OPERACJA „ROZPAD W JEDNOŚCI”, CZYLI PRAWICA W STANIE SKUPIENIA PŁYNNO-PARTYJNEGO

Warszawa

Polska prawica przypomina dziś rodzinę na weselu, która od trzech godzin wrzeszczy na siebie o spadek po dziadku, ale kiedy kelner wnosi rosół, wszyscy nagle siadają razem do stołu i mówią: „Najważniejsze, że jesteśmy rodziną”.

Tak właśnie wygląda obecnie PiS, Konfederacja i cała ta narodowo-konserwatywna galaktyka wzajemnej miłości, zdrady, podejrzeń, ambicji i politycznej psychozy. Formalnie wszyscy są razem. Nieformalnie każdy już przymierza garnitur do politycznego pogrzebu tych drugich.

Jarosław Kaczyński od trzydziestu lat robi dokładnie to samo: jednoczy prawicę poprzez nieustanne jej rozbijanie. To trochę jak strażak, który najpierw podpala stodołę, a potem bohatersko przyjeżdża ją gasić i jeszcze wystawia fakturę za ratunek.

I trzeba uczciwie przyznać — w tej dyscyplinie prezes osiągnął poziom arcymistrzowski. Gdyby polityczne rozłamy były konkurencją olimpijską, Kaczyński miałby więcej złotych medali niż Michael Phelps. Człowiek przeżył tyle secesji, buntów, zdrad i rozstań, że powinien być objęty ochroną konserwatora zabytków.

Porozumienie Centrum. AWS. Przymierze dla Polski. Polska Jest Najważniejsza. Solidarna Polska. Polska Razem. Republikanie. To już nawet nie wygląda jak historia partii politycznych. To bardziej przypomina ewolucję disco polo w latach 90., gdzie co tydzień powstawał nowy zespół złożony z byłych członków poprzedniego zespołu.

A jednak finał zawsze był podobny.

Najpierw wielki bunt. Potem konferencja prasowa. Potem hasło o „nowej jakości”. Potem trzy procent w sondażach. Potem smutny powrót do Kaczyńskiego albo polityczny recykling w telewizji.

Kaczyński przypomina politycznego ojca chrzestnego, od którego wszyscy próbują odejść, ale po kilku miesiącach wracają po kieszonkowe. I oto teraz mamy kolejny sezon tego serialu.

Mateusz Morawiecki podobno buduje struktury. Zbiera ludzi. Rozmawia z Amerykanami. Tworzy zaplecze. Czyli klasyczny etap politycznej dojrzewalni pod tytułem: „Tym razem naprawdę mi się uda”. Problem polega na tym, że Morawiecki nadal wygląda jak człowiek, który bardziej pasowałby na prezesa banku rozdającego kredyty hipoteczne niż na rewolucjonistę prawicy.

Kiedy Kaczyński mówi o walce o Polskę, człowiek słyszy politycznego kombatanta III RP. Kiedy Morawiecki mówi o walce o Polskę, brzmi to jak prezentacja PowerPoint zatytułowana „Synergia patriotyzmu z innowacją fiskalną”.

To jest fundamentalny problem wszystkich potencjalnych następców prezesa. Oni chcą odziedziczyć PiS, ale PiS nie jest normalną partią. To jest polityczny stan umysłu. PiS funkcjonuje jak monarchia absolutna połączona z parafią i korporacją rodzinną. Tam nie chodzi o program. Chodzi o centrum grawitacji. A centrum grawitacji od lat jest jedno. Kaczyński. Człowiek, który przeżył wszystkich. Tuska. Gowina. Ziobrę. Leppera. Giertycha. Palikota. Petru. Kurskiego. I zapewne przeżyje jeszcze połowę własnego zaplecza. To trochę przerażające, ale też imponujące w sposób biologicznie niewytłumaczalny.

Jeszcze zabawniej wygląda sytuacja w Konfederacji. Tam trwa właśnie klasyczny konflikt dwóch panów, którzy oficjalnie są przyjaciółmi, a nieoficjalnie już przymierzają się do  gabinetów ministerialnych. Mentzen i Bosak przypominają duet właścicieli modnej restauracji, którzy jeszcze wspólnie podają menu, ale już po cichu sprawdzają, który przejmie lokal po rozwodzie.

Bosak chce władzy. Prawdziwej. Ministerialnej. Gabinetowej. Z limuzyną. Z generałami. Z mapami wojskowymi. On już mentalnie chodzi po MON-ie i mówi: — Panie generale, proszę przygotować briefing.

Mentzen natomiast chce być mądrzejszy. Chce dojść do władzy dopiero wtedy, kiedy będzie mógł udawać, że to nie kompromis, tylko „realizacja strategicznej wizji wolnościowej transformacji państwa”.

Czyli tłumacząc z języka politycznego na polski: Bosak chce rządzić teraz. Mentzen chce rządzić wygodniej. I właśnie dlatego Konfederacja zaczyna przypominać małżeństwo influencerów, którzy jeszcze wrzucają wspólne zdjęcia z wakacji, ale każdy już konsultuje z prawnikiem podział followersów.

Cała polska prawica od trzydziestu lat opowiada dokładnie tę samą historię. „Musimy się zjednoczyć”. A potem przez następne pięć lat wszyscy tłumaczą, dlaczego jednak muszą się rozstać. Polityczna wersja programu „Rolnik szuka żony”. Tylko więcej garniturów i mniej szczerości.

Mimo tych wszystkich rozłamów, buntów i wojen, prawicowy elektorat nadal trwa. To trochę jak kibice bardzo złego serialu, którzy od piętnastu sezonów narzekają, że scenariusz jest fatalny, bohaterowie absurdalni, dialogi idiotyczne, ale w każdy poniedziałek i tak siadają przed telewizorem, bo polska prawica nie funkcjonuje dziś jako normalna oferta polityczna. To jest bardziej emocjonalna wspólnota permanentnego oblężenia. Tam każdy konflikt przedstawiany jest jako walka o duszę narodu. Każda zdrada jako historyczny dramat. Każde odejście jako zamach. Każdy transfer polityczny jako zdrada Westerplatte.

W normalnym kraju polityk zmienia partię i ludzie wzruszają ramionami. W Polsce wygląda to jak rozwód królewskiej rodziny transmitowany przez wszystkie stacje, i może właśnie dlatego Jarosław Kaczyński nadal wygrywa. Wszyscy jego potencjalni następcy próbują być nowocześni, pragmatyczni, profesjonalni i „europejscy”, podczas gdy on jeden rozumie coś bardzo prostego: Polityka to nie Excel. Polityka to emocje. A emocje w Polsce od lat sprzedają się lepiej niż kompetencje.

Dlatego PiS prawdopodobnie będzie się rozpadać jeszcze bardzo długo. Powstaną nowe frakcje. Nowe bunty. Nowe stowarzyszenia. Nowe „konserwatywne otwarcia”. Nowe „prawdziwe prawice”. I prawdopodobnie za kilka lat wszyscy ci ludzie znowu spotkają się przy jednym stole, opowiadając, że najważniejsza jest jedność obozu patriotycznego.

A Jarosław Kaczyński spojrzy na nich zmęczonym wzrokiem człowieka, który od czterdziestu lat ogląda ten sam serial i zna już wszystkie odcinki na pamięć.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights