
Internet ma tę wielką przewagę nad dawnym państwem, że można w nim zostać instytucją bez nominacji, konkursu, gabinetu, pieczątki i sekretarki. Wystarczy odpowiednio długo pisać z miną człowieka, który właśnie odebrał osobisty komunikat od Historii, a z czasem otoczenie zaczyna traktować cię jak urząd. Pan Sławek ze „Studia Opinii” wyrósł mi ostatnio na taki jednoosobowy urząd, którego kompetencje rozszerzają się szybciej niż zakres obowiązków ministerstwa po rekonstrukcji rządu.
Pan Sławek produkuje się regularnie na portalu „Studio Opinii”, gdzie posiada własną stronę autorską, choć technicznie kryje się ona pod adresem wyglądającym tak, jakby portal sam jeszcze nie był pewien, kim właściwie jest jego autor. Tam można przejrzeć jego twórczość i samemu ocenić, czy opisuję ją niesprawiedliwie. Strona autorska Sławka w Studio Opinii
Raz jest rzecznikiem jakości debaty, innym razem inspektorem tonu, następnie recenzentem moralności dziennikarskiej, później strategiem demokratycznej Polski na rok 2027, promotorem Klubów Radykalnego Centrum, ekspertem od anomalii wyborczych, a ostatnio również przewodnikiem po sztucznej inteligencji. Człowiek renesansu w epoce promptu. Leonardo da Vinci potrzebował do podobnej różnorodności malarstwa, anatomii, hydrauliki i maszyn latających. Panu Sławkowi wystarczają Perplexity i WordPress.
Szczególnie wzrusza mnie jego rola strażnika kultury sporu. Kiedy moje felietony są złośliwe, prześmiewcze i bezczelnie wykorzystują tę starożytną właściwość humoru, że człowiek czasami się przy nim śmieje, pan Sławek staje na straży powagi. W tekście „Miało być inaczej, a nic się nie zmieniło!” uznał, że moja polemika z profesorem Konsztowiczem nie jest polemiką, lecz „satyrycznym unieważnieniem”, że metafora wypiera argument, a ośmieszanie konstrukcji intelektualnej nie prowadzi do poważnej debaty. Sławek: „Miało być inaczej, a nic się nie zmieniło!”
Innymi słowy, można się nie zgadzać, ale najlepiej robić to w sposób, który nikomu nie popsuje obiadu.
Pan Sławek najwyraźniej wyobraża sobie debatę publiczną trochę jak spotkanie w sanatorium: można podyskutować, można nawet podnieść głos, ale po dziewiętnastej cisza nocna, a zbyt gwałtowne metafory prosimy zgłaszać pielęgniarce dyżurnej.
Jest to stanowisko bardzo szlachetne, a jego jedyną wadą pozostaje fakt, że sam pan Sławek nie zawsze pozwala sobie nim przeszkadzać. Kiedy zabiera się za Bogdana Rymanowskiego, nagle okazuje się, że diagnozowanie cudzych intencji, osobowości i moralnego upadku jest nie tylko dopuszczalne, ale wręcz pożądane. W tekście „Bogdan Rymanowski – od dziennikarza mainstreamu do architekta dezinformacji” czytamy o „wykalkulowanym chłodzie”, modelu biznesowym opartym na maksymalizacji zasięgów, degradowaniu standardów i radykalizacji. Sławek o Bogdanie Rymanowskim
Kiedy ja kpię z cudzej argumentacji, mamy problem etyczny. Kiedy pan Sławek zagląda Rymanowskiemu do duszy, mamy analizę mediów.
Z tego można wyciągnąć bardzo praktyczny wniosek: ad personam nie jest zakazane, tylko wymaga odpowiedniej licencji ideowej. Trochę jak sprzedaż alkoholu. Bez koncesji jest przestępstwem, z koncesją działalnością gospodarczą.
Jeszcze ciekawsza jest jego działalność polityczno-programowa. W tekście „Wygrać Polskę 2027” pan Sławek rozdziela zadania całemu obozowi demokratycznemu. KO ma zrobić jedno, Lewica drugie, PSL trzecie, Polska 2050 odzyskać wyrazistość, Tusk przygotować nową ofertę dla obywateli, a całość powinna prowadzić do trwałej zdolności rządzenia. Sławek: „Wygrać Polskę 2027”
Nie wiem, czy Donald Tusk czyta te zalecenia, ale na wszelki wypadek powinien. Człowiek nigdy nie wie, kiedy okaże się, że gabinet został źle skonstruowany, bo nie skonsultowano go z panem Sławkiem.
Szczególne miejsce w jego działalności zajmują Kluby Radykalnego Centrum profesora Marcina Matczaka. Pan Sławek poświęcił im szesnastominutowy tekst o ryzyku antagonizacji, pogardzie, języku debaty i warunkach powodzenia całego przedsięwzięcia. Klubów właściwie jeszcze nie było, ale instrukcja ideologicznego BHP już powstała. Sławek o Klubach Radykalnego Centrum
To jest talent.
Normalny człowiek, gdy słyszy, że ktoś zamierza założyć klub, czeka, aż klub powstanie. Pan Sławek najpierw przygotowuje regulamin moralny dla zebrania założycielskiego.
W podobnym duchu stworzył także „Anomalie wyborcze”, rozbudowany tekst poświęcony analizie statystycznej wyników wyborów prezydenckich, w którym z wielką powagą referował opracowanie dr. Krzysztofa Konteka, metodę MAD, tysiące komisji i możliwość wpływu anomalii na końcowy wynik. Sławek: „Anomalie wyborcze” Sam fakt, że tekst znalazł się później wśród najczęściej komentowanych publikacji portalu, pokazuje, że pan Sławek potrafi przyciągnąć publiczność.
I w porządku. Niech pisze.
Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy człowiek o temperamencie kaznodziei uznaje własną ambonę za punkt pomiarowy całej cywilizacji.
Prawdziwe objawienie przyszło jednak wraz ze sztuczną inteligencją. Spór o moje korzystanie z AI najwyraźniej tak pana Sławka zainspirował, że postanowił natychmiast zostać przewodnikiem po tej dziedzinie. Najpierw opublikował propozycję cyklu „Zobaczmy, jakie to proste!”, współtworzonego z Perplexity AI. Perplexity AI i Sławek: zapowiedź cyklu
Motywacja była szczytna: „wyrównać szanse”, aby wszyscy uczestnicy dyskusji podobnie rozumieli generatywną sztuczną inteligencję.
To zdanie szczególnie mnie ujęło. Pan Sławek nie chce po prostu pokazać kilku narzędzi. On wyrównuje szanse cywilizacyjne. Jeszcze chwila i Komisja Europejska uruchomi fundusz spójności promptowej.
W pierwszym właściwym odcinku dowiadujemy się, że Perplexity potrafi odpowiadać na pytania i podawać źródła, że warto te źródła otwierać oraz sprawdzać, co rzeczywiście potwierdzają. „Zobaczmy, jakie to proste!” – odcinek 1 Są to rady całkowicie prawdziwe i początkującym mogą się przydać, choć podane są z takim namaszczeniem, jakby autor właśnie przyniósł ogień z Olimpu.
W drugim odcinku następuje kolejny wielki krok ludzkości: dowiadujemy się, że aby otrzymać precyzyjną odpowiedź, dobrze jest zadać precyzyjne pytanie. Trzeba określić temat, zakres, zadanie i oczekiwaną formę odpowiedzi. „Zobaczmy, jakie to proste!” – odcinek 2
Nie chcę umniejszać doniosłości tego odkrycia, ale podobną metodę moja babcia stosowała wobec ekspedientki w sklepie mięsnym. Nie mówiła „jedzenie”, tylko „dwadzieścia deko szynki”. Prompt engineering funkcjonował więc w PRL-u, tylko nie miał angielskiej nazwy.
Właśnie to jest w panu Sławku najbardziej fascynujące. Potrafi odkrywać rzeczy oczywiste z miną człowieka, który właśnie obalił mechanikę Newtona. Gdy pisze, że należy sprawdzać źródła, niemal słyszę fanfary. Gdy informuje, że dobre pytanie pomaga uzyskać dobrą odpowiedź, oczekuję komunikatu Polskiej Akademii Nauk. Jeżeli cykl będzie kontynuowany, niewykluczone, że w którymś odcinku dowiemy się, iż tekst przed opublikowaniem dobrze przeczytać, a przy sprawdzaniu daty warto spojrzeć na rok.
Szczególnie zabawna pozostaje przy tym historia samego AI. Kiedy ja z niego korzystam, staje się ono problemem dotyczącym autentyczności autora, częstotliwości publikacji i przewagi technologicznej w dyskusji. Kiedy pan Sławek rozpoczyna wspólny cykl z Perplexity, AI staje się narzędziem edukacji obywatelskiej.
Technologia pozostaje ta sama. Zmienia się jedynie moralna jurysdykcja. To trochę jak alkohol w bardzo zasadniczej rodzinie: u sąsiada nałóg, u nas degustacja.
Nie mam nic przeciwko jego cyklowi. Naprawdę. Jeśli dzięki niemu ktoś nauczy się korzystać z AI, sprawdzać źródła i nie wierzyć bezmyślnie chatbotowi, bardzo dobrze. Kpię wyłącznie z ceremoniału, w którym każda czynność elementarna otrzymuje rangę edukacyjnej misji dziejowej.
Pan Sławek nie może po prostu czegoś napisać. Musi zainicjować proces. Nie może podać rady. Musi wyrównać kompetencje wspólnoty. Nie może polubić jakiegoś projektu. Musi opisać warunki jego powodzenia. Nie może nie lubić mojego tonu. Musi stworzyć teorię o społecznej funkcji satyrycznego unieważniania.
I dlatego uważam go za figurę ciekawszą, niż sugerowałaby treść poszczególnych tekstów. Nie jest zwyczajnie autorem. Jest człowiekiem, który z własnych preferencji tworzy mikroinstytucje.
Ma swoje ministerstwo debaty. Departament dobrego tonu. Wydział AI. Biuro strategii wyborczej. Sekcję walki z pogardą. Komisję do spraw ironii niedopuszczalnej. A wszystko mieści się w jednym pseudonimie: Sławek.
Przy tym rzeczywiście istnieje w sieci. Ludzie go czytają, komentują, spierają się z nim, dają oceny, a kilka jego tekstów znajduje się wśród najbardziej komentowanych publikacji „Studia Opinii”. W internecie jest to waluta ważniejsza od oryginalności. Regularna obecność sama po pewnym czasie staje się pozycją społeczną.
Człowiek pisze, więc istnieje. Pisze dużo, więc istnieje bardziej. Pisze o tym, jak inni powinni pisać, więc zaczyna istnieć administracyjnie.
I może właśnie dlatego pan Sławek tak mnie bawi. Sieć pełna jest ludzi bardzo mądrych i kompletnych idiotów, ale najciekawsza grupa znajduje się pomiędzy nimi: ludzie całkiem inteligentni, którzy z jakiegoś powodu nabierają przekonania, że świat potrzebuje przede wszystkim ich komentarza do tego, jak należy komentować świat.
Nie powiedziałbym więc, że pan Sławek jest głupi. To byłoby zbyt łatwe, niemerytoryczne i zresztą sprzeczne z wielką zasadą nieuprawiania ad personam, której nas sam uczy.
Powiem coś gorszego. Pan Sławek ma rzadki talent odkrywania rzeczy oczywistych w tonie człowieka, który właśnie wrócił z Synaju i bardzo się martwi, że reszta nie ma notatnika.
A potem Perplexity pomaga mu przepisać tablice. I wszyscy są zajęci.

Dodaj komentarz