
Poniedziałek był spokojny, ale polska polityka nie lubi próżni. Kiedy nic się nie dzieje, natychmiast zmienia godło, zakłada partię albo wysyła rachunek zakonnikowi.
Było nudnie. Żaden minister nie został wyniesiony z gabinetu, żaden poseł nie zgasił gaśnicą przeciwnika, a Donald Trump przez kilka godzin nie zmienił zdania w sprawie wojny. Redakcje musiały więc sięgnąć po środki nadzwyczajne: sondaż, godło państwowe i ojca Rydzyka.
Najpierw okazało się, że Mateusz Morawiecki wchodzi do Sejmu, choć wybory jeszcze się nie odbyły, a jego partia nadal przypomina namiot rozstawiony po grillu. Koalicja Obywatelska prowadzi z wynikiem 27,5 procent, PiS ma 16,9 procent, a Konfederacja siedzi mu na zderzaku, tracąc zaledwie 2,5 punktu. Rozwój Plus przekracza próg, czyli nowo narodzone dziecko już wyciąga rękę po gabinet.
Morawiecki na razie nie zdobywa nowych ziem. Wyrywa stare deski z podłogi PiS i buduje z nich własną altankę.
Jarosław Kaczyński patrzy, jak były premier odpływa z posłami, i zapewne zastanawia się, czy to zdrada, secesja, rokosz, czy może kolejny etap wzmacniania jedności partii. W PiS rozłam jest zawsze dowodem spoistości. Odejście czterdziestu ludzi potwierdza jedynie, że pozostali stoją jeszcze bliżej prezesa, bo zrobiło się luźniej.
Czy na prawicy jest miejsce na normalność. Pytanie śmiałe. Równie dobrze można zapytać, czy w akwarium piranii znajdzie się kącik wegetariański.
Na grillu Morawieckiego podobno rozmawiano merytorycznie, pokazywano raporty i nie wyzywano przeciwników od zdrajców. Brzmi to tak egzotycznie, że uczestnicy powinni otrzymać zaświadczenia o odbyciu safari.
Morawiecki przedstawia się jako polityk umiarkowany, co na obecnej prawicy nie jest specjalnie trudne. Wystarczy nie śpiewać hymnu z pochodnią w zębach, nie podejrzewać ekspresu do kawy o marksizm i nie domagać się delegalizacji wtorku.
Na tle Czarnka były premier wygląda jak profesor filozofii po pięciu latach terapii. Na tle Brauna — jak przedstawiciel Czerwonego Krzyża. Na tle Kaczyńskiego — jak młody człowiek z programu Erasmus.
I właśnie wtedy, gdy Morawiecki dostał sondażowych skrzydeł, pojawiła się wiadomość, że może dostać także własnego orła.
Ministerstwo Kultury rozważa, by oficjalnym godłem Polski został wzór używany przez administrację rządową od 2022 roku, wprowadzony rozporządzeniem gabinetu Morawieckiego. Ptak różni się od dotychczasowego między innymi złotymi nogami, innym układem piór, dzioba, oka i korony. Polska może więc otrzymać pierwsze godło posiadające polityczny rodowód i perspektywę startu w wyborach.
Orzeł Morawieckiego ma złote nogi, symetryczne skrzydła i nowoczesną identyfikację wizualną. Brakuje mu jedynie okularów, niebieskiego garnituru i slajdu pokazującego, że do 2030 roku każde polskie jajko będzie elektryczne.
Praktyczny argument ministerstwa jest uroczy: rząd już tego wzoru używa, więc taniej będzie uznać go za oficjalny. To państwowa wersja remontu mieszkania:
— Tapeta jest krzywo położona.
— W takim razie przekrzywimy ścianę.
Heraldycy protestują, że godła nie powinno się robić z urzędowego logo, ale polskie państwo kieruje się zdrową zasadą: jeśli prowizorka trwa dostatecznie długo, staje się dziedzictwem narodowym.
Morawiecki może zatem stracić PiS, ale zyskać ptaka. Kaczyńskiemu zostanie kot. Równowaga przyrody zostanie zachowana.
Karol Nawrocki także miał poniedziałek obfitujący w odpowiedzialność. Jeden na trzech ankietowanych uważa, że prezydent będzie współodpowiedzialny za drogie paliwo po skierowaniu do Trybunału Konstytucyjnego ustawy o podatku od nadzwyczajnych zysków koncernów paliwowych. Nawrocki argumentuje, że podatek mógłby zostać przerzucony na kierowców; Donald Tusk radzi, by pamiętać o prezydencie przy dystrybutorze.
Tankowanie w Polsce staje się więc nową formą demokracji bezpośredniej.
Wyborca wkłada pistolet do baku, patrzy na obracające się cyfry i zastanawia się, którego organu konstytucyjnego najbardziej nienawidzi. Za sto złotych można dziś kupić paliwo, kawę i pięć minut poczucia, że samochód ruszy.
Wkrótce na stacjach powinny pojawić się trzy dystrybutory: benzyna rządowa, diesel prezydencki, gaz skierowany do Trybunału. Ten ostatni nie będzie płynął, ale procedura pozostanie w toku.
Poniedziałek przyniósł również rachunek ojcu Tadeuszowi Rydzykowi. Ministerstwo Kultury domaga się od fundacji Lux Veritatis zwrotu 210 milionów złotych związanych z finansowaniem muzeum w Toruniu. Pozew złożono jeszcze w ubiegłym roku, ale sąd nie wyznaczył pierwszej rozprawy, a fundacja zachowuje spokój i nie wykazała roszczenia w sprawozdaniu finansowym.
Dwieście dziesięć milionów to dla zwykłego człowieka kwota astronomiczna. Dla ojca Rydzyka — nieporozumienie księgowe między dwoma programami.
Ministerstwo żąda pieniędzy, sąd milczy, prokuratura bada, fundacja czeka, a ojciec dyrektor liczy na zmianę władzy. Jest to katolicka wersja bankowości: nie oddawać, lecz wierzyć.
Sprawa może ciągnąć się latami. Odsetki będą rosły, kolejne gabinety się zmienią, a muzeum z czasem stanie się zabytkiem sporu o budowę muzeum. Rydzyk wie, że polski wymiar sprawiedliwości jest jak pielgrzymka piesza. Cel istnieje, uczestnicy są szczerzy, lecz nikt rozsądny nie pyta, o której godzinie dotrą.
W gospodarce też pojawił się sukces. Wskaźnik PMI dla polskiego przemysłu wzrósł w lipcu do 49 punktów. To wynik lepszy od prognoz i znacznie wyższy niż czerwcowe 46,1, nadal jednak poniżej granicy 50 punktów, od której zaczyna się poprawa.
Polski przemysł jest więc jak uczeń, który dostał 49 procent punktów i wraca do domu z wiadomością: — Mamo, prawie zdałem najlepiej od lat.
Ekonomiści mówią o wyraźnym odbiciu. Odbicie jest rzeczywiście widoczne, choć piłka nadal leży po złej stronie siatki. Zamówienia nadal spadają, produkcja jeszcze się kurczy, ale wolniej. To bardzo polski rodzaj optymizmu: pacjent nadal ma gorączkę, lecz termometr pękł dopiero przy 39, a nie przy 40 stopniach.
W Rosji optymizm ma jeszcze bardziej zaawansowaną formę. Ukraińskie drony uszkodziły wielkie rafinerie, a Rosjanie mają problemy z ich naprawą. Zniszczenia i znikome postępy remontów są widoczne na zdjęciach satelitarnych nawet po wielu tygodniach.
Rosja pozostaje zatem krajem, w którym prawdy nie można powiedzieć Putinowi, ale można ją obejrzeć z kosmosu.
Generał melduje: — Wszystko zgodnie z planem.
Satelita odpowiada: — Plan ma krater i nie produkuje benzyny.
Na szczęście Boris Nadieżdin, niedoszły kandydat przeciw Putinowi, wydostał się z Rosji mimo wcześniejszego zakazu wyjazdu. Z Paryża poinformował: „Żyję i jestem na wolności”.
W demokratycznym kraju taki komunikat nie wystarczyłby na konferencję prasową. W Rosji jest kompletnym programem politycznym.
Poniedziałek zakończył Elon Musk, który przewidział, że pieniądze stracą znaczenie, a Wielka Brytania może w ciągu dwudziestu lat pogrążyć się w wojnie domowej.
Muskowi łatwo mówić, że pieniądze przestaną mieć znaczenie. Dla niego straciły je mniej więcej przy drugim miliardzie.
Zwykły człowiek nadal odczuwa metafizyczną moc pieniądza przy kasie w Biedronce.
Miliarder przewiduje wojnę domową, sztuczną inteligencję, koniec pracy i powszechny dobrobyt. Nie potrafi jedynie przewidzieć, co napisze jutro o trzeciej nad ranem.
Tak minął poniedziałek.
Morawiecki dostał miejsce w Sejmie i szansę na własne godło. PiS dostał czerwoną flagę. Nawrocki dostał dystrybutor. Rydzyk — rachunek. Przemysł — 49 punktów na 50 potrzebnych do radości. Putin — rafinerie, których nie da się naprawić ani przyznać, że są zepsute. Nadieżdin — Paryż i dowód życia. Musk — kolejną przyszłość do przepowiedzenia.
Nudy właściwie nie było. Po prostu wydarzenia były tak absurdalne, że sprawiały wrażenie codzienności.

Dodaj komentarz