
Piątek był tak upalny, że nawet polska prawica zaczęła się rozmnażać przez podział. Mateusz Morawiecki rozpalił w Warszawie grill, na którym zamiast kiełbasy pieczono resztki jedności Prawa i Sprawiedliwości. Impreza nazywała się „Rozwój Plus + Wy”, co brzmi jak oferta operatora komórkowego: po odejściu z PiS czterdzieści darmowych mandatów, nielimitowane ambicje i rozmowy z prezesem wyłącznie poza siecią.
Morawiecki wystąpił przed zgromadzonymi jako Odyseusz polskiej centroprawicy. Mówił o wyprawie w nieznane, sztormach, rafach, syrenim śpiewie i ostrzale ze strony wrogów zewnętrznych oraz wewnętrznych. Zapowiedziano ponad dwadzieścia debat z udziałem przeszło pięćdziesięciu prelegentów, czyli mniej więcej tylu ludzi, ilu potrzeba, aby wspólnie ustalić, że Mateusz Morawiecki powinien ponownie zostać premierem.
Odyseusz przez dziesięć lat próbował wrócić do domu. Morawiecki wyszedł z PiS w czwartek, a już w piątek zdążył założyć Itakę, zbudować flotę i opowiedzieć, że Jarosław Kaczyński jest zapewne cyklopem, którego należy oślepić prezentacją o demografii.
Z Odyseuszem łączy byłego premiera jeszcze jedno: obaj są mistrzami opowieści. Odyseusz wmówił Trojanom, że wielki drewniany koń jest prezentem. Morawiecki przez lata przekonywał Polaków, że Polski Ład jest reformą podatkową, milion samochodów elektrycznych zaraz wyjedzie z fabryk, a w każdym powiecie powstanie dobrobyt, jak tylko skończy się następny slajd.
Na grillu panowała podobno ulga jak po zakończeniu toksycznego związku. Nie znam szczegółów menu, ale wyobrażam sobie, że serwowano karkówkę po pisowsku: najpierw długo marynowaną w lojalności, a potem nagle przewróconą na drugą stronę. Do tego musztarda rozwojowa, sos umiarkowany i ogórek konserwatywny, który od ośmiu lat zapewnia, że właściwie jest świeży.
Morawiecki wykonał wobec Kaczyńskiego szach i mat. W polskiej polityce z szach-matem należy jednak uważać. Tutaj zbity król po kilku dniach wraca na planszę, wyrzuca sędziego, zmienia regulamin i ogłasza, że od początku grał w warcaby.
Sam Morawiecki przypomniał, że jego „misja naprawy Rzeczypospolitej” została przerwana. Jest to zdanie cudownie bezwstydne. Chirurg, który przez osiem lat operował pacjenta siekierą, odszedł właśnie z sali i oznajmił rodzinie, że niestety nie pozwolono mu dokończyć subtelnego zabiegu.
Kaczyński na grill nie przyszedł. Po pierwsze, nie został zaproszony. Po drugie, na własnym pogrzebie politycznym człowiek powinien pojawić się dopiero wtedy, gdy ma pewność, że trumna jest przeznaczona dla kogoś innego.
Podczas gdy w Warszawie Morawiecki płynął ku Itace na jednorazowym talerzyku, w hiszpańskiej Ceucie wydarzyła się tragedia prawdziwa.
Do osiemdziesięciopięciotysięcznego miasta przedostało się w ciągu kilkudziesięciu godzin od pięćdziesięciu do sześćdziesięciu tysięcy migrantów. Co najmniej trzydzieści cztery osoby zginęły. Hiszpania wysłała trzy tysiące żołnierzy, a dziesiątki tysięcy ludzi zaczęły wracać do Maroka.
I tutaj kończy się żart.
Bo politycy europejscy natychmiast zaczęli robić to, co potrafią najlepiej: przesuwać odpowiedzialność przez granicę szybciej niż ludzi. Pedro Sánchez oskarżył przemytnicze mafie. Prawica oskarżyła Sáncheza. Francuzi wzmocnili kontrole. Włosi zaczęli straszyć Schengen. Donald Trump pokazał zdjęcia z Ceuty jako reklamę własnej polityki. Każdy dostał coś dla siebie: rząd kryzys, opozycja argument, skrajna prawica paliwo, a zmarli krótką informację na dole ekranu.
Europa od lat prowadzi politykę migracyjną podobną do administracji kamienicy, w której od dawna czuć gaz. Jedni domagają się otwarcia wszystkich okien, drudzy zaspawania drzwi, trzeci organizują panel o wentylacji. Potem następuje wybuch i wszyscy są zaskoczeni, że debata nie pełniła funkcji gaśnicy.
Piątek miał zresztą wyjątkową słabość do ludzi zaskoczonych skutkami własnych działań.
Dowiedzieliśmy się, że Andrzej Duda w 2016 roku ułaskawił trzech uczestników wtargnięcia do siedziby Państwowej Komisji Wyborczej po wyborach samorządowych w 2014 roku. Wśród nich był Rafał Mossakowski, współpracownik Grzegorza Brauna. Duda wcześniej publicznie krytykował zajęcie PKW i chwalił interwencję policji. Potem najwyraźniej odkrył, że potępienie czynu i ułaskawienie sprawców doskonale się uzupełniają, zwłaszcza kiedy pomiędzy nimi odbędą się wybory prezydenckie.
Andrzej Duda był prezydentem niezwykle konsekwentnym. Najpierw mówił jedno, potem robił drugie, a na koniec podpisywał trzecie. Jego kręgosłup polityczny przypominał antenę samochodową: zginał się bez trudu, ale zawsze wracał w stronę Nowogrodzkiej.
Akt łaski był dotąd nieznany. Duda pozostawił więc po sobie polityczne jajo z niespodzianką. Człowiek myślał, że po zakończeniu jego kadencji odkryto już wszystkie prezenty dla obozu narodowo-prawicowego, a tu wciąż coś szeleści pod wykładziną.
Bogdan Święczkowski natomiast skierował prywatny akt oskarżenia przeciwko Janowi Grabcowi, który nazwał go przestępcą w związku z niedopuszczeniem do orzekania prawidłowo wybranych sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Święczkowski domaga się również, by Grabiec dobrowolnie zrzekł się immunitetu.
To piękna historia o wrażliwości człowieka, który przez lata pracował w aparacie Zbigniewa Ziobry, a dziś odkrył, że słowa mogą ranić. Były prokurator krajowy, obecnie prezes Trybunału, domaga się ochrony dobrego imienia z delikatnością fiołka rosnącego na pancerzu transportera.
Trybunał Święczkowskiego nie dopuszcza nowych sędziów do pracy, ale bardzo chętnie dopuszcza prezesa do sądu karnego przeciwko ministrowi. W polskim wymiarze sprawiedliwości drzwi są bowiem otwarte albo zamknięte zależnie od tego, po której stronie stoi człowiek z nominacją od PiS.
Rosjanie też zadbali, aby piątek nie stał się zbyt zabawny. Na Lubelszczyźnie spadła rosyjska rakieta manewrująca Ch-101, wyprodukowana — jak ustalono — w drugim kwartale tego roku. Ambasador Rosji otrzymał notę protestacyjną, a polskie MSZ zażądało zaprzestania działań zagrażających życiu obywateli.
Rosja zapewne odpowie, że rakieta była turystką, zgubiła drogę i spontanicznie wylądowała na polu. Ambasada wyrazi oburzenie polską rusofobią, po czym Moskwa wyprodukuje następną rakietę, tym razem z dokładniejszą mapą.
Na tle rakiet, migrantów i rozpadu PiS wiadomość o inflacji na poziomie trzech procent zabrzmiała niemal uspokajająco. Ceny przyspieszyły z dwóch i pół procent w czerwcu, głównie po zakończeniu ulg na paliwa; same paliwa podrożały w lipcu o blisko czternaście procent w stosunku do czerwca.
Rząd może więc powiedzieć, że inflacja mieści się w celu. Kierowca może odpowiedzieć, że jego portfel mieści się już tylko w kieszeni, bo zawartość została na stacji.
Na szczęście stacje Circle K kupują Żabkę. Kanadyjska grupa Alimentation Couche-Tard zaoferowała trzydzieści dwa złote za akcję, wyceniając sieć na ponad trzydzieści dwa miliardy złotych. Marka ma pozostać, zarząd również, a Żabka ma nadal działać niezależnie — czyli mniej więcej tak, jak Polska w relacjach z wielkim kapitałem: suwerennie, ale pod nowym właścicielem.
Połączenie Circle K i Żabki ma sens cywilizacyjny. Niedługo człowiek zatankuje drogie paliwo, kupi hot doga, odbierze paczkę, opłaci rachunki, nada przesyłkę i zaciągnie kredyt, aby zapłacić za paliwo. Całe życie Polaka zmieści się między dystrybutorem a półką z małpkami.
Tak minął piątek.
Morawiecki wyruszył w podróż jak Odyseusz, choć na razie odpłynął głównie od Kaczyńskiego. Duda ułaskawił tych, których wcześniej potępiał. Święczkowski postanowił sądownie bronić dobrego imienia Trybunału, który nie dopuszcza sędziów. Rosja wysłała nam rakietę, a my odesłaliśmy notę. Kanada kupiła Żabkę. Inflacja wróciła do trzech procent. Europa zamknęła granice dopiero po tym, jak granice przestały istnieć.
Wszystko działa. Tylko niekoniecznie tak, jak powinno.
Kiedy świat wali się jak domek z kart, polski polityk robi to, co umie najlepiej. Rozstawia grill i przedstawia program demograficzny.

Dodaj komentarz