
Minął rok od dnia, w którym Karol Nawrocki stanął przed Zgromadzeniem Narodowym i wygłosił pierwsze orędzie tonem człowieka, który nie obejmuje urzędu, lecz przejmuje lokal po nieudolnym zarządcy i zaraz wyrzuci lokatorów na klatkę.
Przysięgał strzec Konstytucji, po czym przez dwanaście miesięcy oglądał ją głównie pod światło, sprawdzając, gdzie można wyciąć dodatkowe drzwi do własnego gabinetu. Dzisiaj Pałac urządza uroczyste podsumowanie rocznicy: scena, publicyści, część artystyczna i przemówienie Jubilata. Brakuje tylko tortu w kształcie weta oraz orkiestry grającej marsz żałobny dla ustaw.
Kancelaria ogłosiła, że przez pierwszy rok prezydent realizował obietnicę Polski „suwerennej, bezpiecznej, praworządnej, normalnej” i zamożnej. To piękny zestaw. Gdyby jeszcze każdy przymiotnik odnosił się do rzeczywistości, a nie do broszury reklamowej, moglibyśmy otworzyć szampana. Na razie można otworzyć rachunek.
Nawrocki okazał się bowiem pierwszym prezydentem, który pomylił Pałac Prezydencki z całodobową stacją kontroli pojazdów. Wszystko, co przyjeżdża z Sejmu, podnosi na podnośniku, kopie w oponę i odsyła z adnotacją, że zagraża suwerenności.
W ciągu roku zawetował 41 ustaw, ustanawiając rekord III RP. Sam przypomina, że podpisał ich znacznie więcej, co jest argumentem podobnym do zapewnienia podpalacza, że większości budynków jednak nie podpalił.
Weto stało się dla Nawrockiego nie instrumentem konstytucyjnym, lecz odruchem fizjologicznym. Jedni po obiedzie mają zgagę, on ma zastrzeżenia legislacyjne.
Nie podpisuje ustawy, ponieważ jest wadliwa. Nie podpisuje, ponieważ jest dobra dla rządu. Nie podpisuje, ponieważ Bruksela. Nie podpisuje, ponieważ Tusk. Nie podpisuje, ponieważ długopis nie powinien być zakładnikiem większości parlamentarnej.
Gdyby Sejm uchwalił ustawę potwierdzającą, że Karol Nawrocki jest wysoki, silny i historycznie niezbędny, Pałac prawdopodobnie skierowałby ją do Trybunału, gdyż niedostatecznie podkreślałaby szerokość jego barków.
Według wyliczeń opartych na danych Ministerstwa Finansów brak prezydenckich podpisów mógł pozbawić tegoroczny budżet około 7,3 miliarda złotych potencjalnych dochodów, a po uwzględnieniu pieniędzy przeznaczonych dla NFZ — ponad 8 miliardów. To koszt mniej więcej na poziomie dużego programu społecznego.
Siedem miliardów złotych to niemało, ale narcyzm państwowy zawsze wymaga odpowiedniej scenografii.
Ludwik XIV zbudował Wersal. Nawrocki buduje deficyt i mówi, że chroni obywateli.
Zawetował wyższą akcyzę na alkohol, podwyższoną opłatę cukrową, uszczelnienie części podatków i inne rozwiązania zwiększające dochody państwa. Polak może więc spokojnie pić, słodzić i patrzeć na rosnącą dziurę budżetową, wiedząc, że nad jego trzustką czuwa głowa państwa.
Najbardziej widowiskowe było weto do ustawy związanej z programem SAFE, dzięki któremu Polska miała uzyskać 43,7 miliarda euro preferencyjnego finansowania na obronność i przemysł zbrojeniowy. Prezydent uznał, że pożyczka zagraża suwerenności, niezależności oraz bezpieczeństwu ekonomicznemu i militarnemu. Był to wyczyn logiczny porównywalny z ochroną domu przed złodziejem przez odmowę zamontowania drzwi, ponieważ zawiasy są zagraniczne.
Nawrocki zaproponował własne rozwiązanie, nazwane „SAFE 0 proc.”, oparte między innymi na przyszłych zyskach Narodowego Banku Polskiego. Problem polegał na tym, że zyski te miały charakter równie rzeczywisty jak skromność prezydenta.
Armia miała być więc finansowana z pieniędzy, których nie ma, przez instytucję, która ich nie zarobiła, według planu, którego główną zaletą było to, że nie wymyślił go Tusk.
To gospodarka patriotyczna najwyższej próby: czołgi są suwerenne, bo istnieją wyłącznie w przemówieniu.
Przez rok Nawrocki uczył się także subtelnej sztuki polityki zagranicznej. Z Donaldem Trumpem spotkał się w Białym Domu, zaprosił go do Polski i zbudował z tej relacji jeden z głównych filarów swojej prezydenckiej potęgi. Trump wspierał go jeszcze przed wyborami, a amerykańska prawica urządziła w Polsce polityczną procesję błogosławiącą jego kandydaturę.
Nawrocki patrzy na Trumpa jak chłopiec na starszego kolegę z siłowni, który ma większy samochód, dłuższy krawat i potrafi obrazić cały kontynent przed śniadaniem.
Od amerykańskiego mistrza przejął najważniejszą zasadę: urząd nie jest funkcją, tylko marką osobistą. Państwo jest tłem. Konstytucja regulaminem obiektu. Rząd konkurencyjną firmą. Krytyka hejtem. A każdy sukces wynika z siły przywódcy, nawet jeśli wydarzył się wcześniej, później albo komuś innemu.
Nawrocki nie musi nosić czapeczki z hasłem o ponownym uczynieniu Polski wielką. Wystarczy, że nosi minę człowieka, który już to zrobił, tylko naród nie zdążył zauważyć.
W kraju prezydent konsekwentnie wyrąbuje sobie dodatkowe uprawnienia. Powołał Radę Nowej Konstytucji i otwarcie podniósł kwestię zmiany ustroju, skoro obecny system dzieli władzę między prezydenta i premiera. Dla Nawrockiego dwa ośrodki władzy są zasadniczo złe, chyba że oba znajdują się w Pałacu.
Rada ma przygotować nową ustawę zasadniczą. W jej składzie znaleźli się między innymi Marek Jurek, Ryszard Legutko, Julia Przyłębska i Józef Zych. Jest to zespół tak nowoczesny, że brakuje wyłącznie husarza, woźnego z Trybunału i medium utrzymującego kontakt z Józefem Piłsudskim.
Prezydent chce nowej Konstytucji z tego samego powodu, dla którego dziecko chce zmienić zasady gry: obecne nie gwarantują mu zwycięstwa w każdej rundzie.
Zanim jednak powstanie nowa, Pałac ćwiczy na starej. Nawrocki wręczył nominacje asesorom bez kontrasygnaty premiera, której — według Donalda Tuska i stanowiska KRS — wymagała Konstytucja. Premier musiał później podpisywać około dwustu dokumentów, aby usunąć ryzyko podważania orzeczeń. Pałac i zaprzyjaźniony Trybunał uznały natomiast, że wszystko było w porządku.
W Polsce prawo jest więc obecnie jak instrukcja składania szafy znanej firmy meblowej. Prezydent twierdzi, że śruba jest zbędna, premier ją dokręca, Trybunał zapewnia, że półka może wisieć w powietrzu, a obywatel ma nie stawiać na niej niczego ciężkiego do czasu zakończenia sporu kompetencyjnego.
Nawrocki prowadzi wojnę z Tuskiem metodycznie i z godnością boksera, który przed każdą rundą sprawdza, czy kamery są ustawione pod korzystnym kątem.
Według medialnych relacji sam nie dzwoni do premiera; to Tusk ma prosić o kontakt. Gdy się spotykają, najważniejsze staje się nie to, co ustalili, lecz kto na kogo czekał, kto kogo odpytywał i kto wyszedł z sali z bardziej prezydencką miną.
To nie jest kohabitacja. To konkurs samców w garniturach, podczas którego państwo trzyma im marynarki.
Najbardziej prezydencki styl ujawnił się przy ułaskawieniach. Piotr Pytel, który przesiedział niemal dwadzieścia dwa lata za przestępstwo, którego — według późniejszych ustaleń — nie popełnił, otrzymał wolność z pięcioletnim dozorem. Piotr „Staruch” Staruchowicz został natomiast uwolniony od zakazu stadionowego, a jego skazanie zatarto. Krytykom rzecznik Pałacu odpowiedział słowem „wara”.
Jednego niewinnego państwo nadal obserwuje. Drugiemu swojemu otwiera bramę.
To sprawiedliwość stadionowa: wszystko zależy od sektora, szalika i tego, czy numer prezydenta znajduje się w kontaktach.
Nie jest to szczególnie zaskakujące u człowieka, który własny udział w kibicowskich ustawkach przedstawiał jako rodzaj „szlachetnej” walki. Doniesienia o jednej z takich bójek wskazywały zresztą na wyjątkowo brutalny przebieg i użycie niebezpiecznych narzędzi przez uczestników związanych z jego stroną.
Nawrocki wniósł zatem do Pałacu autentyczne doświadczenie rozwiązywania sporów ustrojowych.
Kiedyś ustalało się liczbę uczestników i miejsce spotkania. Dziś ustala się liczbę wet i skład Trybunału. Kiedyś obowiązywała zasada, że leżącego się nie bije. Dziś obowiązuje zasada, że zawetowaną ustawę można jeszcze skopać w orędziu.
Chamstwo również otrzymało rangę doktryny państwowej. „Wara od prerogatyw prezydenta” brzmi jak komentarz sołtysa, którego zapytano, dlaczego wypasa kozy na szkolnym boisku. Radosław Sikorski odpowiedział, że równie dobrze można powiedzieć: wara prezydentowi od rządzenia Polską, bo od tego jest rząd.
I tak język konstytucyjny III Rzeczypospolitej zatoczył koło — od Monteskiusza do tabliczki „zły pies”.
Najbardziej niepokojące jest jednak to, że Nawrocki jest politycznie skuteczny. Najnowsze badania dają mu wysokie zaufanie i przewagę ocen pozytywnych; w jednym z sondaży 56 procent badanych dobrze oceniało jego pierwszy rok. Jednocześnie większość ankietowanych uznawała motywacje jego wet za polityczne.
Polacy widzą więc, że prezydent blokuje państwo z powodów politycznych, lecz znaczna część z nich uważa najwyraźniej, że robi to bardzo przystojnie.
To największe osiągnięcie Nawrockiego. Nie weta. Nie Rada Nowej Konstytucji. Nie wojna z rządem. Nie amerykańskie fotografie.
Największym sukcesem jest przekonanie milionów ludzi, że permanentna awantura oznacza siłę, brak kompromisu — charakter, a demolowanie procedur — sprawczość.
W polskiej polityce człowiek spokojny uchodzi za słabego. Człowiek kompetentny za nudnego. Człowiek krzyczący, blokujący i prężący pierś natychmiast zostaje mężem stanu wagi ciężkiej.
Nawrocki po roku nie jest już kandydatem Kaczyńskiego. Wyrósł prezesowi z prawej strony jak potężny mięsień po źle dobranym suplemencie. PiS się rozpada, Morawiecki zakłada własny klub, Konfederacje rosną, a prezydent usiłuje objąć patronat nad całym prawicowym targowiskiem, zachowując minę właściciela galerii handlowej.
Jarosław Kaczyński wymyślił Nawrockiego jako narzędzie. Narzędzie tymczasem znalazło lustro.
Teraz patrzy w nie coraz częściej i dochodzi do wniosku, że Polska jest za mała na dwóch przywódców prawicy, a Pałac za ciasny na prezydenta ograniczonego Konstytucją.
Po roku wiemy już, czym jest prezydentura Karola Nawrockiego. To Trump z gdańskiego odzysku. To wetomat z funkcją ułaskawiania znajomych środowiskowo. To konstytucyjny kulturysta, który napina uprawnienia, nawet gdy są cudze. To historyk, który próbuje napisać przyszłość Polski, gumkując teraźniejszość. To narcyz polityczny, dla którego każda uroczystość państwowa jest lustrem, każda flaga dekoracją osobistą, a każdy spór dowodem, że właśnie stanął w centrum historii.
Mija pierwszy rok. Zostały cztery. Dlatego modlitwa na rocznicę powinna być krótka, ekumeniczna i możliwa do odmówienia zarówno w kościele, jak i przy dystrybutorze paliwa:
Panie Boże, chroń Konstytucję przed jej strażnikiem. Chroń budżet przed jego troską. Chroń armię przed jego bezpieczeństwem. Chroń prawo przed jego prerogatywą. Chroń nas przed systemem prezydenckim, w którym prezydentem byłby właśnie on.
A przede wszystkim daj Karolowi Nawrockiemu lustro tak duże, aby wreszcie cały się w nim zmieścił.
Może wtedy przestanie poszerzać państwo.

Dodaj komentarz