
Polska prawica znowu dostała swoje ukochane paliwo polityczne — histerię. Wystarczył jeden fałszywy alarm, kilka wyważonych drzwi i już całe otoczenie Karola Nawrockiego zaczęło zachowywać się tak, jakby w Gdańsku właśnie rozpoczął się zamach stanu połączony z inwazją kosmitów i rewizją skarbową.
Straż pożarna dostała zgłoszenie o pożarze. Zareagowała zgodnie z procedurami. Weszła do pustego mieszkania. Koniec historii. Normalny kraj zakończyłby sprawę krótkim komunikatem o fałszywym alarmie i szukaniu sprawcy. Ale nie Polska. Nie PiS. Nie dwór Karola Nawrockiego, który każdą awarię domofonu potrafi zamienić w narodowy dramat o upadku cywilizacji łacińskiej.
I oto nagle z telewizorów zaczęły płynąć słowa ciężkie jak betonowe płyty z późnego PRL-u. „Sabotażyści”. „Prowokatorzy”. „Czerwona granica”. „Atak na państwo”. Człowiek słuchał tych komunikatów i miał wrażenie, że za chwilę Szefernaker ogłosi mobilizację rezerwistów, a Czarnek zacznie rozdawać ludności cywilnej maski przeciwatomowe i obrazki świętych.
Najbardziej rozczulające jest jednak to nieustanne nadymanie każdej sytuacji do rozmiarów narodowej epopei. W mieszkaniu nikogo nie było. Nic się nie stało. Strażacy wykonali swoją robotę. A mimo to prawica natychmiast zaczęła budować opowieść o oblężonej twierdzy. PiS od dawna funkcjonuje przecież jak sekta ludzi przekonanych, że świat nieustannie spiskuje przeciwko nim osobiście.
Karol Nawrocki, ten prezydent z miną człowieka permanentnie zdziwionego istnieniem współczesności, znów został ustawiony w roli męczennika narodu. Człowiek patrzy na tę całą operę dramatyczną i ma wrażenie, że ogląda bardzo tani serial polityczny, w którym każdy incydent natychmiast zamienia się w „bezprecedensowy atak”.
Najbardziej zabawne pozostaje jednak to, że środowisko PiS przez lata budowało politykę dokładnie na takim paliwie. Strach. Chaos. Podejrzenie. Permanentna atmosfera oblężenia. Kaczyński przez dekady tresował swoich wyborców jak właściciel schroniska tresuje wyjątkowo nerwowe psy. Zawsze ktoś miał atakować Polskę. Niemcy. Bruksela. Tusk. LGBT. Sędziowie. Pogoda. Rowerzyści.
I teraz ten sam obóz jest święcie oburzony, że żyjemy w kraju rozedrganym emocjonalnie jak stary telewizor po burzy.
Szefernaker ogłosił, że „kolejna czerwona granica została przekroczona”. To zdanie miało oczywiście zabrzmieć dramatycznie. Problem polega na tym, że PiS przekraczał czerwone granice przez osiem lat z radością dziecka skaczącego po kałużach. Rozmontowywanie sądów? Proszę bardzo. Telewizja publiczna zamieniona w propagandową szczekaczkę? Czemu nie. Ułaskawienia kolegów? Naturalnie. Ale kiedy strażak wyważy drzwi po fałszywym alarmie, nagle słyszymy ton jak z przemówienia Churchilla podczas nalotów.
Nawrocki i jego otoczenie wyglądają dziś trochę jak arystokraci z kreskówki, którzy odkryli, że świat zewnętrzny nie traktuje ich pałacu z nabożną czcią. Każde zdarzenie musi być „systemowe”. Każde wymaga „pilnych narad”. Każde ma świadczyć o wielkim kryzysie państwa.
Tymczasem prawda jest dużo bardziej banalna. W Polsce co roku są dziesiątki tysięcy fałszywych alarmów. Strażacy jeżdżą do pustych mieszkań, policja reaguje na idiotyczne zgłoszenia, ratownicy są wzywani do ludzi, którzy zasnęli pijani na ławce. Tylko że większość obywateli nie organizuje po takim incydencie politycznej inscenizacji o zagrożeniu demokracji.
Donald Tusk zachował się tutaj akurat dokładnie tak, jak powinien zachować się premier normalnego państwa. Solidarność z prezydentem, odprawa służb, spokojny komunikat. I właśnie ten kontrast najbardziej dobija prawicę. Bo PiS żyje wyłącznie dzięki emocjonalnemu wrzaskowi. Kiedy druga strona odpowiada spokojem, cała ta patriotyczna histeria zaczyna wyglądać jak rodzinna awantura po źle podanym rosole.
Najbardziej groteskowy pozostaje jednak język. „Sabotażyści”. „Atak na państwo”. Człowiek ma ochotę zapytać, czy następny fałszywy alarm będzie już omawiany przez Radę Bezpieczeństwa ONZ i egzorcystę z Torunia.
PiS od dawna cierpi na bardzo specyficzną chorobę polityczną — megalomanię oblężonej twierdzy. Oni naprawdę wierzą, że każda sytuacja dotyczy ich osobiście i ma historyczny wymiar. Jeśli spadnie deszcz, to zapewne niemiecka prowokacja klimatyczna. Jeśli ktoś zadzwoni pod 112, to zamach na demokrację. Jeśli przegrają wybory, to zdrada narodu.
Karol Nawrocki idealnie wpisuje się w tę estetykę. Polityk wiecznie otoczony atmosferą ciężkiej narodowej misji, choć często wygląda raczej jak człowiek, który zgubił kartkę z przemówieniem i próbuje improwizować patriotyzm z pamięci.
I właśnie dlatego ta cała awantura jest jednocześnie śmieszna i męcząca. Bo Polska naprawdę ma poważniejsze problemy niż kolejna teatralna histeria ludzi, którzy z każdego incydentu robią moralno-polityczny western.
Na świecie trwa wojna. Putin wysyła rakiety na Ukrainę. Trump marzy o własnym cesarstwie z immunitetem dla rodziny. Europa próbuje utrzymać gospodarkę i bezpieczeństwo. A polska prawica urządza nocne misterium narodowe wokół wyważonych drzwi w pustym mieszkaniu.
Wieczorem kamery zgasły. Strażacy wrócili do pracy. Politycy wrzucili dramatyczne wpisy do internetu. Szefernaker zapewne dalej wyglądał groźnie przy stole konferencyjnym. A Polska jak zwykle została sama ze swoim politycznym kabaretem, w którym każda drobnostka musi zostać natychmiast przerobiona na epopeję o upadku ojczyzny.
I może właśnie to jest najbardziej męczące. Nie sam alarm. Nie wyważone drzwi. Tylko ta nieustanna potrzeba prawicy, żeby każdą codzienność zamieniać w narodową psychozę transmitowaną na żywo.

Dodaj komentarz