
Historia rzadko wpada do gabinetów polityków z hukiem. Najczęściej wchodzi cicho, w eleganckich butach i z teczką pełną symboli. Najpierw jest pomnik. Potem nazwa ulicy. Następnie tablica pamiątkowa. Później patron jednostki wojskowej. Na końcu ktoś odbiera komuś order. I właśnie wtedy wszyscy odkrywają, że od wielu tygodni siedzą na beczce prochu, przekonani, że to tylko dekoracja.
W relacjach polsko-ukraińskich właśnie przekroczyliśmy moment, w którym symbole przestały być symbolami. Zaczęły wywoływać realne skutki polityczne.
Najpierw prezydent Wołodymyr Zełenski nadał jednej z jednostek Sił Operacji Specjalnych Ukrainy honorowe imię „Bohaterów UPA”. W Polsce wywołało to zrozumiałe oburzenie. Dla ogromnej części Ukraińców UPA pozostaje symbolem walki o niepodległość przeciwko Sowietom. Dla Polaków ta sama nazwa nieodłącznie wiąże się z rzezią wołyńską, masowymi mordami na ludności cywilnej oraz działalnością organizacji odpowiedzialnej za jedną z największych tragedii w historii stosunków polsko-ukraińskich.
To nie jest zwykły spór o podręcznik historii. To zderzenie dwóch pamięci narodowych, które od kilkudziesięciu lat próbują nauczyć się żyć obok siebie, ale co jakiś czas ktoś z uporem otwiera stare rany i z satysfakcją sprawdza, czy nadal bolą.
Potem nastąpił kolejny krok. Prezydent Zełenski przedstawił projekt ustawy dotyczącej utworzenia ukraińskiego Panteonu Narodowego. W zamyśle ma on uporządkować państwowy system upamiętniania osób uznawanych przez Ukrainę za bohaterów narodowych. Sama idea stworzenia narodowego panteonu nie jest niczym niezwykłym. Problem polega na tym, że od wielu lat w Ukrainie trwa spór o to, kto do takiego panteonu powinien trafić. W Polsce obawy budzi możliwość dalszej państwowej gloryfikacji postaci związanych z Organizacją Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińską Powstańczą Armią.
Kijów odpowiada, że nikt nie będzie Ukrainie dyktował, jak ma prowadzić własną politykę pamięci. I formalnie ma rację. Suwerenne państwo samo decyduje o swoich bohaterach. Tyle że polityka historyczna przestaje być wyłącznie sprawą wewnętrzną wtedy, gdy dotyczy ludzi odpowiedzialnych za zbrodnie na obywatelach sąsiedniego państwa. To już nie jest wyłącznie kwestia pamięci. To staje się problemem europejskim.
Wyobraźmy sobie przez chwilę, że któreś z państw Unii Europejskiej postanawia nadać brygadzie pancernej imię dowódcy współpracującego z III Rzeszą. Europa zareagowałaby natychmiast. Nie dlatego, że chciałaby komuś pisać podręczniki historii, lecz dlatego, że istnieją symbole, których demokratyczna Europa zwyczajnie nie akceptuje.
Polska zareagowała ostro. Prezydent Karol Nawrocki zdecydował o odebraniu Wołodymyrowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego, najwyższego polskiego odznaczenia państwowego, przyznanego wcześniej przez Andrzeja Dudę. Gest był spektakularny. Problem ze spektakularnymi gestami polega jednak na tym, że niemal zawsze wywołują równie spektakularną odpowiedź. Ukraińscy przedstawiciele zaczęli odsyłać polskie odznaczenia, atmosfera gwałtownie się pogorszyła, a media po obu stronach granicy rozpoczęły konkurs na to, kto mocniej obrazi sąsiada.
Jakby tego było mało, do historycznego sporu zaczęły dochodzić sprawy bezpieczeństwa. Minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz poinformował, że Polska nie przekaże Ukrainie kolejnych myśliwców MiG-29. Powodem miało być fiasko rozmów dotyczących wymiany: Polska oczekiwała szerszej współpracy w zakresie ukraińskich technologii dronowych, które dziś należą do najbardziej zaawansowanych na świecie. Według strony polskiej uzgodnienia nie zostały zrealizowane, więc projekt przekazania samolotów został wstrzymany.
I nagle okazuje się, że od sporu o pamięć historyczną bardzo łatwo przejść do rozmów o uzbrojeniu, technologiach wojskowych i strategicznym zaufaniu. W polityce wszystko jest połączone cienkimi nitkami. Kto pociągnie jedną, często nie zauważa, że poruszył całą konstrukcję.
Najbardziej zdumiewa mnie jednak coś innego. Mam wrażenie, że wszyscy uczestnicy tego sporu są przekonani, iż wygrywają kolejne rundy. Tymczasem z boku wygląda to trochę jak dwóch alpinistów, którzy wspinają się po tej samej ścianie, jednocześnie odcinając sobie nawzajem liny. Satysfakcja może być ogromna. Do chwili, gdy grawitacja przypomni o swoim istnieniu.
Polska ma pełne prawo stanowczo przypominać o Wołyniu, domagać się ekshumacji, godnego pochówku ofiar i uczciwego nazwania zbrodni. Byłoby wręcz dziwne, gdyby z tego zrezygnowała. Ukraina ma prawo budować własną tożsamość narodową, ale trudno oczekiwać, że wybór postaci budzących tak głębokie kontrowersje pozostanie bez wpływu na relacje z najbliższym sąsiadem.
Twardość nie polega jednak na tym, by codziennie wymyślać nowy gest. Twardość polega na cierpliwości. Na budowaniu sojuszy. Na przekonywaniu partnerów. Na sprawieniu, by argumenty pracowały dłużej niż nagłówki.
Rosja nie potrzebuje dziś nowych pomysłów na skłócenie Polski i Ukrainy. Wystarczy jej cierpliwość. Każdy kolejny tydzień wzajemnych symbolicznych policzków jest dla Kremla politycznym prezentem zapakowanym przez samych zainteresowanych. Moskwa od dawna wie, że najtańszą metodą osłabiania przeciwników jest pozwolenie im, by sami zajęli się sobą.
Dlatego największym błędem byłoby uwierzyć, że cała sprawa dotyczy jedynie orderów, bo historia ma niezwykły talent do eskalacji. Najpierw odbiera się odznaczenie. Potem zaufanie. Następnie możliwość spokojnej rozmowy, a kiedy wszyscy wreszcie orientują się, że zabrnęli za daleko, okazuje się, że największą ofiarą całego sporu nie jest ani order, ani pomnik, ani nawet polityczna duma.
Największą ofiarą jest rozsądek. A jego, w przeciwieństwie do orderów, nie da się przypiąć z powrotem jednym podpisem.

Dodaj komentarz