PAŁAC CHCENIA, CZYLI RZECZPOSPOLITA STOSOWANEGO WIDZIMISIĘ

Warszawa

Wyobraziłem sobie, że budzę się w kraju, w którym wszystkie instytucje państwa działają według jednej, niezwykle prostej zasady. Idę do urzędu po nowy dowód osobisty. Urzędnik spogląda na mnie z życzliwym uśmiechem, poprawia okulary i oznajmia, że dokument oczywiście otrzymam. Kiedy? Wtedy, kiedy będzie miał ochotę go wydać. Nie dlatego, że zabrakło blankietów, system komputerowy odmówił posłuszeństwa albo przepisy są niejasne. Po prostu dlatego, że nadal analizuje sytuację.

Potem wsiadam do samochodu. Po kilku kilometrach zatrzymuje mnie patrol policji. Funkcjonariusz prosi o prawo jazdy. Z pełną powagą odpowiadam, że oczywiście je pokażę, ale dopiero wtedy, kiedy uznam, że nadszedł właściwy moment. Policjant przez chwilę patrzy na mnie z mieszaniną zdziwienia i współczucia, po czym sięga po bloczek mandatowy. Tłumaczę więc, że mandat zapłacę równie chętnie, ale dopiero wtedy, kiedy go do tego zaproszę. Obawiam się jednak, że właśnie w tej chwili państwo przypomniałoby sobie, iż przepisy jednak istnieją, obowiązki są obowiązkami, a termin wykonania czynności nie zależy od humoru obywatela.

Dlatego sprawa profesora Sławomira Patyry, wybranego przez Sejm na sędziego Trybunału Konstytucyjnego, jest znacznie poważniejsza, niż mogłoby się wydawać po pobieżnym przeczytaniu nagłówków. Nie chodzi wyłącznie o jednego człowieka ani o kolejny odcinek niekończącej się telenoweli pod tytułem „wojna o Trybunał”. Chodzi o coś znacznie bardziej niebezpiecznego – o rodzącą się filozofię sprawowania urzędu, w której obowiązek coraz częściej przegrywa z uznaniem, a przepisy z osobistym „chcę”.

Szef Kancelarii Prezydenta, Zbigniew Bogucki, zapytany w Polsat News, kiedy profesor Patyra będzie mógł złożyć ślubowanie przed prezydentem Karolem Nawrockim, odpowiedział z rozbrajającą prostotą: „wtedy, gdy prezydent go zaprosi”. W jednym zdaniu zawarł być może najkrótszy podręcznik nowoczesnego prawa konstytucyjnego. Nie usłyszeliśmy, że nastąpi to po zakończeniu określonej procedury, po stwierdzeniu zgodności z Konstytucją albo w terminie wynikającym z obowiązków głowy państwa. Nie. Nastąpi wtedy, kiedy prezydent uzna to za stosowne.

Przyznam, że jestem pod ogromnym wrażeniem tej nowej szkoły ustrojowej. Przez całe życie sądziłem naiwnie, że urząd prezydenta polega na wykonywaniu kompetencji określonych w Konstytucji, a nie na prowadzeniu konkursu piękności pomiędzy własnymi przekonaniami a obowiązkami. Najwyraźniej żyłem w błędzie. Dzisiaj najważniejszym przepisem ustawy zasadniczej zdaje się niewidzialny artykuł zerowy, który brzmi: „Prezydent uczyni to, co uzna za stosowne, w czasie przez siebie wybranym.”

Problem polega jednak na tym, że profesor Patyra nie jest samotnym rozbitkiem dryfującym po oceanie konstytucyjnych sporów. Jest już piątym sędzią wybranym przez Sejm, który czeka na możliwość złożenia ślubowania. W kwietniu większość parlamentarna wybrała sześciu nowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Dwóch z nich prezydent zaprzysiągł stosunkowo szybko. Czterech pozostałych od miesięcy czeka, ponieważ – jak słyszymy – głowa państwa nieustannie „analizuje sytuację”. Teraz do tego grona dołączył profesor Patyra, wybrany przez Sejm 11 czerwca.

I tu zaczyna się prawdziwy teatr absurdu.

Prezes Trybunału Konstytucyjnego Bogdan Święczkowski konsekwentnie odmawia dopuszczenia tych wybranych przez Sejm sędziów do orzekania. Powód jest prosty: nie złożyli ślubowania przed prezydentem. W efekcie Sejm wykonał swoją konstytucyjną pracę. Sędziowie zostali wybrani. Trybunał twierdzi jednak, że nie mogą orzekać, ponieważ prezydent nie odebrał od nich ślubowania. A prezydent odpowiada, że zastanawia się, czy w ogóle je odebrać.

Gdyby podobny mechanizm zastosować w straży pożarnej, komendant nie wysyłałby wozów do pożaru, ponieważ kierowca nie otrzymał jeszcze zgody na przekręcenie kluczyka, a burmistrz nadal analizowałby, czy ogień rzeczywiście spełnia konstytucyjną definicję pożaru.

Najbardziej zdumiewa jednak uzasadnienie całej tej zwłoki. Z wypowiedzi ministra Boguckiego wynika bowiem, że w przypadku profesora Patyry problemem nie jest sposób jego wyboru przez Sejm. Nie są nim także jakiekolwiek zarzuty dotyczące procedury. Problemem okazuje się fakt, że profesor Patyra przed laty współtworzył opinię prawną przygotowaną dla ministra sprawiedliwości Adama Bodnara. Dotyczyła ona skuteczności przywrócenia do służby czynnej prokuratora Dariusza Barskiego przez Zbigniewa Ziobrę.

Jeżeli rzeczywiście właśnie to stanowi dziś przeszkodę w odebraniu ślubowania, to oznaczałoby rzecz osobliwą. Prezydent przestałby oceniać zgodność procedury z Konstytucją, a zacząłby oceniać poglądy prawne człowieka wybranego przez Sejm. To już nie przypomina wykonywania prerogatyw głowy państwa. To zaczyna przypominać casting do programu telewizyjnego pod tytułem „Mam pogląd”. Jury nie pyta, czy uczestnik spełnia formalne warunki. Pyta raczej, czy kilka lat temu napisał opinię, która odpowiednio się podoba.

Cała sprawa ma jeszcze jeden niezwykle interesujący wymiar. Kilka tygodni temu sam Trybunał Konstytucyjny, pod przewodnictwem Bogdana Święczkowskiego, orzekł, że prezydent ma prawo dysponować „czasem niezbędnym” do wykonania swoich obowiązków związanych z odebraniem ślubowania od sędziów. Brzmi rozsądnie. Tylko że Konstytucja w art. 126 mówi o czuwaniu nad jej przestrzeganiem, a nie o prowadzeniu wielomiesięcznych analiz poglądów prawnych kandydatów.

Zresztą z analizami w Polsce jest pewien problem. Coraz częściej odnoszę wrażenie, że słowo „analizuję” stało się najważniejszym narzędziem naszej polityki. Dawniej polityk podejmował decyzje i ponosił za nie odpowiedzialność. Dzisiaj analizuje. Analizuje tygodniami. Analizuje miesiącami. Analizuje tak długo, aż rzeczywistość przestaje być zainteresowana wynikiem tych analiz. Gdyby Mikołaj Kopernik pracował w podobnym tempie, do dziś zastanawialibyśmy się, czy przypadkiem Słońce nie krąży wokół Ziemi.

Jeszcze bardziej fascynuje mnie odwoływanie się do „woli narodu”. To piękna figura retoryczna, dopóki nie zajrzy się do sondaży. W badaniu United Surveys przeprowadzonym dla Wirtualnej Polski ponad połowa respondentów uznała, że prezydent powinien odebrać ślubowanie od wybranych przez Sejm sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Z kolei inne badania pokazały, że znaczna część społeczeństwa negatywnie ocenia niektóre prezydenckie weta. Okazuje się więc, że wola narodu jest niezwykle kapryśna. Przemawia donośnym głosem tylko wtedy, kiedy zgadza się z decyzją polityka. W pozostałych przypadkach najwyraźniej zapada na nagłą chrypkę.

Demokracja jest zadziwiająco prostym wynalazkiem. Nie polega na tym, że wszyscy mają jednakowe poglądy ani że zawsze się ze sobą zgadzają. Polega na tym, że istnieją reguły, których przestrzegają również ci, którym akurat są one politycznie niewygodne. Kiedy obowiązek zaczyna zależeć od nastroju, sympatii albo osobistej oceny poglądów drugiego człowieka, państwo prawa powoli przestaje przypominać precyzyjny mechanizm. Zaczyna przypominać pilota od telewizora. Raz działa, raz nie działa, a kiedy jest naprawdę potrzebny, ktoś właśnie wyjął z niego baterie.

I chyba właśnie to jest w całej tej historii najbardziej niepokojące. Nie sam profesor Patyra. Nawet nie kolejni sędziowie czekający od miesięcy na możliwość rozpoczęcia pracy. Najbardziej niepokoi myśl, że do języka polskiej polityki coraz śmielej wprowadza się zasadę, według której obowiązek jest tylko propozycją, termin jest sugestią, a Konstytucja staje się dokumentem do interpretowania zgodnie z aktualnym nastrojem.

Zachcianki są doskonałym kryterium wyboru smaku lodów w upalne popołudnie. Znacznie gorszym kryterium sprawowania urzędu Prezydenta Rzeczypospolitej.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights