OSTATNI BOHATEROWIE PLAŻY W JASTRZĘBIEJ GÓRZE

Warszawa

Jest coś niezwykle wzruszającego w polskiej klasie średniej. Człowiek spotyka ją codziennie. W kolejce po kawę, w markecie budowlanym, na stacji benzynowej, na lotnisku w Modlinie i na deptaku w Jastrzębiej Górze. Wszędzie wygląda podobnie. Nosi na twarzy wyraz lekkiego zmęczenia, na barkach kredyt hipoteczny, a w duszy głębokie przekonanie, że oto właśnie on podtrzymuje sklepienie cywilizacji zachodniej. Gdyby nie jego podatki, jego praca i jego poświęcenie, Europa zamieniłaby się w gigantyczny plac zabaw dla nierobów, urzędników i ludzi pobierających jakieś tajemnicze świadczenia, których nazwy zna każdy, ale których wysokości nikt nigdy nie potrafi podać.

Polska klasa średnia przypomina trochę średniowiecznego rycerza, który od trzydziestu lat stoi na murach własnego zamku i wypatruje nieprzyjaciela. Problem polega na tym, że nieprzyjaciel nie nadciąga. Nie ma żadnej armii. Nie ma szturmu. Nie ma oblężenia. Jest tylko sąsiad, który właśnie kupił podobny samochód, koleżanka z pracy lecąca do Grecji i fryzjerka, która wróciła z weekendu w Barcelonie. A jednak poczucie zagrożenia pozostaje żywe i silne, jakby pod Radzyminem właśnie pojawiły się tatarskie hordy.

Przez ostatnie trzydzieści lat wmówiliśmy sobie niezwykle osobliwą rzecz. Uznaliśmy, że niemal wszyscy jesteśmy klasą średnią. Bogatych właściwie nie ma, biednych też nie ma, są jedynie ludzie klasy średniej znajdujący się akurat w przejściowych trudnościach albo ludzie klasy średniej przeżywający wyjątkowo udany okres. To niezwykły kraj, w którym właściciel trzech mieszkań, człowiek spłacający kawalerkę, nauczyciel, przedsiębiorca i kierownik magazynu potrafią siedzieć przy jednym stole i zgodnie uznać, że należą do tej samej warstwy społecznej.

Przypomina to trochę zjazd amatorów żeglarstwa, na którym kapitan jachtu oceanicznego i właściciel dmuchanego materaca zgodnie twierdzą, że reprezentują ten sam sektor gospodarki morskiej.

Najpiękniejsze jest jednak poczucie krzywdy. Ono jest fundamentem tej całej opowieści. Bo polska klasa średnia nie tylko ciężko pracuje. Ona cierpi. Cierpi szlachetnie. Cierpi odpowiedzialnie. Cierpi patriotycznie. Państwo zabiera jej pieniądze. Urzędnicy zabierają jej czas. Inflacja zabiera jej spokój. Sąsiad zabiera jej poczucie wyjątkowości. A najgorsze jest to, że coraz więcej ludzi zaczyna żyć podobnie jak ona.

To właśnie tutaj zaczyna się prawdziwy dramat. Nie wtedy, kiedy ktoś jest bogatszy. Wtedy można jeszcze wzruszyć ramionami. Dramat zaczyna się wtedy, gdy człowiek odkrywa, że ci, których jeszcze niedawno uważał za stojących niżej w społecznej kolejce, nagle pojawiają się obok niego. Na tej samej plaży. W tej samej restauracji. W tym samym hotelu. W tej samej kolejce po kawę za dwadzieścia złotych.

Pamiętam pewien sierpniowy dzień nad Bałtykiem. Plaża była pełna ludzi. Dzieci budowały zamki z piasku, ojcowie nosili parawany wielkości małych mieszkań komunalnych, matki smarowały potomstwo kremami z filtrem tak wysokim, że dzieci wyglądały jak świeżo otynkowane kamienice. W powietrzu unosił się zapach smażonej ryby, olejku do opalania i ambicji społecznych.

I właśnie tam, pomiędzy budką z goframi a lodami włoskimi, rozgrywał się prawdziwy dramat polskiej klasy średniej.

Bo oto człowiek, który jeszcze dziesięć lat temu był przekonany, że wakacje nad morzem są symbolem jego sukcesu, odkrywał ze zgrozą, że inni też przyjechali nad morze. Co więcej, przyjechali tym samym samochodem, mieli podobne okulary przeciwsłoneczne, podobne telefony i podobnie znudzone miny swoich nastoletnich dzieci.

Okazało się nagle, że awans społeczny ma bardzo nieprzyjemną cechę. Jest znacznie mniej satysfakcjonujący, kiedy awansują również inni.

Przez lata klasę średnią karmiło bowiem przekonanie, że jest grupą wyjątkową. To była taka świecka arystokracja transformacji. Ludzie, którzy ciężką pracą doszli do wszystkiego sami. Przynajmniej tak opowiadali o sobie przy grillu. W tych opowieściach nigdy nie występował wujek pomagający załatwić pierwszą pracę, rodzice kupujący mieszkanie ani dziadek zostawiający działkę. Bohater zawsze był samotnym zdobywcą szczytu, który z gołymi rękami wspinał się po pionowej ścianie kapitalizmu.

Polak uwielbia takie historie. Są one dla niego tym, czym dla średniowiecznego rycerza był herb rodowy. Człowiek może mieć konto świecące pustką pod koniec miesiąca, ale jeśli wierzy, że wszystko zawdzięcza wyłącznie sobie, natychmiast rośnie kilka centymetrów.

Problem pojawia się wtedy, gdy równie dumnie zaczynają chodzić inni. Nagle okazuje się, że córka hydraulika studiuje za granicą. Syn kasjerki pracuje w branży nowych technologii. Dzieci ludzi ze wsi ubierają się podobnie jak dzieci ludzi z dużych miast. W restauracjach siedzą osoby, które jeszcze niedawno miały tam jedynie podawać menu. W hotelach pojawiają się ci, których wcześniej można było spotkać wyłącznie po drugiej stronie recepcji.

I wtedy zaczyna się panika. Nie ekonomiczna. Egzystencjalna. Bo jeśli wszyscy mogą żyć podobnie, to co właściwie czyni mnie wyjątkowym? To pytanie jest znacznie bardziej niebezpieczne niż inflacja.

W tym miejscu pojawia się jeszcze jedna postać tej narodowej komedii. Jest nią człowiek naprawdę bogaty. To stworzenie niezwykle sprytne. W Polsce bogaty bardzo rzadko przedstawia się jako bogaty. On zawsze jest zwykłym człowiekiem. Tak się składa, że mieszka w domu większym od przedszkola, jeździ samochodem droższym od mieszkania i spędza wakacje w miejscach, których nazw większość obywateli nie potrafi wymówić, ale nadal uważa się za zwykłego przedstawiciela klasy średniej.

To jest być może największy sukces polskiego kapitalizmu. Milioner przekonał nauczyciela, urzędnika i właściciela kiosku, że wszyscy należą do tej samej drużyny. Przypomina to trochę sytuację, w której właściciel kasyna siada do stolika z klientami i tłumaczy im, że przecież wszyscy są tutaj zwykłymi miłośnikami hazardu.

I właśnie dlatego rozmowy o klasie średniej są tak zabawne. Nigdy nie dotyczą pieniędzy. Dotyczą godności. Dotyczą prestiżu. Dotyczą pozycji. Dotyczą tego niezwykle ludzkiego pragnienia, aby być odrobinę wyżej od innych.

Człowiek może wybaczyć sąsiadowi nowy telewizor. Może wybaczyć nowy samochód. Może nawet wybaczyć nową kuchnię, ale bardzo trudno wybacza mu podobny sukces.

Patrzę czasem na te nasze społeczne lęki i mam wrażenie, że Polska przypomina ogromny blok mieszkalny, w którym wszyscy wyglądają przez wizjer. Nikt nie patrzy w górę. Nikt nie patrzy na tych naprawdę bogatych. Wszyscy obserwują sąsiada z naprzeciwka i próbują ustalić, czy przypadkiem nie żyje odrobinę lepiej.

A przecież cała ta historia ma niezwykle prostą puentę. Ludzie od zawsze marzyli o lepszym życiu. Przez całe stulecia chcieli mieszkać wygodniej, jeść lepiej, podróżować dalej i zapewnić dzieciom więcej niż sami dostali od swoich rodziców. I kiedy wreszcie dużej części społeczeństwa zaczęło się to udawać, wielu uznało to za katastrofę.

Okazało się, że największym koszmarem oblężonej klasy średniej nie jest bieda. Największym koszmarem jest świat, w którym inni również przestają być biedni. Dlatego każdego lata, na plażach od Helu po Świnoujście, rozgrywa się ten sam cichy dramat. Morze szumi. Dzieci budują zamki z piasku. Sprzedawca nawołuje do kupowania kukurydzy. Słońce zachodzi nad Bałtykiem, a gdzieś pomiędzy parawanami siedzi przedstawiciel klasy średniej i z niepokojem odkrywa, że cały kraj najwyraźniej postanowił dołączyć do klasy średniej razem z nim.

I właśnie wtedy wyjątkowość okazuje się znacznie tańsza, niż się wydawało.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights