
Jutro, pierwszego sierpnia, punktualnie o siedemnastej Warszawa zatrzyma się na minutę.
Staną samochody. Umilkną rozmowy. Przechodnie zatrzymają się na chodnikach, skrzyżowaniach i przystankach. Nad miastem popłynie głos syren — ten sam, który dzisiaj oznacza pamięć, a osiemdziesiąt dwa lata temu oznaczał początek nadziei, walki i umierania.
W miejscach pamięci staną harcerze. Będą pełnić warty w ramach akcji „Wolność łączy”, tak jakby Warszawa na tę jedną godzinę ponownie powierzała młodym ludziom swoje najważniejsze miejsca, nazwiska i historie. Nie po to, by odgrywali wojnę. Po to, by nie pozwolili jej zniknąć pod codziennym pośpiechem miasta.
Wśród tych historii jest także historia mojej drużyny.
Od 1965 roku jestem członkiem 16 Warszawskiej Drużyny Harcerzy imienia Zawiszy Czarnego.
To zdanie ma osobliwą gramatykę. Człowiek powinien przecież mówić: „byłem harcerzem”, tak jak mówi: „byłem studentem”, „miałem bujne włosy” albo „potrafiłem przespać noc na ziemi i następnego dnia samodzielnie zawiązać buty”. Tymczasem o Szesnastce nie mówi się w czasie przeszłym.
Do Szesnastki można wstąpić. Nie bardzo można z niej wystąpić.
Mundur z czasem robi się za ciasny, plecak podejrzanie ciężki, a poranny apel coraz częściej odbywa się przed gabinetem kardiologa. Człowiek nadal jednak pozostaje Zawiszakiem. Oldboy nie jest w Szesnastce harcerzem emerytowanym. Jest harcerzem przeniesionym do służby mniej liniowej, za to wyposażonym w większą liczbę wspomnień, doświadczeń, lekarstw oraz kategorycznych poglądów na temat tego, jak dawniej prawidłowo rozbijało się namioty.
Kiedy słyszę słowo „Szesnastka”, numer przestaje być liczbą. Staje się adresem wewnętrznym.
Szesnastka powstała w 1911 roku, gdy Polski nie było na mapie, ale była już w głowach młodych ludzi. Kilku uczniów warszawskiej Szkoły Realnej imienia Stanisława Staszica postanowiło zostać skautami. Nie mieli własnej siedziby, dotacji, aplikacji ani zespołu do spraw promocji w mediach społecznościowych. Mieli za to młodzieńczą bezczelność, potrzebę działania oraz przekonanie, że należy przygotowywać się do życia w państwie, które dopiero trzeba będzie odzyskać.
Zawisza Czarny został patronem drużyny nie jako średniowieczna dekoracja z mieczem, lecz jako człowiek, na którego słowie można polegać. W szesnastkowym wychowaniu patriotyzm nigdy nie miał być widowiskiem. Nie zaczynał się od podniosłego przemówienia wygłaszanego na tle odpowiednio dużej flagi. Zaczynał się od pracy nad sobą, pomocy słabszemu, odpowiedzialności za powierzony obowiązek i przekonania, że słowo „służba” jest czasownikiem, a nie ozdobą munduru.
Jeden z dawnych Zawiszaków napisał, że przy ulicy Noakowskiego działały właściwie dwie szkoły. Gimnazjum Staszica kształciło umysły, a Szesnastka — charaktery. Pierwsza przekazywała wiedzę. Druga uczyła, co z tą wiedzą zrobić, kiedy życie nie przewiduje odpowiedzi do wyboru i nie pozwala zajrzeć na ostatnią stronę podręcznika.
Z tej drugiej szkoły wyszli ludzie bardzo różni.
Bohdan Pniewski, jeden z najwybitniejszych polskich architektów XX wieku, był przed pierwszą wojną światową drużynowym Szesnastki, a później zaprojektował jej harcówkę na strychu szkoły Staszica. Jan Włodarkiewicz, harcerz i drużynowy, rozbrajał Niemców w listopadzie 1918 roku, a podczas następnej wojny współtworzył z Witoldem Pileckim Tajną Armię Polską i został pierwszym dowódcą „Wachlarza”.
Byli wśród wychowanków Szesnastki Bohdan Tomaszewski, który potrafił opowiadać o sporcie jak o ludzkim dramacie i nigdy nie mylił emocji z wrzaskiem, oraz Zygmunt Hübner, który traktował teatr jako sprawę publiczną, a nie zakład produkujący wieczorne oklaski. Był później Szymon Majewski, który zanim zaczął zawodowo żartować z Polski, budował z Szesnastką obóz na palach i dzięki temu zapewne zrozumiał, że nawet dobry dowcip wymaga solidnej konstrukcji.
Był także Mirosław Chojecki.
W 1965 roku był jednym z moich harcerskich wychowawców. Dopiero po latach człowiek zaczyna rozumieć, ile zawdzięcza ludziom, którzy w młodości nie wygłaszali mu wykładów o odpowiedzialności, lecz dawali zadanie i sprawdzali, czy można na nim polegać. Nie organizowali seminariów o przywództwie. Mówili po prostu: ty prowadzisz, ty odpowiadasz, ty wracasz po ostatniego.
Mirek pochodził z rodziny naznaczonej historią Powstania. Jego matką była Maria Stypułkowska-Chojecka „Kama”, łączniczka i sanitariuszka batalionu „Parasol”, uczestniczka akcji przeciwko Franzowi Kutscherze. Sam Mirek podczas Marca 1968 roku protestował przeciwko przemocy państwa, później działał w Komitecie Obrony Robotników i współtworzył Niezależną Oficynę Wydawniczą NOWa. Jako chemik sporządzał farbę drukarską, a następnie przy jej pomocy zatruwał władzę prawdą. Dyktatura może znieść wiele, lecz bardzo źle toleruje zdania, których sama nie napisała.
Mirosław Chojecki zmarł 10 października ubiegłego roku.
Kiedy odchodzą tacy ludzie, kończy się pewien rodzaj obecności, ale nie kończy się wychowanie. Wychowawca trwa w odruchach swoich wychowanków, w ich decyzjach i w tym czasem niewygodnym przekonaniu, że jeżeli coś jest przyzwoite, należy to zrobić, nawet gdy nie ma na to polecenia, zgody przełożonych ani specjalnego entuzjazmu otoczenia.
Szesnastka nie była jednak fabryką sławnych osób.
Jej największym osiągnięciem nie jest liczba wychowanków, którzy otrzymali później ordery, stanowiska albo biogramy w encyklopediach. Jest nim liczba ludzi, którzy w odpowiedniej chwili nie odwrócili głowy.
Najważniejsza z takich chwil nadeszła w sierpniu 1944 roku.
Pod koniec 1943 roku Szesnastka weszła do Szarych Szeregów. Jej konspiracyjnym drużynowym był Michał Woynicz-Sianożęcki. Najmłodsi należeli do „Zawiszy”, starsi przechodzili szkolenie w Bojowych Szkołach, a część instruktorów miała już przydziały wojskowe. Nie byli zawodowymi żołnierzami. Byli uczniami, studentami i młodymi ludźmi, których wojna bez pytania przeniosła z harcówki do konspiracji.
Kiedy wybuchło Powstanie, członkowie drużyny nie walczyli jako jeden zwarty oddział. Wojna rozrzuciła ich po różnych częściach miasta i różnych służbach.
Na Ochocie stawił się patrol sanitarny pod dowództwem Michała Dowbora „Zbyszka”. Mieli sprzęt medyczny i dwa granaty zwane sidolkami. Byli nastoletnimi chłopcami, którym powierzono zadania dorosłych ludzi, choć nikt nie zdążył dać im dorosłego życia. Po załamaniu walk na Ochocie część oddziałów ruszyła w stronę Lasów Chojnowskich. Pod Pęcicami Michał Dowbor został śmiertelnie ranny. Zginął także Wiesław Radtke.
Najmłodsi Zawiszacy pod dowództwem Józefa Przewłockiego „Placka” pełnili służbę łącznościową, sanitarną i pocztową. Przenosili meldunki, rozciągali przewody telefoniczne, gasili pożary, transportowali żywność i roznosili listy Harcerskiej Poczty Polowej.
Czternastoletni Andrzej Połoński „Kajtek” znalazł się pierwszego sierpnia na placu Napoleona. Wyszedł po resztki jedzenia ze stołówki dla psa i niemal natychmiast znalazł się pośród strzelaniny, niemieckich żołnierzy oraz pierwszych godzin Powstania. W jego relacji nie ma jeszcze pomnika ani rocznicowej patyny. Jest chłopak, ulica, strach i konieczność podjęcia decyzji, choć jest się za młodym na wojnę, a wojna najwyraźniej o tym nie wie.
Harcerska Poczta Polowa nie była malowniczym epizodem nadającym się do rodzinnego albumu. List mógł być jedyną wiadomością, że syn żyje. Mógł też przynieść pierwszą wiadomość, że już nie żyje. Harcerze przenosili te kartki przez ostrzeliwane ulice, piwnice i przebite ściany kamienic, po mieście rozpadającym się na odcięte od siebie wyspy.
Dwaj szesnastoletni bracia bliźniacy, Józef „Placek” i Zygmunt „Jacek” Przewłoccy, przeszli z rozkazami kanałami na Czerniaków, następnie przez Wilanów dotarli do Lasów Chojnowskich i wrócili z meldunkami. Droga trwała około dwudziestu godzin. „Placek” powtórzył ją później samotnie.
W kanałach nie było nic romantycznego. Była ciemność, odór, ścieki, ranni, zwłoki i panika. Była świadomość, że człowiek może zabłądzić kilka metrów pod własnym domem i umrzeć pod ulicą, po której chodził wcześniej do szkoły. Romantyzm pojawił się później, kiedy historię zaczęto układać do fotografii. Oni mieli wtedy błoto, strach i meldunek, który należało dostarczyć.
Starszych Zawiszaków los rzucił między innymi na Stare Miasto. Michał Woynicz-Sianożęcki, człowiek, który przez lata okupacji utrzymywał drużynę przy życiu, walczył w batalionie „Gustaw”. Miał dwadzieścia sześć lat.
W zwyczajnym świecie byłby młodym inżynierem i wychowawcą. Być może założyłby rodzinę, budował domy, prowadził kolejne obozy i zżymał się na młodszych, że źle składają namioty. W świecie warszawskiego sierpnia był kapralem podchorążym i dowódcą, za którym szli inni.
Trzynastego sierpnia zginął w eksplozji niemieckiego pojazdu-pułapki na ulicy Kilińskiego. Razem z nim polegli inni Zawiszacy, wśród nich Jan Pawłowski i Adam Gacek. W jednej chwili drużyna straciła dowódcę, opiekuna i człowieka, który podczas okupacji łączył ją z przedwojenną Szesnastką.
Wojna zabierała nie tylko ludzi.
Po zajęciu przez Niemców budynku szkoły Staszica sztandar i archiwum drużyny zostały potajemnie wyniesione. Podczas okupacji przed sztandarem składano konspiracyjne przyrzeczenia. Nie był już tylko znakiem organizacyjnym. W mieście okupowanym przez Niemców oznaczał Polskę i świat, w którym dane słowo nadal obowiązuje.
Bogate archiwum drużyny — kroniki, fotografie, rozkazy, dokumenty i proporce — ukrywano kolejno w kilku miejscach. Ostatecznie znalazło się przy ulicy Dantyszka i tam spłonęło podczas Powstania.
Płonęły więc nie tylko domy. Płonęła zapisana pamięć młodości: twarze z obozów, nazwiska, żarty wpisane do kronik, pismo chłopców, którzy nie przypuszczali, że ich kartki będą kiedyś walczyć z ogniem.
Sam sztandar ocalał jeszcze na pewien czas. Kiedy kwatera Szesnastki znalazła się przy Koszykowej 22, specjalna grupa pod dowództwem „Placka” przeniosła sztandar z ulicy Czackiego przez barykady i ostrzeliwane przejście w Alejach Jerozolimskich. W mieście, w którym trudno było bezpiecznie przenieść bochenek chleba, oni przenosili płat materiału.
Robili to dlatego, że bez niego nadal byliby dzielnymi chłopcami wykonującymi rozkazy. Ze sztandarem pozostawali drużyną.
Przed kapitulacją odbyła się ostatnia powstańcza zbiórka Szesnastki. „Placek” odczytał rozkaz, przyznał stopnie, podziękował chłopcom za odwagę i wytrwanie, po czym zawiesił działalność drużyny.
Po raz ostatni zasalutowali sztandarowi.
Następnie „Placek” i Zygmunt Wierzbowski „Zyg” starannie go złożyli, umieścili w metalowym pojemniku i zakopali w piwnicznym korytarzu domu przy Koszykowej 22. Nigdy go nie odnaleziono.
Być może spłonął później razem z budynkiem. Być może został przysypany gruzami. Może ktoś odnalazł metalowy pojemnik i nie zrozumiał, co trzyma w rękach. Być może sztandar nadal leży gdzieś pod kolejnymi warstwami odbudowanej Warszawy.
Nie trafił do muzealnej gabloty. Zniknął jak tysiące mieszkańców miasta — bez grobu, bez pewności, bez ostatniego świadectwa. Pozostała po nim pamięć i wykonana po wojnie replika. Jak po samej przedwojennej Warszawie.
W czasie wojny zginęło ponad osiemdziesięciu Zawiszaków. Liczba ta mieści się w jednym zdaniu, ale nie mieści się w wyobraźni. Każdy miał twarz, głos, rodzinę, przezwisko, zastęp i dzień, w którym po raz pierwszy założył mundur. Każdy kiedyś pomylił węzeł, spóźnił się na zbiókę, śmiał się przy ognisku albo przyjął za kołnierz wodę ze słynnej szesnastkowej menażki.
Wojna zabrała ich z życia. Nie zabrała ich z drużyny. W harcerskim apelu polegli nie opuszczają szeregu. Przechodzą tylko na miejsce, z którego odpowiada cisza.
Szesnastka jednak wróciła. Już w 1945 roku zorganizowała pierwszy powojenny obóz. Potem została rozwiązana przez komunistyczne władze, odrodziła się, była kontrolowana, ograniczana i podejrzewana o rzeczy dla każdej dyktatury szczególnie niebezpieczne: samodzielność, pamięć i własne zdanie.
W 1965 roku trafiłem do drużyny ja. Jednym z moich wychowawców był Mirosław Chojecki. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że człowiek, który uczył nas odpowiedzialności za zastęp i powierzone zadanie, będzie później organizował niezależny druk, wspierał represjonowanych i walczył o wolność słowa.
Dziś jestem oldboyem. Coraz bardziej „old”, ale nadal „boy”, kiedy zabrzmi hymn Szesnastki, zapłonie ognisko albo ktoś przypomni dawną historię. W Szesnastce oldboy nie jest człowiekiem, któremu skończyło się harcerstwo. Jest człowiekiem, któremu przybyło obowiązku pamiętania.
Jutro o siedemnastej będziemy pamiętać. Nie tylko o wielkich dowódcach, sztabach, politycznych planach i mapach. Przede wszystkim o młodych ludziach, którzy bali się tak samo jak inni, a mimo to zrobili to, co uważali za swój obowiązek.
Ich odwaga nie wymaga dopisywania legend.
Nie musimy twierdzić, że nie czuli strachu. Nie musimy przedstawiać kanałów jako romantycznej drogi ku wolności ani wojny jako najpiękniejszej przygody pokolenia. Nie musimy także uznawać każdej decyzji dowództwa za świętą tylko dlatego, że żołnierze okazali się bohaterami.
Dojrzała pamięć potrafi jednocześnie podziwiać odwagę powstańców i pytać o cenę decyzji, która wysłała ich do walki.
Szesnastka uczyła przecież odpowiedzialności. Także odpowiedzialności za rozkazy.
Pierwszego sierpnia nie celebrujemy wojny. Nie oddajemy czci ruinom, cierpieniu ani pięknej śmierci. Oddajemy hołd ludziom, którzy w sytuacji nieludzkiej zachowali człowieczeństwo.
Najlepszym sposobem uczczenia Zawiszaków nie jest uczenie kolejnego pokolenia pięknego umierania. Jest nim uczenie mądrego życia.
Odwagi cywilnej. Służby. Solidarności. Odpowiedzialności za słabszych. Współczesnym odpowiednikiem powstańczej gotowości nie jest karabin noszony podczas rekonstrukcji ani biało-czerwona opaska zakładana raz w roku do zdjęcia. Jest nim pomoc człowiekowi, który znalazł się w potrzebie, obrona krzywdzonego, uczciwa praca dla wspólnoty oraz zdolność odróżniania patriotyzmu od politycznego przedstawienia.
Z Szesnastki się nie wyrasta. Szesnastka rośnie w człowieku. A o siedemnastej staje razem z nim do apelu.

Dodaj komentarz