O TYM, JAK LUDZKOŚĆ SZUKAŁA ELIKSIRU NIEŚMIERTELNOŚCI, A ZNALAZŁA CZAJNIK

Warszawa

Piątkowe popołudnie jest porą szczególną. To moment tygodnia, kiedy człowiek przestaje udawać, że jeszcze pracuje z entuzjazmem, ale jednocześnie nie ma odwagi przyznać, że myślami siedzi już przy grillu, na działce albo przed telewizorem. To także pora, w której gazety publikują teksty o zdrowym stylu życia, ponieważ redakcje słusznie zakładają, że po pięciu dniach politycznych awantur czytelnik jest już psychicznie gotowy uwierzyć dosłownie we wszystko.

I tak oto dowiedziałem się, że kawa jest zdrowa. Chwilę później przeczytałem, że zdrowa jest również herbata. Następnie okazało się, że jeszcze zdrowsza jest matcha, czyli zielony proszek wyglądający tak, jakby ktoś zmielił trawnik przed ambasadą Japonii i sprzedał go Europejczykom po cenie szafranu.

Nie ukrywam, że wzruszyłem się tą konsekwencją nauki. Od dzieciństwa obserwuję bowiem niezwykłą karierę rozmaitych cudownych substancji. Najpierw zdrowe było masło. Potem śmiertelnie niebezpieczne. Następnie znowu zdrowe. Jajka najpierw zabijały. Potem ratowały. Wino wydłużało życie, skracało życie, a następnie znowu je wydłużało, choć już nie tak entuzjastycznie jak wcześniej.

Nauka przypomina czasem bardzo eleganckiego profesora, który co kilka lat wraca na salę wykładową i oznajmia studentom, że wszystko, co mówił poprzednio, było prawdą, z wyjątkiem tych fragmentów, które okazały się nieprawdziwe.

Tym razem jednak sprawa wydaje się bardziej interesująca. Oto bowiem ludzkość od kilku stuleci prowadzi zaciekły spór o to, co powinno znajdować się w filiżance.

Kawosze są przekonani, że bez kawy nie byłoby cywilizacji. I trudno odmówić im pewnej logiki. Wystarczy odwiedzić dowolne biuro o ósmej rano. Zobaczymy tam dziesiątki ludzi przypominających statystów z filmu o zombie. Poruszają się wolno, patrzą nieobecnym wzrokiem, wydają nieartykułowane dźwięki i reagują wyłącznie na zapach świeżo zmielonych ziaren. Dopiero po pierwszej filiżance następuje cud przypominający biblijne zmartwychwstanie.

Herbaciarze patrzą na to z pobłażaniem. Herbaciarz nie potrzebuje gwałtownych uniesień. Herbaciarz jest jak brytyjskie imperium u szczytu potęgi. Nie spieszy się. Nie krzyczy. Nie biega po mieszkaniu w poszukiwaniu ekspresu. Siada spokojnie, zalewa liście wrzątkiem i przez kilka minut kontempluje świat, który najwyraźniej postanowił kolejny dzień istnieć mimo wszystkich swoich wad.

A potem pojawia się matcha. I tutaj zaczyna się prawdziwa komedia naszych czasów.

Przez tysiące lat ludzie pili herbatę. Przez setki lat pili kawę. Ale dopiero współczesny człowiek wpadł na pomysł, żeby sproszkowane liście zapakować w designerskie opakowanie, opatrzyć historią o japońskich mnichach i sprzedawać z miną człowieka, który właśnie odkrył receptę na długowieczność. Co zabawne, wszystko wskazuje na to, że ci ludzie mogą mieć częściowo rację.

Naukowcy zaczęli badać matchę i podobno sami patrzyli ze zdziwieniem na wyniki. Ilość korzystnych substancji okazała się tak wysoka, że badacze sprawdzali aparaturę, podejrzewając awarię. To trochę tak, jakby księgowy znalazł milion euro w szufladzie i najpierw sprawdził, czy nie pomylił kalkulatora.

Im dłużej czytałem o tych badaniach, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że ludzkość wykonuje od stuleci dokładnie tę samą czynność.

Poszukuje cudownego skrótu. Marzymy o napoju, który pozwoli żyć sto lat, spać cztery godziny, jeść pączki na śniadanie, nie przytyć ani kilograma i zachować pamięć aż do późnej starości.

Problem polega na tym, że nauka po raz kolejny odpowiada nam czymś niezwykle rozczarowującym. Nie ma cudów. Jest umiarkowanie. Jest rozsądek. Jest kilka filiżanek dziennie. Jest mniej cukru. Jest więcej ruchu. Jest trochę szczęścia w genetycznej loterii. a ponieważ taka odpowiedź nikogo nie ekscytuje, natychmiast zaczynamy szukać kolejnego magicznego eliksiru.

Podejrzewam zresztą, że za pięć lat pojawi się nowy napój. Będzie pochodził z odległej doliny, najlepiej położonej na zboczu wulkanu. Będzie zawierał siedemset antyoksydantów, dziewięćset polifenoli i tysiąc powodów, dla których koniecznie trzeba wydać na niego pół pensji.

A my znów uwierzymy, bo człowiek bardziej od zdrowia kocha tylko jedną rzecz -nadzieję, że zdrowie można kupić w filiżance.

I być może właśnie dlatego od tysiącleci wracamy do tych samych napojów. Nie tylko po kofeinę, nie tylko po smak, nie tylko po aromat. Wracamy po mały codzienny rytuał, który pozwala nam uwierzyć, że nad chaosem świata da się jeszcze przez chwilę zapanować.

Choćby przy pomocy czajnika.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights