów.

Sikorski jest jak znakomity szermierz, który od czasu do czasu zapomina, że nadal trzyma szablę, i zaczyna nią wyjaśniać swoje poglądy kelnerowi.

W 2007 roku zapowiadał na konwencji Platformy Obywatelskiej, że po kolejnej bitwie „dorżniemy watahy”. Później tłumaczył, że była to retoryka wiecowa i sportowa metafora. Zapewne. Tyle że metafory Sikorskiego posiadają tę szczególną właściwość, iż po kilkunastu latach nadal trzeba wyjaśniać, że nikogo naprawdę nie zamierzał zarzynać. Nagranie i kontekst wypowiedzi przypomniał TVN24.

Zwykły polityk mówi: „Wygramy wybory”. Sikorski organizuje bitwę, wypuszcza watahy, zamawia dorzynanie, a później dziwi się, że ktoś nie rozpoznał subtelnej metafory sportowej.

Na ujawnionych w 2014 roku nagraniach prywatnie oceniał polsko-amerykański sojusz jako bezwartościowy i szkodliwy, używając przy tym języka, przy którym depesze dyplomatyczne wyglądają jak modlitewnik pensjonarki. O nagraniach informował między innymi „The Guardian”.

Można bronić tezy, że polityk prywatnie mówi ostrzej. Każdy człowiek wypowiada przy kolacji zdania, których nie umieściłby na papierze firmowym. Trudniej wyjaśnić, dlaczego minister spraw zagranicznych rozmawia w restauracji tak, jakby mikrofony podpisały wcześniej zobowiązanie do zachowania poufności. Sikorski najwyraźniej zakładał, że skoro sam zajmuje się dyplomacją, to również urządzenia nagrywające uszanują konwencję wiedeńską. Nie uszanowały.

W 2022 roku, krótko po uszkodzeniu gazociągów Nord Stream, opublikował zdjęcie wycieku i napisał: „Thank you, USA”. Wpis wywołał międzynarodową burzę i dostarczył rosyjskiej propagandzie materiału, którego nie musiała nawet przycinać. O publikacji i jej konsekwencjach pisała m.in. Anadolu Agency.

To był szczególny moment w historii dyplomacji. Świat zastanawiał się, kto dokonał sabotażu. Pracowały wywiady, trwały śledztwa, zbierano próbki, analizowano ruchy statków i konsultowano się z sojusznikami. Sikorski obejrzał fotografię, wyjął telefon i zachował się jak człowiek, który pod zdjęciem płonącego garażu wpisuje: Dzięki, Zbyszek!

Było to dyplomatyczne połączenie pocztówki z miejsca przestępstwa i notki z podziękowaniami dla potencjalnego sprawcy.

Rosyjska propaganda zatrudnia tysiące ludzi. Sikorski od czasu do czasu pomaga jej społecznie, zapewne w ramach służby publicznej.

W 2023 roku powiedział z kolei, że polski rząd mógł przez chwilę rozważać rozbiór Ukrainy w pierwszych dniach rosyjskiej inwazji. Wypowiedź natychmiast wykorzystała Moskwa, a Sikorski przyznał później, że dał się sprowokować. O reakcji rosyjskiej propagandy informowała Interia.

Jest to interesująca linia obrony jak na doświadczonego dyplomatę. Hydraulik może dać się sprowokować cieknącej rurze. Kierowca może dać się sprowokować człowiekowi, który zajechał mu drogę. Minister spraw zagranicznych powinien jednak posiadać odporność na prowokację nieco większą niż komentator pod filmem w internecie.

Człowiek mniej utalentowany popełnia gafę i wszyscy o niej zapominają. Sikorski popełnia gafę tak profesjonalnie, że ambasady zakładają jej osobną teczkę.

AMBICJA W GARNITURZE SZYTYM NA WYŻSZY URZĄD

Ambicje Sikorskiego nigdy nie sprawiały wrażenia niedożywionych. Są zdrowe, dobrze odżywione i regularnie ćwiczą. To polityk, który wchodzi do pomieszczenia tak, jakby stanowisko dla niego zostało już utworzone, tylko administracja nie zdążyła jeszcze zamontować tabliczki.

Kiedy pojawia się wakat na ważny urząd, ambicja Sikorskiego wysyła CV, zanim reszta kraju dowie się, że poprzedni urzędnik odszedł.

Podejrzewam, że gdyby papież kichnął, ambicja Sikorskiego przez chwilę sprawdzałaby wymogi konklawe. Nie ma w tym nic złego. Polityk bez ambicji przypomina samochód bez paliwa — może wyglądać statecznie, lecz najwyżej blokuje podjazd.

Problem zaczyna się wtedy, gdy człowiek uznaje, że skoro nadaje się na najwyższe stanowiska, to każda jego myśl również musi być najwyższej jakości.

Sikorski nie przedstawia opinii. Sikorski dostarcza stanowisko cywilizacji.

Nie mówi: Być może warto to rozważyć.

Mówi tonem człowieka, po którego zdaniu ekonomiści powinni zamknąć laptopy, lekarze odłożyć stetoskopy, menedżerowie zwrócić identyfikatory, a naród udać się do recepcji po dalsze instrukcje.

Bufon różni się od człowieka pewnego siebie tym, że człowiek pewny siebie wchodzi do pokoju. Bufon zakłada, że pokój wybudowano na uroczystość jego wejścia.

Sikorskiemu ta granica czasami znika. Pomaga w tym elegancki akcent, imponujący życiorys i zdolność wypowiadania zdań, które brzmią rozsądnie przez pierwszych siedem sekund. Po ósmej człowiek zaczyna liczyć. Po dziesiątej odkrywa, że nie mamy już chirurgów, informatyków ani menedżerów, ale wszyscy, którzy zostali, bez problemu mieszczą się w tabeli.

SŁUŻBA PUBLICZNA NIE JEST ZAKONEM ŻEBRACZYM

Sikorski ma rację w jednej ważnej sprawie: praca dla państwa powinna zawierać element służby. Urzędnik, minister, lekarz publicznego szpitala czy prezes państwowej spółki nie może traktować wspólnego majątku jak bankomatu, do którego kod PIN otrzymał razem z nominacją. Wynagrodzenia powinny być jawne, rozsądne i uzasadnione odpowiedzialnością, wynikami oraz kompetencjami.

Tyle że służba publiczna nie jest zakonem żebraczym. Państwo nie może wymagać od wybitnego eksperta od cyberbezpieczeństwa, żeby bronił strategicznych systemów za połowę rynkowej pensji, ponieważ nad wejściem wisi orzeł. Orzeł jest ważny, lecz bank nie uznaje go za wkład własny.

Nie można oczekiwać, że lekarz z rzadką specjalizacją odrzuci konkurencyjną ofertę dlatego, że minister przypomniał mu o patriotyzmie. Patriotyzm jest wartością. Nie jest jednak pozycją na pasku płacowym. Nie da się nim zapłacić za mieszkanie, paliwo ani korepetycje dla dzieci, choć można nim bardzo skutecznie uzasadnić cudze wyrzeczenia.

Politycy wyjątkowo lubią apelować o poświęcenie do grup, do których sami akurat nie należą.

Lekarze mają służyć. Nauczyciele mają misję. Urzędnicy powinni być skromni. Żołnierze muszą być gotowi.

A politycy, z oczywistych przyczyn ustrojowych, potrzebują kierowcy, ochrony, gabinetu i służbowej karty, żeby skuteczniej apelować o umiar.

Jeśli państwo chce zatrudniać najlepszych, czasem musi im dobrze płacić. Potem powinno ich bezwzględnie rozliczać z rezultatów.

Sikorski proponuje kolejność odwrotną: najpierw ograniczyć wynagrodzenia, a później z patriotyczną nadzieją czekać na efekty.

To tak, jakby minister spraw zagranicznych obniżył budżet ambasad, zwolnił tłumaczy, sprzedał samochody, kazał ambasadorom spać w hostelach i ogłosił sukces, ponieważ polska dyplomacja nigdy nie była tańsza. Po czym zdziwiłby się, że na szczyt przyjechał jedynie konsul honorowy na hulajnodze.

PANIE BOŻE, STRZEŻ NAS OD SIKORSKIEGO

Nie trzeba strzec Polski przed Sikorskim dlatego, że zawsze się myli. Gdyby zawsze się mylił, sprawa byłaby łatwa. Wystarczyłoby wysłuchać go uważnie, a następnie zrobić odwrotnie.

Problem polega na tym, że często ma rację. Potrafi trafnie opisać rosyjskie zagrożenie, słabości Europy, potrzebę wzmacniania obronności i znaczenie poważnej polityki zagranicznej.

To właśnie usypia czujność. Człowiek słucha trzech mądrych zdań, kiwa głową, zaczyna odczuwać dumę z polskiej dyplomacji, a przy czwartym dowiaduje się, że wynagrodzenie neurochirurga powinno zależeć od pensji prezydenta, ponieważ publiczna służba jest zaszczytem.

To jak elegancka kolacja, podczas której podano znakomitą przystawkę, świetne wino, a następnie kelner wniósł cegłę i poinformował, że to deser autorski.

Najgroźniejszy nie jest polityk, który bredzi bez przerwy. Najgroźniejszy jest ten, który bredzi składnie, elegancko i z przekonaniem, że właśnie wygłosił mowę stanu.

Sikorski chciał być mądry. Wyszedł mu populistyczny bon mot. Chciał ograniczyć patologie. Zaproponował mechanizm, który wypchnąłby część kompetentnych ludzi i zwiększył znaczenie partyjnej lojalności. Chciał przypomnieć o służbie. Zapomniał, że państwo służy obywatelom również przez zatrudnianie fachowców. Chciał wyznaczyć sufit wynagrodzeń. Po raz kolejny pokazał przede wszystkim brak sufitu własnej pewności siebie.

Dlatego módlmy się skromnie. Panie Boże, strzeż nas od Sikorskiego. Od jego błyskotliwych skrótów, po których trzeba odbudowywać całe znaczenia. Od jego metafor, które po piętnastu latach nadal wymagają instrukcji bezpieczeństwa. Od jego wpisów publikowanych szybciej, niż MSZ potrafi odnaleźć gaśnicę. Od pomysłów gospodarczych, które brzmią dobrze, dopóki nie zetkną się z gospodarką. Od ambicji, która zawsze mieści się na wyższym stanowisku, nawet jeśli stanowisko trzeba dopiero utworzyć. Od przekonania, że nominacja rządowa daje człowiekowi dodatkowy fakultet z ekonomii, medycyny, energetyki, zarządzania i chirurgii mózgu.

A przede wszystkim strzeż samego Sikorskiego przed jego telefonem. Najlepiej ustaw mu kontrolę rodzicielską.

Niech każdy wpis przed publikacją wymaga zatwierdzenia przez lekarza, ekonomistę, dyplomatę, księgowego, rzecznika prasowego i jednego przypadkowego obywatela, który zapyta: Panie ministrze, czy naprawdę chce pan to wysłać?

Bo kiedy Radosław Sikorski milczy, świat widzi doświadczonego męża stanu. Kiedy przemawia, czasami widzi nawet wybitnego męża stanu.

Kłopot zaczyna się wtedy, gdy Sikorski również go zobaczy i natychmiast postanawia zabrać głos w jego imieniu.


  1. KRZYSZOF BIELEJEWSKI

    LORD, DELIVER US FROM SIKORSKI, FOR HE ALREADY KNOWS EVERYTHING

    Some politicians acquire additional responsibilities when they are appointed to office. Radosław Sikorski also acquires infallibility.

    The office of deputy prime minister apparently acts on his system like a vaccine against doubt. In the morning, he is an expert on diplomacy; by noon, medicine; after lunch, he is running the energy sector; before dinner, he repairs the labour market; and in the evening, already wearing his slippers, he can reorganise the entire state with a single post on X.

    Other ministers receive an office, a car and a secretariat with their appointment. Sikorski additionally receives the conviction that every thought passing through his head should immediately be made to pass through the country as well.

    He is educated, experienced and sophisticated. He knows languages, world capitals, Western elites, geopolitics and the correct use of cutlery at a diplomatic dinner. He has elegant suits, a British polish and that peculiar affliction of genuinely intelligent people who occasionally conclude that intelligence relieves them of the need to think twice.

    Recently, he decided to put a price on the skills of everyone employed in the public sector.

    He wrote that no one working for the state — including doctors and the executives of state-owned and municipal companies — should earn more than the president of Poland. Anyone wishing to become a millionaire should go into the private sector.

    The reasoning is brief, impressive and fits neatly into a single post.

    In other words, it possesses all the advantages of a stupid idea.

    THE PRESIDENT AS THE NATIONAL UNIT OF REMUNERATION

    The president currently earns approximately PLN 30,900 gross per month. Responding to criticism, Sikorski suggested doubling that figure to PLN 60,000 and asked whether, with such a ceiling, anyone in the public sector could possibly struggle to make ends meet. He added that public-sector work was a form of service, and anyone who wanted to become a millionaire should test their value in the private sector. This is how the minister developed his proposal in a response to Rzeczpospolita.

    It is a bold concept. Its only deficiency is any connection to reality, but in politics that shortcoming is so common as to be almost decorative.

    It is not clear why the president’s salary should determine the value of a neurosurgeon, a cybersecurity expert, a lawyer conducting an international arbitration case or an executive running a power station.

    One might just as well decree that no public building may be taller than the Presidential Palace, no public ambulance may travel faster than the presidential limousine, and any surgeon operating on the head of state must have a smaller head circumference than the patient, lest the dignity of the office be compromised.

    The president could also be established as an official unit of measurement.

    One president would equal PLN 60,000.

    A provincial governor would receive half a president.

    A hospital director would get one-third of a president.

    And a month-long failure of a computer system for which no competent specialist could be hired because they chose the private sector might cost two and a half presidents.

    The president does not earn a particular amount because the market has held an international competition, tested the candidates and concluded that this is precisely the going rate for someone capable of signing legislation and looking solemn while laying wreaths. His remuneration is determined by law, political decisions and the symbolic stature of his office.

    A neurosurgeon is paid because they can open a person’s skull, repair whatever is inside it, and then close it again in such a way that the patient still recognises their family and does not accidentally join three political parties.

    The responsibilities are somewhat different.

    The chief executive of a major energy company manages billions of złotys, thousands of employees, security of supply and investments spanning decades. A computer specialist protecting government systems from cyberattacks competes for employment with banks, technology corporations and foreign companies that do not attempt to pay their staff in patriotic emotion.

    A minister may, of course, announce that everyone should work for less.

    The private sector will reply courteously:

    “Splendid, Minister. The car is already on its way to collect them. Shall we take the entire floor while we are there?”

    Sikorski has devised an economical state in the most Polish way possible: first we save money on professionals, then we spend a fortune on a commission investigating why everything broke down.

    SURGERY ON A SENSE OF MISSION

    It is easiest to limit doctors’ salaries when one is healthy.

    One can sit on the sofa, drink coffee and conclude that doctors ought to work out of a sense of vocation. Preferably for long hours, responsibly, flawlessly and cheaply. A vocation has the great advantage that no social-security contributions need to be paid on it.

    A doctor works for a public hospital. A public hospital serves society. Therefore, the doctor should serve as well. If the doctor asks about money, they are evidently not serving enthusiastically enough.

    The situation changes when a minister receives his test results and is told that he needs complicated surgery.

    He does not then ask:

    “Does the surgeon possess a sufficiently developed sense of mission?”

    He does not care whether the doctor is moved by the national anthem, saves public money or can survive for a month on a salary that fits beneath the presidential ceiling.

    He asks:

    “Who is the best?”

    He does not want a cheap surgeon. He does not want a loyal surgeon. He does not want a man who cannot actually perform the operation but has never once breached public-finance discipline.

    He wants a specialist whose hands, knowledge and experience offer the best chance that, after the operation, he will still be able to walk, speak and publish his thoughts online.

    Although in Sikorski’s case, a prolonged recovery period without access to his phone might be regarded as an additional therapeutic success.

    Imagine the pre-operative conversation:

    “Professor, how much do you earn?”

    “A great deal, Minister, but I perform operations most doctors will not undertake.”

    “That is most troubling. The president earns less.”

    “Can the president operate on you?”

    “No.”

    “Then perhaps we should begin with the anaesthetic.”

    There are, of course, serious problems in the public healthcare system. Some doctors receive absurdly high remuneration. Some contracts are poorly designed. Some duty rosters are arranged in such a way that the calendar itself begins to suspect fraud. Some hospitals drown in debt while certain contractors display a remarkable ability to remain afloat.

    All of this should be scrutinised.

    But proper scrutiny requires data, comparisons, employment standards, an assessment of responsibility, the number of hours actually worked and measurable outcomes.

    Sikorski’s ceiling requires a calculator, a photograph of the president and a powerful belief that an economy functions like a ministry canteen.

    This is not reform. It is populism in a suit, with a pocket square protruding by precisely the width of the argument.

    A CHEAP STATE WITH EXPENSIVE CONSEQUENCES

    If the state ceases to compete on pay, the best specialists will not suddenly undergo a spiritual transformation. They will go into the private sector.

    They will not kneel before the national emblem, read a speech about service and discover that their mortgage payment is a form of materialism.

    They will simply leave.

    Those who remain will include idealists, people genuinely committed to public service, those who value stability, employees without more attractive offers and people whose modest official salary is compensated by influence, status, a seat on a supervisory board, a bonus, a car, an office with two windows or the phone number of someone who can accomplish more than the entire human-resources department.

    Sikorski’s proposal is meant to eliminate abuses. In practice, it would merely give them new names.

    The salary will be capped, so a task-related allowance will be created.

    When the task-related allowance begins to look awkward, a special bonus will appear.

    Once the special bonus attracts media attention, the individual concerned will be appointed to the supervisory board of a subsidiary.

    When the supervisory board comes under criticism, a foundation will be established.

    The foundation will create an institute.

    The institute will appoint a task force on pay transparency in the public sector.

    Its coordinator will earn PLN 59,999 a month and enjoy a company car, official accommodation and a bonus which is not formally remuneration but merely an expression of the state’s gratitude.

    The Polish state can circumvent any regulation of its own, particularly if it has spent six months drafting it.

    The most serious consequence, however, would be less amusing. When pay ceases to attract competence, loyalty becomes more important.

    The chief executive’s chair in a public company will not go to the best candidate, because the competition will hire that person. It will go to someone who answers the phone after the first ring, knows the right secretary and understands perfectly well to whom he owes his position.

    He does not need to know the industry. He merely needs to know the number.

    Asked about development strategy, he will say that he is awaiting strategic guidance from the shareholder.

    Asked about the results, he will announce that an audit is under way.

    Asked about his qualifications, he will produce a party membership card and a photograph from a harvest festival.

    Sikorski would like to rid the state of people who earn too much. He might instead leave it with people who know too little but are boundlessly grateful to whoever appointed them.

    Passive, mediocre, but safely under the ceiling — the ideal public-sector employee under the deputy prime minister’s reform.

    AN ONLINE POLL REFORMS HEALTHCARE

    The entire debate began with a TVP Info poll. It attracted 2,289 votes, 86 per cent of which supported restrictions on doctors’ pay.

    Two thousand two hundred and eighty-nine clicks.

    Polish healthcare economics was thereby conclusively settled.

    If the country were governed by online polls, we could ask:

    “Should operations be free, painless, immediate and performed by the country’s finest specialist?”

    “Yes” would receive 99 per cent.

    “Should all taxes be abolished?”

    One hundred per cent.

    “Should the state simultaneously increase every benefit?”

    One hundred and one per cent, because some citizens would vote twice for the good of the nation.

    The finance minister could then announce that the programme had been implemented, while the National Bank of Poland printed additional congratulations.

    People understandably dislike hearing that a doctor earns PLN 100,000 or 200,000 a month, particularly when they themselves have been waiting eight months for an appointment, sitting on a plastic chair and staring at a coffee machine — the only device in the hospital that sees patients immediately.

    You insert six złotys, press a button and receive something warm within forty seconds. On a hospital ward, that standard of organisation qualifies as experimental medicine.

    Patients’ anger is understandable.

    The role of a responsible politician, however, is not to stand beside an angry citizen, become angry as well and, for the sake of appearances, point at someone who earns more.

    A responsible politician should explain how to repair the system so that patients receive treatment, hospitals do not go bankrupt and qualified doctors do not leave.

    Sikorski chose the lighter option.

    He entered a complicated debate, placed the president’s payslip on the table and declared:

    “Behold: economics.”

    Then, presumably, he adjusted his cuff.

    THE MAN WHO USES HIS PHONE INSTEAD OF A BRAKE

    In fairness to Sikorski, he is not a stupid man.

    That is precisely why, when he says something stupid, it travels so much farther.

    A stupid remark made by an ordinary person falls to the floor and lies there. A stupid remark made by Sikorski puts on a bow tie, buys a business-class ticket and, within hours, is being discussed in foreign embassies.

    Sikorski has international experience, speaks excellent English and understands Western elites and the mechanisms of diplomacy. He has served as defence minister, twice as foreign minister, as Speaker of the Sejm and as a Member of the European Parliament. His official CV could supply several average politicians, with enough left over for a committee chairmanship. This is how the Polish Foreign Ministry presents him.

    He can deliver an excellent speech. He can strike Russian propaganda with precision. He can be brilliant, courageous and necessary.

    Unfortunately, he can also be the sort of man who hits the bullseye and keeps firing because the audience is still applauding and there are several rounds left in the magazine.

    Sikorski is like an outstanding swordsman who occasionally forgets that he is still holding a sabre and begins using it to explain his views to the waiter.

    At a Civic Platform convention in 2007, he said that after one more battle, “we will finish off the packs.” He later explained that this was campaign rhetoric and a sporting metaphor. No doubt. The trouble is that Sikorski’s metaphors possess the peculiar quality of still requiring an explanation, many years later, that he did not literally intend to slaughter anyone. TVN24 later revisited the recording and its context.

    An ordinary politician says: “We will win the election.”

    Sikorski organises a battle, unleashes the packs, orders the finishing-off and then expresses surprise that someone failed to recognise the subtle sporting metaphor.

    In recordings leaked in 2014, he privately described the Polish-American alliance as worthless and harmful, using language beside which diplomatic cables resemble a schoolgirl’s prayer book. The Guardian, among others, reported on the recordings.

    One can argue that politicians speak more sharply in private. Everyone says things over dinner that they would not place on official letterhead.

    It is more difficult to explain why a foreign minister would speak in a restaurant as though the microphones had first signed confidentiality agreements.

    Sikorski apparently assumed that, since he himself worked in diplomacy, the recording devices would also respect the Vienna Convention.

    They did not.

    In 2022, shortly after the Nord Stream pipelines were damaged, he posted a photograph of the gas leak with the words: “Thank you, USA.” The post caused an international uproar and handed Russian propaganda material it did not even need to edit. Anadolu Agency was among the outlets reporting on the post and its repercussions.

    It was a special moment in the history of diplomacy.

    The world was trying to determine who had committed the sabotage. Intelligence services were working, investigations were under way, samples were being collected, ship movements analysed and allies consulted.

    Sikorski looked at the photograph, took out his phone and behaved like a man who writes beneath a picture of a burning garage:

    “Thanks, Steve!”

    It was a diplomatic fusion of a postcard from the scene of the crime and a thank-you note to the potential perpetrator.

    Russian propaganda employs thousands of people. Sikorski occasionally assists it on a voluntary basis, presumably as part of his commitment to public service.

    In 2023, he said that the Polish government might briefly have considered partitioning Ukraine during the first days of the Russian invasion. Moscow immediately exploited the remark, and Sikorski later admitted that he had allowed himself to be provoked. Interia reported on the response from Russian propaganda.

    For an experienced diplomat, that is an interesting line of defence.

    A plumber may be provoked by a leaking pipe.

    A driver may be provoked by someone cutting him off.

    A foreign minister, however, ought to possess slightly greater resistance to provocation than a man commenting beneath an online video.

    A less talented person commits a gaffe and everyone forgets it.

    Sikorski commits a gaffe so professionally that embassies open a separate file for it.

    AMBITION IN A SUIT TAILORED FOR HIGHER OFFICE

    Sikorski’s ambitions have never looked undernourished.

    They are healthy, well fed and exercise regularly.

    He is the kind of politician who enters a room as though a position has already been created for him and the administration simply has not yet installed the nameplate.

    Whenever a senior office becomes vacant, Sikorski’s ambition submits its CV before the rest of the country has heard that the previous office-holder has left.

    I suspect that if the Pope sneezed, Sikorski’s ambition would briefly check the eligibility requirements for the conclave.

    There is nothing inherently wrong with ambition. A politician without ambition resembles a car without fuel: it may look dignified, but its principal function is to block the driveway.

    The problem begins when a person concludes that, because he is suited to the highest offices, every thought he has must also be of the highest quality.

    Sikorski does not express an opinion. Sikorski delivers civilisation’s official position.

    He does not say:

    “Perhaps this might be worth considering.”

    He speaks in the tone of a man after whose sentence economists should close their laptops, doctors put down their stethoscopes, executives surrender their security passes and the nation report to reception for further instructions.

    The difference between a confident man and a pompous one is that the confident man enters a room. The pompous man assumes the room was built to celebrate his arrival.

    Sikorski occasionally loses sight of that distinction.

    He is assisted by his elegant accent, impressive CV and gift for making statements that sound reasonable for the first seven seconds.

    After eight seconds, one begins to calculate.

    After ten, one discovers that the country no longer has surgeons, computer specialists or competent executives, but everyone who remains fits neatly into the table.

    PUBLIC SERVICE IS NOT A MENDICANT ORDER

    Sikorski is right about one important thing: working for the state should involve an element of service.

    A civil servant, minister, public-hospital doctor or chief executive of a state-owned company must not treat public assets like a cash machine whose PIN was supplied with the appointment. Pay should be transparent, reasonable and justified by responsibility, performance and competence.

    But public service is not a mendicant order.

    The state cannot expect an outstanding cybersecurity specialist to defend strategic systems for half the market rate merely because the national eagle hangs above the entrance.

    The eagle is important, but the bank will not accept it as a mortgage deposit.

    A doctor with a rare specialisation cannot be expected to reject a competitive offer because a minister has reminded them of patriotism.

    Patriotism is a value. It is not, however, an item on a payslip. It cannot pay for housing, fuel or a child’s private lessons, although it can be used with remarkable efficiency to justify sacrifices made by other people.

    Politicians are particularly fond of appealing for sacrifice from groups to which they themselves do not belong.

    Doctors are expected to serve.

    Teachers have a mission.

    Civil servants should be modest.

    Soldiers must be ready.

    Politicians, meanwhile, require — for obvious constitutional reasons — a driver, security detail, private office and government credit card, so that they may appeal for restraint more effectively.

    If the state wants to employ the best, it must sometimes pay them well. It should then hold them ruthlessly accountable for their results.

    Sikorski proposes the reverse order: first restrict remuneration, then wait for results with patriotic optimism.

    It would be like a foreign minister cutting embassy budgets, dismissing interpreters, selling the cars, instructing ambassadors to sleep in hostels and declaring victory because Polish diplomacy had never been cheaper.

    He would then be surprised when the only person arriving at the summit was an honorary consul on a scooter.

    LORD, DELIVER US FROM SIKORSKI

    Poland does not need to be protected from Sikorski because he is always wrong.

    If he were always wrong, the matter would be simple. We could listen attentively and then do the opposite.

    The problem is that he is often right. He can accurately describe the Russian threat, Europe’s weaknesses, the need to strengthen defence and the importance of serious foreign policy.

    That is precisely what lulls us into a false sense of security.

    One listens to three intelligent sentences, nods in agreement and begins to feel proud of Polish diplomacy. Then, in the fourth sentence, one learns that a neurosurgeon’s pay should depend on the president’s salary because public service is an honour.

    It is like an elegant dinner at which the guests are served an excellent starter and superb wine, after which the waiter brings out a brick and announces that it is the chef’s signature dessert.

    The most dangerous politician is not one who talks nonsense continuously. It is one who talks nonsense fluently, elegantly and with the conviction that he has just delivered a statesmanlike address.

    Sikorski wanted to sound wise. What emerged was a populist quip.

    He wanted to eliminate abuses. He proposed a mechanism that would drive some competent people away and make political loyalty more important.

    He wanted to remind us of public service. He forgot that the state also serves its citizens by employing professionals.

    He wanted to establish a ceiling on pay. Once again, what he chiefly demonstrated was the absence of any ceiling on his self-confidence.

    And so let us pray, modestly.

    Lord, deliver us from Sikorski.

    From his brilliant shortcuts, after which entire meanings have to be reconstructed.

    From his metaphors, which still require safety instructions fifteen years later.

    From his posts, published faster than the Foreign Ministry can locate a fire extinguisher.

    From economic proposals that sound excellent until they come into contact with the economy.

    From ambition that always fits a higher office, even if the office must first be created.

    From the belief that a government appointment automatically confers additional degrees in economics, medicine, energy, management and brain surgery.

    Above all, protect Sikorski himself from his phone.

    Ideally, install parental controls.

    Let every post require the prior approval of a doctor, an economist, a diplomat, an accountant, a press spokesman and one randomly selected citizen who will ask:

    “Minister, are you quite sure you want to send this?”

    For when Radosław Sikorski remains silent, the world sees an experienced statesman.

    When he speaks, it sometimes sees an outstanding statesman.

    The trouble begins when Sikorski sees him too and immediately decides to speak on his behalf.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights