
Są takie soboty, kiedy człowiek otwiera gazetę z nadzieją, że świat choć na chwilę przestanie wrzeszczeć. Że politycy odłożą mikrofony, schowają telefony, zrezygnują z wyścigu o najcelniejszy cytat dnia i pozwolą przemówić historii. Historia bowiem ma tę przewagę nad politykami, że nie potrzebuje konferencji prasowych. Jest cierpliwa. Czeka. Nie podnosi głosu. Wie, że prędzej czy później i tak dopadnie każdego, kto próbował ją oszukać.
11 lipca jest właśnie takim dniem. To data, która nie powinna być ani prawicowa, ani lewicowa, ani rządowa, ani opozycyjna. Powinna być po prostu ludzka. Bo na Wołyniu nie ginęły poglądy polityczne. Nie ginęły programy wyborcze ani partyjne legitymacje. Ginęli ludzie. Całe rodziny. Dzieci, które nie zdążyły nauczyć się pisać. Starcy, którzy przeżyli jedno imperium, a nie doczekali następnego. Kobiety mordowane razem z niemowlętami. Płonęły wsie, kościoły, stodoły i cały świat ludzi przekonanych jeszcze dzień wcześniej, że najgorsze już minęło.
Dlatego dobrze się stało, że w sobotę niemal wszyscy mówili o pamięci. Premier Donald Tusk zapowiedział powstanie Muru Pamięci z nazwiskami odnalezionych ofiar. Karol Nawrocki podkreślał, że odpowiedzialność spoczywa na banderowskiej ideologii, a nie na całym narodzie ukraińskim. Władysław Kosiniak-Kamysz przypominał, że nie można budować przyjaźni, gloryfikując tych, którzy dla sąsiada są symbolem niewyobrażalnego cierpienia. Trudno z tym polemizować. Tak właśnie powinno wyglądać państwo: pamiętać o swoich ofiarach, nie rezygnując z myślenia o przyszłości.
Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy kończą się oficjalne uroczystości, kamery gasną, a pamięć znowu staje się narzędziem politycznego handlu. Bo polska polityka ma niezwykły talent do zamieniania nawet największych tragedii w konkurencję sportową. Kto pierwszy złoży wieniec. Kto stał bliżej pomnika. Kto powiedział mocniejsze słowo. Kto bardziej potępił. Kto bardziej wzruszył się przed kamerami. Jakby cierpienie ofiar można było mierzyć długością przemówienia albo liczbą udostępnień w mediach społecznościowych.
Mam czasem wrażenie, że gdyby dwa tysiące lat temu transmitowano Golgotę na żywo, jeszcze przed ukrzyżowaniem znalazłby się sztab ekspertów tłumaczących, kto ustawił krzyże, kto odpowiada za scenografię i komu wzrosły słupki poparcia po konferencji prasowej Piłata.
Na szczęście historia jest mądrzejsza od polityków. Nie pamięta, kto pierwszy podszedł do mikrofonu. Pamięta nazwiska ofiar. Pamięta miejsca kaźni. Pamięta ciszę po krzyku. I właśnie dlatego tak ważne są dziś ekshumacje, odnajdywanie mogił i przywracanie nazwisk ludziom, którym odebrano nie tylko życie, ale nawet prawo do grobu.
To jest prawdziwy obowiązek państwa. Nie produkowanie kolejnych deklaracji. Nie licytacja na patriotyzm. Nie konkurs na najostrzejsze wystąpienie. Obowiązkiem jest pamięć. Ta cicha, mozolna, wykonywana łopatą archeologa i cierpliwością historyka, a nie błyskiem fleszy.
A przecież wystarczyło tego samego dnia odłożyć na chwilę polskie gazety i zajrzeć kilka stron dalej, żeby zrozumieć, że historia nie jest wyłącznie naszym problemem. Ona pracuje na pełen etat również gdzie indziej.
Na Węgrzech parlament szykuje kolejną zmianę konstytucji. Oficjalnie wszystko odbywa się zgodnie z procedurami. Głosowania, komisje, poprawki, uzasadnienia. Demokracja w najlepszym wydaniu – przynajmniej na papierze. Tyle że papier jest cierpliwy. Przyjmie wszystko. Nawet kolejną poprawkę, która sprawia, że państwo coraz bardziej przypomina dom, w którym właściciel co tydzień przestawia ściany tylko dlatego, że nie podobają mu się lokatorzy.
Historia zna takie sztuczki doskonale. Bardzo rzadko wolność odbiera się ludziom jednym gwałtownym ruchem. Znacznie częściej robi się to elegancko, paragraf po paragrafie, ustawą po ustawie, poprawką po poprawce. Demokracja nie zawsze umiera od huku czołgów. Czasem zasypia przy szelestach drukarki publikującej kolejne strony Dziennika Ustaw.
Jeszcze dalej, na Bliskim Wschodzie, syn ajatollaha zapowiada zemstę za śmierć ojca. Trudno oprzeć się wrażeniu, że tam zemsta jest dziedziczona równie starannie jak rodzinne srebra. Ojciec przekazuje synowi nie tylko nazwisko i wpływy, ale także katalog krzywd, które obowiązkowo trzeba kiedyś pomścić. Nienawiść podróżuje tam z pokolenia na pokolenie z większą regularnością niż pociągi w Szwajcarii.
I człowiek nagle dostrzega coś niezwykle smutnego. Bez względu na szerokość geograficzną politycy wyjątkowo rzadko uczą się od historii. Znacznie chętniej uczą się, jak historię wykorzystać. Jedni wyciągają z niej argument przeciw sąsiadowi. Drudzy przeciw opozycji. Trzeci przeciw całemu światu. Pamięć, która miała być przestrogą, coraz częściej staje się magazynem politycznej amunicji.
Paradoks polega na tym, że prawdziwa historia jest znacznie skromniejsza od tej opowiadanej przez polityków. Nie krzyczy. Nie szuka winnych na użytek najbliższego sondażu. Nie organizuje konferencji prasowych. Leży w ziemi, w nieoznaczonych mogiłach Wołynia, Jedwabnego, Katynia czy Buczy i cierpliwie czeka, aż ktoś pochyli się nad nią z pokorą zamiast z megafonem.
Tymczasem współczesny świat zdaje się wierzyć, że każdą tragedię można opowiedzieć w trzydziestosekundowym nagraniu, najlepiej z odpowiednio dramatyczną muzyką w tle. Jeszcze nie zdąży opaść kurz po jednej katastrofie, a już trwa casting do następnej. Jeszcze nie skończyły się uroczystości rocznicowe, a polityczne sztaby zastanawiają się, który fragment przemówienia najlepiej sprzeda się w wieczornych wiadomościach i mediach społecznościowych.
Może dlatego coraz częściej odnoszę wrażenie, że żyjemy nie w epoce informacji, lecz w epoce natychmiastowego zapominania. Pamiętamy dokładnie to, co wydarzyło się dwie godziny temu na portalu społecznościowym, ale coraz trudniej przychodzi nam zrozumieć to, co wydarzyło się osiemdziesiąt lat temu i dlaczego nie powinno wydarzyć się nigdy więcej.
Ale i my, Polacy, musimy uważać, aby pamięci nie oddać w ręce zawodowych handlarzy emocjami. Zbyt wielu polityków odkryło, że historia jest znakomitym paliwem wyborczym. Jedni próbują nią okładać Ukrainę. Drudzy własnych przeciwników. Trzecim marzy się kolejna wojna o przeszłość, bo w cieniu dawnych mogił łatwiej ukryć współczesną bezradność.
A przecież pamięć nie jest pałką. Nie jest sztandarem. Nie jest narzędziem politycznej mobilizacji. Jest zobowiązaniem wobec tych, którzy już nigdy nie opowiedzą własnej historii.
Jeżeli z Wołynia mamy wynieść jakąkolwiek lekcję, to nie tę, że trzeba pielęgnować gniew. Powinniśmy raczej zrozumieć, jak niewiele potrzeba, aby zwyczajny człowiek uwierzył, że jego sąsiad przestał być człowiekiem. Wystarczy kilka kłamstw. Kilka lat sączenia pogardy. Kilka przemówień. Kilka gazet. Kilka plotek powtarzanych tak długo, aż stają się prawdą. Tak rodzą się tragedie. Nigdy od razu. Zawsze powoli.
Wołyń nie zaczął się 11 lipca 1943 roku. Zaczął się znacznie wcześniej – od słów. Od ideologii, która jednych uznała za lepszych od drugich. Od przekonania, że dla wielkiej sprawy wolno zabić niewinnego człowieka. Każde ludobójstwo zaczyna się właśnie w ten sposób. Nie od karabinu. Od odebrania drugiemu człowieczeństwa.
Dlatego pamięć jest obowiązkiem. Ale jeszcze większym obowiązkiem jest uczciwość wobec historii. Musimy mieć odwagę nazwać zbrodnię zbrodnią, ludobójstwo ludobójstwem i sprawców sprawcami. Nie po to jednak, by przekazać nienawiść następnym pokoleniom, lecz po to, by nie przekazać im kłamstwa.
Bo nie odpowiadamy za to, co wydarzyło się osiemdziesiąt trzy lata temu. Odpowiadamy za to, co z tą pamięcią zrobimy dzisiaj.
Możemy zamienić ją w polityczną pałkę i co roku okładać nią przeciwników. Możemy wykorzystać ją do budowania kolejnych murów między narodami. Możemy również potraktować ją tak, jak traktuje się grób najbliższych – z ciszą, pokorą i szacunkiem.
Historia nie oczekuje od nas zemsty. Oczekuje prawdy.
A prawda, choć bywa bolesna, nigdy nie zabija. Zabijają dopiero kłamstwo, pogarda i nienawiść. Osiemdziesiąt trzy lata temu przekonaliśmy się o tym w sposób najstraszniejszy z możliwych.
Obyśmy już nigdy nie musieli uczyć się tej lekcji po raz drugi.

Dodaj komentarz