O SIEDEMNASTEJ WARSZAWA ODZYSKUJE PAMIĘĆ

Warszawa

Pierwszego sierpnia, punktualnie o siedemnastej, Warszawa na chwilę przestanie być miastem w pośpiechu.

Zatrzymają się samochody. Umilkną klaksony, telefony i rozmowy prowadzone w pół słowa. Ludzie staną na chodnikach, na skrzyżowaniach, przy przystankach i przed witrynami sklepów. Nad dachami popłynie głos syren — długi, przejmujący, niepodobny do żadnego innego dźwięku tego miasta.

Dziś oznacza pamięć. Osiemdziesiąt dwa lata temu oznaczał początek nadziei, walki i umierania.

Z każdym rokiem ta minuta staje się ważniejsza, bo coraz mniej jest tych, którzy mogą powiedzieć: „Byłem tam”. Odchodzą ostatni powstańcy, cichną głosy świadków, a historia, kiedy traci ludzką twarz, łatwo zamienia się w kilka efektownych fotografii. Roześmiany chłopak z biało-czerwoną opaską. Dziewczyna z torbą sanitarną przewieszoną przez ramię. Flaga nad barykadą. Młodość zastygła w kadrze, czysta i nieśmiertelna.

Tylko że oni nie byli fotografią. Byli ludźmi.

Bali się ciemności, bólu, śmierci i samotności. Zakochiwali się, żartowali, kłócili, odkładali książki z myślą, że doczytają je później. Planowali studia, małżeństwa, podróże i niedzielne obiady. Mieli po kilkanaście albo dwadzieścia kilka lat. Byli harcerzami Szarych Szeregów, łączniczkami, sanitariuszkami, żołnierzami, przewodnikami kanałowymi.

Najmłodsi, Zawiszacy, przenosili meldunki i pocztę. Starsi walczyli, opatrywali rannych, gasili płonące domy, wyciągali ludzi spod gruzów. Przechodzili przez kanały, w których nie było światła, powietrza ani pewności, że na drugim końcu nadal istnieje ulica, do której zmierzają.

Ich bohaterstwo nie polegało na braku strachu. Polegało na tym, że mimo strachu robili to, co uważali za swój obowiązek.

Ich odwaga nie podlega dyskusji. Dyskusji podlega decyzja, która wysłała ich do walki.

„BURZA” PRZECIW DWÓM OKUPACJOM

Powstania Warszawskiego nie sposób zrozumieć bez operacji „Burza”. Jej zamysł był politycznie śmiały, militarnie ryzykowny, a w świetle późniejszych doświadczeń — rozpaczliwy.

Oddziały Armii Krajowej miały uderzać na wycofujących się Niemców, wyzwalać miasta i występować przed nadchodzącą Armią Czerwoną jako wojsko legalnego państwa polskiego. Chodziło o to, by wobec Sowietów stanąć w roli gospodarza, a nie wyzwalanego poddanego. Polska miała sama otworzyć drzwi własnego domu i powiedzieć: jesteśmy u siebie.

Stalin nie zamierzał jednak uznawać w tym domu żadnego gospodarza poza sobą.

Na Wołyniu, Wileńszczyźnie i w okolicach Lwowa żołnierze Armii Krajowej wspólnie z Armią Czerwoną walczyli przeciw Niemcom, a kiedy bitwa się kończyła, kończyło się także sowieckie braterstwo broni. Polaków rozbrajano. Dowódców zabierało NKWD. Szeregowców zmuszano do wstępowania do armii podporządkowanej Moskwie albo wywożono w głąb Związku Sowieckiego.

Polskie Państwo Podziemne przedstawiało swoje pełnomocnictwa. Sowieci odpowiadali kajdankami.

Polityczny cel „Burzy” — zamanifestowanie suwerenności Rzeczypospolitej — nie został osiągnięty. Mimo to postanowiono powtórzyć ten sam plan w Warszawie, tym razem na skalę, jakiej wcześniej nie próbowano sobie nawet wyobrazić.

Stolica wyzwolona własnymi siłami miała powitać Armię Czerwoną biało-czerwoną flagą, legalną administracją i władzami Polskiego Państwa Podziemnego. Walcząca Warszawa miała stać się również argumentem premiera Stanisława Mikołajczyka w rozmowach ze Stalinem. Miasto miało dowieść, że Polska istnieje, ma własne państwo, własną armię i własną wolę.

Była w tym determinacja. Była odwaga. Było także tragiczne złudzenie, że ofiara Warszawy zdoła zmusić wielkie mocarstwa do uszanowania polskich praw.

Alianci zachodni nie zamierzali zrywać współpracy ze Stalinem w obronie polskiej niepodległości. Stalin nie miał najmniejszego interesu w ratowaniu armii wiernej rządowi w Londynie. Niemcy, choć cofali się na froncie, wciąż dysponowali ogromną siłą i gotowością do zbrodni.

Walkę planowano na kilka dni. Trwała sześćdziesiąt trzy.

Generał Kazimierz Sosnkowski, Naczelny Wódz, ostrzegał, że powszechny zryw bez wielkiej pomocy z zewnątrz stanie się aktem rozpaczy i ułatwi przejęcie Polski przez drugiego okupanta. Trafnie rozpoznawał intencje Stalina, lecz nie zdołał skutecznie narzucić swojego stanowiska.

Jego jednoznaczna depesza z 29 lipca, sprzeciwiająca się rozpoczęciu powstania, dotarła do Warszawy dopiero 6 sierpnia.

Było już po wszystkim. Choć najgorsze dopiero nadchodziło.

MIASTO NIE JEST KARTĄ PRZETARGOWĄ

Nie ma jednego człowieka, na którego można złożyć całą odpowiedzialność za decyzję o wybuchu Powstania.

Dojrzewała ona między Londynem a Warszawą, wśród sprzecznych meldunków, błędnych ocen sytuacji, politycznej rywalizacji, obawy przed komunistycznym wystąpieniem i wiary, że Armia Czerwona lada chwila wkroczy do stolicy. Podejmowali ją ludzie pod ogromną presją, świadomi, że każda dostępna droga może prowadzić do katastrofy.

To pozwala zrozumieć ich położenie. Nie zwalnia jednak z oceny.

Dojrzała pamięć nie wymaga, aby każdą decyzję dowódcy uznawać za świętą tylko dlatego, że jego żołnierze okazali się bohaterami. Szacunek dla powstańców nie oznacza obowiązku milczenia o błędach dowództwa. Można bezwarunkowo podziwiać ich odwagę i jednocześnie pytać, czy wolno było rozpoczynać walkę przy tak skromnym uzbrojeniu, bez gwarancji alianckiej pomocy i po doświadczeniach wcześniejszych działań „Burzy”.

Można kochać legendę powstańczej Warszawy, nie zapominając o Warszawie prawdziwej. O piwnicach, w których tłoczyli się cywile. O płonących szpitalach. O kanałach pełnych ciemności, błota, rannych i obłędu. O masowych egzekucjach na Woli. O matkach wynoszących dzieci spod gruzów i ojcach, którzy wracali po wodę, choć wiedzieli, że mogą już nie wrócić.

W Powstaniu zginęło od 16 do 18 tysięcy żołnierzy Armii Krajowej oraz od 150 do 180 tysięcy ludności cywilnej. Po kapitulacji mieszkańców wypędzono, a Niemcy rozpoczęli systematyczne niszczenie miasta. Dom po domu. Ulica po ulicy. Świątynia po świątyni.

Bilans Powstania pozostaje wstrząsający nawet wtedy, gdy próbujemy oswoić go statystyką. Bo za każdą liczbą stał człowiek. Nie symbol. Nie argument polityczny. Nie postać z rocznicowego plakatu. Człowiek, który miał imię, rodzinę, ulubioną piosenkę, niedokończony list albo książkę odłożoną przy łóżku. Ktoś, kto miał plany na wrzesień, na przyszły rok, na całe życie.

Warszawa miała udowodnić swoje prawo do wolności. Zapłaciła za ten dowód własnymi dziećmi.

DZISIAJ JEST „POJUTRZE”

A jednak Powstanie Warszawskie nie jest wyłącznie historią klęski.

Przez sześćdziesiąt trzy dni wśród ruin istniała wolna Rzeczpospolita. Działała administracja, prasa, poczta i służby medyczne. Ukazywały się gazety, odprawiano nabożeństwa, organizowano kuchnie, szpitale i punkty opieki. Ludzie dzielili się wodą, lekarstwami i ostatnim kawałkiem chleba.

W mieście, które rozpadało się pod bombami, objawiła się wspólnota.

Powstańcy pokazali, że państwo nie istnieje wyłącznie w urzędowych gmachach, pieczęciach i ustawach. Czasem państwo mieści się w manierce podanej rannemu. W dłoni sanitariuszki. W meldunku przeniesionym przez ostrzeliwaną ulicę. W decyzji, by nie pozostawić sąsiada pod gruzami.

Nie znaczy to jednak, że mamy uczyć młodych ludzi pięknego umierania. Powinniśmy uczyć ich mądrego życia.

Odwagi cywilnej. Służby. Solidarności. Odpowiedzialności za słabszych. Gotowości do obrony wspólnoty, zanim nadejdzie chwila, w której wspólnotę można ratować już tylko własnym życiem.

Współczesnym odpowiednikiem powstańczej gotowości nie jest karabin noszony podczas rekonstrukcji ani biało-czerwona opaska zakładana raz w roku do fotografii. Jest nim pomoc podczas powodzi, dyżur w hospicjum, obrona krzywdzonego człowieka, uczciwa praca, troska o sąsiada i zdolność odróżnienia patriotyzmu od politycznego widowiska.

Dlatego tak ważni są harcerze, którzy pełnią warty przy miejscach pamięci, opiekują się grobami i słuchają ostatnich świadków. Podczas akcji „Wolność łączy” ponownie staną na ulicach Warszawy, w miejscach, gdzie kiedyś walczono, ginęło i próbowano ocalić choćby skrawek wolnego miasta.

Szare Szeregi nazywały kolejne etapy służby słowami: „Dziś — Jutro — Pojutrze”. „Dziś” oznaczało konspirację. „Jutro” — otwartą walkę. „Pojutrze” miało być czasem odbudowy wolnej Polski.

My żyjemy w ich „Pojutrze” i z tego powodu ciąży na nas obowiązek większy niż wzruszenie raz w roku.

Mamy budować państwo, które nie traktuje życia obywateli jak waluty w politycznej grze. Państwo sprawne, odpowiedzialne i zdolne bronić wolności, zanim jedynym sposobem jej potwierdzenia stanie się śmierć młodych ludzi. Państwo, które nie potrzebuje ofiary, aby poczuć własną wartość.

Pierwszego sierpnia o siedemnastej nie celebrujemy wojny.

Nie oddajemy czci ruinom, cierpieniu ani pięknej śmierci. Oddajemy hołd ludziom, którzy w sytuacji nieludzkiej potrafili zachować człowieczeństwo.

Kiedy zawyją syreny, pomyślmy więc nie tylko o tym, jak odważnie umierali. Pomyślmy także, czy potrafimy żyć tak, aby ich ofiara nie została sprowadzona do opaski, znicza i corocznego przemówienia.

Najuczciwszym pomnikiem Powstania nie jest kolejna wojna o pamięć. Jest nim wolna Polska, która umie czcić bohaterów, nie ukrywa błędów dowódców i ponad każdy polityczny plan stawia życie swoich obywateli.


  1. Wanda Żmudzińska

    Wspaniale! Bardzo dziękuję.

  2. Majka Hajto

    Dziękuję

  3. Jacek

    Najtrafniejszy komentarz rzeczywistości od kilku, albo nawet kilkunastu lat.
    Ocena decyzji dowództwa o rozpoczęciu powstania, rzeczywiście powinna być oddzielna od oceny samego zrywu…
    I pamiętajmy też o starszych uczestnikach Powstania…
    To nie było tylko dwudziestolatkowie i młodsi, to było także ludzie trzydziestoletni i trochę starsi, nie tylko harcerze, także „odrobinę” regularne wojsko…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights