
W Pałacu Prezydenckim przyjęto delegację Jerzego Zięby, bojownika o wolność organizmu od lekarzy, badań klinicznych i innych przeżytków oświecenia. Przyniósł petycję z ponad dwudziestoma pięcioma tysiącami podpisów przeciwko ustawie zwanej „lex szarlatan”. Spotkanie było podobno wyłącznie kurtuazyjne. W Polsce kurtuazja polega dziś na tym, że człowiek głoszący medyczne objawienia dostaje godzinę w Pałacu, a onkolog — najwyżej termin na przyszły kwartał.
Delegację przyjął doradca prezydenta do spraw ochrony środowiska i rolnictwa. I słusznie. Skoro medycyna ma być naturalna, niech zajmuje się nią rolnictwo. Witamina C rośnie na krzaku, wykałaczka pochodzi z drzewa, a pacjent po terapii może spokojnie przejść do działu nawozów.
Kancelaria zapewnia, że nikogo nie autoryzowała, tylko słuchała. Pałac jest więc obecnie czymś między urzędem petycyjnym a studiem podcastowym: każdy może wejść, powiedzieć, że odkrył lekarstwo na raka w warzywniaku, a urzędnik kiwa głową, bo Konstytucja gwarantuje obywatelowi prawo do wygłoszenia bredni na odpowiednio wypolerowanym parkiecie.
Sama ustawa ma dać Rzecznikowi Praw Pacjenta możliwość natychmiastowego powstrzymywania niebezpiecznych praktyk, publikowania ostrzeżeń oraz nakładania kar sięgających miliona złotych na sprzedawców pseudoterapii. To oczywiście zamach na wolność gospodarczą. Człowiek powinien mieć święte prawo sprzedać choremu wodę, nadzieję i suplement, pod warunkiem że wodę nazwie strukturyzowaną, nadzieję holistyczną, a suplement opakuje w złoty kartonik.
Jerzy Zięba nie ma wykształcenia medycznego, co w jego środowisku jest raczej zaletą. Lekarz wie, czego nie wie. Cudotwórca nie ma podobnych zahamowań i dzięki temu potrafi wyleczyć wszystko: od nowotworu po brak zainteresowania własnym kanałem internetowym. Ministerstwo Zdrowia, Rzecznik Praw Pacjenta i środowisko onkologiczne już wcześniej protestowały przeciwko jego przekazom dotyczącym leczenia raka, uznając je za niebezpieczną dezinformację. Ale wiadomo — onkolodzy są uwikłani w onkologię, podczas gdy inżynier zachowuje świeżość spojrzenia.
Teraz wszystko zależy od dobrodzieja Nawrockiego. Prezydent podobno o spotkaniu nie wiedział, co w Pałacu jest coraz bardziej prawdopodobną formą sprawowania urzędu. Wokół dzieją się ułaskawienia, rady konstytucyjne, wizyty uzdrowicieli i stadionowe cuda, a głowa państwa dowiaduje się o nich zapewne z mediów, podobnie jak właściciel mieszkania odkrywający, że w salonie otwarto gabinet irydologii.
Nie wiem, czy Nawrocki ustawę podpisze. Znając jego zamiłowanie do wet, suwerenności i ludzi, którzy toczą heroiczną walkę z wiedzą, nie zdziwiłbym się, gdyby odesłał ją do Sejmu. Czekam już tylko na uzasadnienie.
Zapewne okaże się, że milionowa kara ogranicza konstytucyjną wolność wciskania kitu, blokowanie stron narusza suwerenność internetu, a publiczny rejestr szarlatanów niesprawiedliwie stygmatyzuje osoby, których terapie nie zostały potwierdzone wyłącznie z powodu uporczywego spisku faktów.
Możliwe też, że prezydent skieruje ustawę do Trybunału Konstytucyjnego, aby Bogdan Święczkowski zbadał zgodność medycyny opartej na dowodach z tradycją narodową. Trybunał ustali wtedy, czy prawda może obowiązywać bez kontrasygnaty oraz czy wykałaczka umieszczona pod nosem jest wyrobem medycznym, narzędziem patriotycznym, czy może elementem społecznego oporu przeciwko kardiologii.
Pałac chętnie słucha cudotwórców, bo najwyraźniej rozpoznaje środowisko pokrewne. Jedni obiecują pokonać chorobę bez lekarza. Drudzy naprawić państwo bez prawa. W obu przypadkach terapia jest kosztowna, wynik niepewny, a odpowiedzialność spada na pacjenta.
Pozostaje czekać na decyzję prezydenta.
Rozum podpowiada podpis. Doświadczenie zaleca jednak mieć pod ręką witaminę C, różaniec i wykałaczkę.

Dodaj komentarz