O SIEDEMNASTEJ SZESNASTKA STAJE DO APELU

Warszawa

Jutro, pierwszego sierpnia, punktualnie o siedemnastej Warszawa zatrzyma się na minutę.

Staną samochody. Umilkną rozmowy. Przechodnie zatrzymają się na chodnikach, skrzyżowaniach i przystankach. Nad miastem popłynie głos syren — ten sam, który dzisiaj oznacza pamięć, a osiemdziesiąt dwa lata temu oznaczał początek nadziei, walki i umierania.

W miejscach pamięci staną harcerze. Będą pełnić warty w ramach akcji „Wolność łączy”, tak jakby Warszawa na tę jedną godzinę ponownie powierzała młodym ludziom swoje najważniejsze miejsca, nazwiska i historie. Nie po to, by odgrywali wojnę. Po to, by nie pozwolili jej zniknąć pod codziennym pośpiechem miasta.

Wśród tych historii jest także historia mojej drużyny.

Od 1965 roku jestem członkiem 16 Warszawskiej Drużyny Harcerzy imienia Zawiszy Czarnego.

To zdanie ma osobliwą gramatykę. Człowiek powinien przecież mówić: „byłem harcerzem”, tak jak mówi: „byłem studentem”, „miałem bujne włosy” albo „potrafiłem przespać noc na ziemi i następnego dnia samodzielnie zawiązać buty”. Tymczasem o Szesnastce nie mówi się w czasie przeszłym.

Do Szesnastki można wstąpić. Nie bardzo można z niej wystąpić.

Mundur z czasem robi się za ciasny, plecak podejrzanie ciężki, a poranny apel coraz częściej odbywa się przed gabinetem kardiologa. Człowiek nadal jednak pozostaje Zawiszakiem. Oldboy nie jest w Szesnastce harcerzem emerytowanym. Jest harcerzem przeniesionym do służby mniej liniowej, za to wyposażonym w większą liczbę wspomnień, doświadczeń, lekarstw oraz kategorycznych poglądów na temat tego, jak dawniej prawidłowo rozbijało się namioty.

Kiedy słyszę słowo „Szesnastka”, numer przestaje być liczbą. Staje się adresem wewnętrznym.

Szesnastka powstała w 1911 roku, gdy Polski nie było na mapie, ale była już w głowach młodych ludzi. Kilku uczniów warszawskiej Szkoły Realnej imienia Stanisława Staszica postanowiło zostać skautami. Nie mieli własnej siedziby, dotacji, aplikacji ani zespołu do spraw promocji w mediach społecznościowych. Mieli za to młodzieńczą bezczelność, potrzebę działania oraz przekonanie, że należy przygotowywać się do życia w państwie, które dopiero trzeba będzie odzyskać.

Zawisza Czarny został patronem drużyny nie jako średniowieczna dekoracja z mieczem, lecz jako człowiek, na którego słowie można polegać. W szesnastkowym wychowaniu patriotyzm nigdy nie miał być widowiskiem. Nie zaczynał się od podniosłego przemówienia wygłaszanego na tle odpowiednio dużej flagi. Zaczynał się od pracy nad sobą, pomocy słabszemu, odpowiedzialności za powierzony obowiązek i przekonania, że słowo „służba” jest czasownikiem, a nie ozdobą munduru.

Jeden z dawnych Zawiszaków napisał, że przy ulicy Noakowskiego działały właściwie dwie szkoły. Gimnazjum Staszica kształciło umysły, a Szesnastka — charaktery. Pierwsza przekazywała wiedzę. Druga uczyła, co z tą wiedzą zrobić, kiedy życie nie przewiduje odpowiedzi do wyboru i nie pozwala zajrzeć na ostatnią stronę podręcznika.

Z tej drugiej szkoły wyszli ludzie bardzo różni.

Bohdan Pniewski, jeden z najwybitniejszych polskich architektów XX wieku, był przed pierwszą wojną światową drużynowym Szesnastki, a później zaprojektował jej harcówkę na strychu szkoły Staszica. Jan Włodarkiewicz, harcerz i drużynowy, rozbrajał Niemców w listopadzie 1918 roku, a podczas następnej wojny współtworzył z Witoldem Pileckim Tajną Armię Polską i został pierwszym dowódcą „Wachlarza”.

Byli wśród wychowanków Szesnastki Bohdan Tomaszewski, który potrafił opowiadać o sporcie jak o ludzkim dramacie i nigdy nie mylił emocji z wrzaskiem, oraz Zygmunt Hübner, który traktował teatr jako sprawę publiczną, a nie zakład produkujący wieczorne oklaski. Był później Szymon Majewski, który zanim zaczął zawodowo żartować z Polski, budował z Szesnastką obóz na palach i dzięki temu zapewne zrozumiał, że nawet dobry dowcip wymaga solidnej konstrukcji.

Był także Mirosław Chojecki.

W 1965 roku był jednym z moich harcerskich wychowawców. Dopiero po latach człowiek zaczyna rozumieć, ile zawdzięcza ludziom, którzy w młodości nie wygłaszali mu wykładów o odpowiedzialności, lecz dawali zadanie i sprawdzali, czy można na nim polegać. Nie organizowali seminariów o przywództwie. Mówili po prostu: ty prowadzisz, ty odpowiadasz, ty wracasz po ostatniego.

Mirek pochodził z rodziny naznaczonej historią Powstania. Jego matką była Maria Stypułkowska-Chojecka „Kama”, łączniczka i sanitariuszka batalionu „Parasol”, uczestniczka akcji przeciwko Franzowi Kutscherze. Sam Mirek podczas Marca 1968 roku protestował przeciwko przemocy państwa, później działał w Komitecie Obrony Robotników i współtworzył Niezależną Oficynę Wydawniczą NOWa. Jako chemik sporządzał farbę drukarską, a następnie przy jej pomocy zatruwał władzę prawdą. Dyktatura może znieść wiele, lecz bardzo źle toleruje zdania, których sama nie napisała.

Mirosław Chojecki zmarł 10 października ubiegłego roku.

Kiedy odchodzą tacy ludzie, kończy się pewien rodzaj obecności, ale nie kończy się wychowanie. Wychowawca trwa w odruchach swoich wychowanków, w ich decyzjach i w tym czasem niewygodnym przekonaniu, że jeżeli coś jest przyzwoite, należy to zrobić, nawet gdy nie ma na to polecenia, zgody przełożonych ani specjalnego entuzjazmu otoczenia.

Szesnastka nie była jednak fabryką sławnych osób.

Jej największym osiągnięciem nie jest liczba wychowanków, którzy otrzymali później ordery, stanowiska albo biogramy w encyklopediach. Jest nim liczba ludzi, którzy w odpowiedniej chwili nie odwrócili głowy.

Najważniejsza z takich chwil nadeszła w sierpniu 1944 roku.

Pod koniec 1943 roku Szesnastka weszła do Szarych Szeregów. Jej konspiracyjnym drużynowym był Michał Woynicz-Sianożęcki. Najmłodsi należeli do „Zawiszy”, starsi przechodzili szkolenie w Bojowych Szkołach, a część instruktorów miała już przydziały wojskowe. Nie byli zawodowymi żołnierzami. Byli uczniami, studentami i młodymi ludźmi, których wojna bez pytania przeniosła z harcówki do konspiracji.

Kiedy wybuchło Powstanie, członkowie drużyny nie walczyli jako jeden zwarty oddział. Wojna rozrzuciła ich po różnych częściach miasta i różnych służbach.

Na Ochocie stawił się patrol sanitarny pod dowództwem Michała Dowbora „Zbyszka”. Mieli sprzęt medyczny i dwa granaty zwane sidolkami. Byli nastoletnimi chłopcami, którym powierzono zadania dorosłych ludzi, choć nikt nie zdążył dać im dorosłego życia. Po załamaniu walk na Ochocie część oddziałów ruszyła w stronę Lasów Chojnowskich. Pod Pęcicami Michał Dowbor został śmiertelnie ranny. Zginął także Wiesław Radtke.

Najmłodsi Zawiszacy pod dowództwem Józefa Przewłockiego „Placka” pełnili służbę łącznościową, sanitarną i pocztową. Przenosili meldunki, rozciągali przewody telefoniczne, gasili pożary, transportowali żywność i roznosili listy Harcerskiej Poczty Polowej.

Czternastoletni Andrzej Połoński „Kajtek” znalazł się pierwszego sierpnia na placu Napoleona. Wyszedł po resztki jedzenia ze stołówki dla psa i niemal natychmiast znalazł się pośród strzelaniny, niemieckich żołnierzy oraz pierwszych godzin Powstania. W jego relacji nie ma jeszcze pomnika ani rocznicowej patyny. Jest chłopak, ulica, strach i konieczność podjęcia decyzji, choć jest się za młodym na wojnę, a wojna najwyraźniej o tym nie wie.

Harcerska Poczta Polowa nie była malowniczym epizodem nadającym się do rodzinnego albumu. List mógł być jedyną wiadomością, że syn żyje. Mógł też przynieść pierwszą wiadomość, że już nie żyje. Harcerze przenosili te kartki przez ostrzeliwane ulice, piwnice i przebite ściany kamienic, po mieście rozpadającym się na odcięte od siebie wyspy.

Dwaj szesnastoletni bracia bliźniacy, Józef „Placek” i Zygmunt „Jacek” Przewłoccy, przeszli z rozkazami kanałami na Czerniaków, następnie przez Wilanów dotarli do Lasów Chojnowskich i wrócili z meldunkami. Droga trwała około dwudziestu godzin. „Placek” powtórzył ją później samotnie.

W kanałach nie było nic romantycznego. Była ciemność, odór, ścieki, ranni, zwłoki i panika. Była świadomość, że człowiek może zabłądzić kilka metrów pod własnym domem i umrzeć pod ulicą, po której chodził wcześniej do szkoły. Romantyzm pojawił się później, kiedy historię zaczęto układać do fotografii. Oni mieli wtedy błoto, strach i meldunek, który należało dostarczyć.

Starszych Zawiszaków los rzucił między innymi na Stare Miasto. Michał Woynicz-Sianożęcki, człowiek, który przez lata okupacji utrzymywał drużynę przy życiu, walczył w batalionie „Gustaw”. Miał dwadzieścia sześć lat.

W zwyczajnym świecie byłby młodym inżynierem i wychowawcą. Być może założyłby rodzinę, budował domy, prowadził kolejne obozy i zżymał się na młodszych, że źle składają namioty. W świecie warszawskiego sierpnia był kapralem podchorążym i dowódcą, za którym szli inni.

Trzynastego sierpnia zginął w eksplozji niemieckiego pojazdu-pułapki na ulicy Kilińskiego. Razem z nim polegli inni Zawiszacy, wśród nich Jan Pawłowski i Adam Gacek. W jednej chwili drużyna straciła dowódcę, opiekuna i człowieka, który podczas okupacji łączył ją z przedwojenną Szesnastką.

Wojna zabierała nie tylko ludzi.

Po zajęciu przez Niemców budynku szkoły Staszica sztandar i archiwum drużyny zostały potajemnie wyniesione. Podczas okupacji przed sztandarem składano konspiracyjne przyrzeczenia. Nie był już tylko znakiem organizacyjnym. W mieście okupowanym przez Niemców oznaczał Polskę i świat, w którym dane słowo nadal obowiązuje.

Bogate archiwum drużyny — kroniki, fotografie, rozkazy, dokumenty i proporce — ukrywano kolejno w kilku miejscach. Ostatecznie znalazło się przy ulicy Dantyszka i tam spłonęło podczas Powstania.

Płonęły więc nie tylko domy. Płonęła zapisana pamięć młodości: twarze z obozów, nazwiska, żarty wpisane do kronik, pismo chłopców, którzy nie przypuszczali, że ich kartki będą kiedyś walczyć z ogniem.

Sam sztandar ocalał jeszcze na pewien czas. Kiedy kwatera Szesnastki znalazła się przy Koszykowej 22, specjalna grupa pod dowództwem „Placka” przeniosła sztandar z ulicy Czackiego przez barykady i ostrzeliwane przejście w Alejach Jerozolimskich. W mieście, w którym trudno było bezpiecznie przenieść bochenek chleba, oni przenosili płat materiału.

Robili to dlatego, że bez niego nadal byliby dzielnymi chłopcami wykonującymi rozkazy. Ze sztandarem pozostawali drużyną.

Przed kapitulacją odbyła się ostatnia powstańcza zbiórka Szesnastki. „Placek” odczytał rozkaz, przyznał stopnie, podziękował chłopcom za odwagę i wytrwanie, po czym zawiesił działalność drużyny.

Po raz ostatni zasalutowali sztandarowi.

Następnie „Placek” i Zygmunt Wierzbowski „Zyg” starannie go złożyli, umieścili w metalowym pojemniku i zakopali w piwnicznym korytarzu domu przy Koszykowej 22. Nigdy go nie odnaleziono.

Być może spłonął później razem z budynkiem. Być może został przysypany gruzami. Może ktoś odnalazł metalowy pojemnik i nie zrozumiał, co trzyma w rękach. Być może sztandar nadal leży gdzieś pod kolejnymi warstwami odbudowanej Warszawy.

Nie trafił do muzealnej gabloty. Zniknął jak tysiące mieszkańców miasta — bez grobu, bez pewności, bez ostatniego świadectwa. Pozostała po nim pamięć i wykonana po wojnie replika. Jak po samej przedwojennej Warszawie.

W czasie wojny zginęło ponad osiemdziesięciu Zawiszaków. Liczba ta mieści się w jednym zdaniu, ale nie mieści się w wyobraźni. Każdy miał twarz, głos, rodzinę, przezwisko, zastęp i dzień, w którym po raz pierwszy założył mundur. Każdy kiedyś pomylił węzeł, spóźnił się na zbiókę, śmiał się przy ognisku albo przyjął za kołnierz wodę ze słynnej szesnastkowej menażki.

Wojna zabrała ich z życia. Nie zabrała ich z drużyny. W harcerskim apelu polegli nie opuszczają szeregu. Przechodzą tylko na miejsce, z którego odpowiada cisza.

Szesnastka jednak wróciła. Już w 1945 roku zorganizowała pierwszy powojenny obóz. Potem została rozwiązana przez komunistyczne władze, odrodziła się, była kontrolowana, ograniczana i podejrzewana o rzeczy dla każdej dyktatury szczególnie niebezpieczne: samodzielność, pamięć i własne zdanie.

W 1965 roku trafiłem do drużyny ja. Jednym z moich wychowawców był Mirosław Chojecki. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że człowiek, który uczył nas odpowiedzialności za zastęp i powierzone zadanie, będzie później organizował niezależny druk, wspierał represjonowanych i walczył o wolność słowa.

Dziś jestem oldboyem. Coraz bardziej „old”, ale nadal „boy”, kiedy zabrzmi hymn Szesnastki, zapłonie ognisko albo ktoś przypomni dawną historię. W Szesnastce oldboy nie jest człowiekiem, któremu skończyło się harcerstwo. Jest człowiekiem, któremu przybyło obowiązku pamiętania.

Jutro o siedemnastej będziemy pamiętać. Nie tylko o wielkich dowódcach, sztabach, politycznych planach i mapach. Przede wszystkim o młodych ludziach, którzy bali się tak samo jak inni, a mimo to zrobili to, co uważali za swój obowiązek.

Ich odwaga nie wymaga dopisywania legend.

Nie musimy twierdzić, że nie czuli strachu. Nie musimy przedstawiać kanałów jako romantycznej drogi ku wolności ani wojny jako najpiękniejszej przygody pokolenia. Nie musimy także uznawać każdej decyzji dowództwa za świętą tylko dlatego, że żołnierze okazali się bohaterami.

Dojrzała pamięć potrafi jednocześnie podziwiać odwagę powstańców i pytać o cenę decyzji, która wysłała ich do walki.

Szesnastka uczyła przecież odpowiedzialności. Także odpowiedzialności za rozkazy.

Pierwszego sierpnia nie celebrujemy wojny. Nie oddajemy czci ruinom, cierpieniu ani pięknej śmierci. Oddajemy hołd ludziom, którzy w sytuacji nieludzkiej zachowali człowieczeństwo.

Najlepszym sposobem uczczenia Zawiszaków nie jest uczenie kolejnego pokolenia pięknego umierania. Jest nim uczenie mądrego życia.

Odwagi cywilnej. Służby. Solidarności. Odpowiedzialności za słabszych. Współczesnym odpowiednikiem powstańczej gotowości nie jest karabin noszony podczas rekonstrukcji ani biało-czerwona opaska zakładana raz w roku do zdjęcia. Jest nim pomoc człowiekowi, który znalazł się w potrzebie, obrona krzywdzonego, uczciwa praca dla wspólnoty oraz zdolność odróżniania patriotyzmu od politycznego przedstawienia.

Z Szesnastki się nie wyrasta. Szesnastka rośnie w człowieku. A o siedemnastej staje razem z nim do apelu.


  1. KRZYSZOF BIELEJEWSKI

    ORZEŁ, KTÓREGO NIE WOLNO BYŁO POKAZYWAĆ

    Do opowieści o Szesnastce trzeba dopisać jeszcze jeden rozdział. Nie o walce na barykadach, lecz o walce znacznie mniej widowiskowej: o prawo do własnej pamięci.

    Po Powstaniu Warszawskim zaginął przedwojenny sztandar drużyny. Ten sam, który otrzymała w 1925 roku, przed którym składano przyrzeczenia w niepodległej Polsce, później w konspiracyjnej Warszawie, a na końcu wśród powstańczych ruin. Przed kapitulacją został złożony, umieszczony w metalowym pojemniku i zakopany w piwnicznym korytarzu domu przy Koszykowej 22.

    Po wojnie szukano go bezskutecznie. Dopiero w 1957 roku dotarła do Zawiszaków informacja, że wiosną 1945 roku sztandar mogli odnaleźć radzieccy saperzy podczas rozminowywania Warszawy. Miał zostać przekazany organom bezpieczeństwa i prawdopodobnie zniszczony. Pewności nie ma. Jest za to bolesne prawdopodobieństwo, że sztandar, który ocalał przed Niemcami i przeszedł przez Powstanie, przepadł już w Polsce „wyzwolonej”.

    W tej sytuacji dawni Zawiszacy postanowili ufundować drużynie nowy sztandar — wierną replikę przedwojennego. Wykonały go w 1958 roku te same siostry zakonne, korzystając z matryc zachowanych od 1925 roku. Powrócił krzyż harcerski, hasło „Honor i Ojczyzna” i, co najważniejsze, biały orzeł w koronie.

    Dzisiaj trudno zrozumieć, ile politycznego niebezpieczeństwa mogło mieścić się w kilku centymetrach haftowanej korony.

    Władza komunistyczna zabrała orłu koronę, ponieważ miała kłopot nie z nakryciem głowy ptaka, ale z tym, co ono oznaczało. Korona przypominała, że Polska nie zaczęła się od Manifestu PKWN, nie została wynaleziona w Moskwie i nie potrzebowała zgody Komitetu Centralnego, aby istnieć. Była znakiem ciągłości państwa, którego komuniści nie pokonali w uczciwej walce, lecz przejęli dzięki sowieckim bagnetom.

    Sztandar Szesnastki stał się więc czymś więcej niż drużynową pamiątką. Był małą, zwiniętą na drzewcu kontrrewolucją.

    Przed nim składano przyrzeczenia, mimo że oficjalna rota narzucona ZHP nakazywała wierność „sprawie socjalizmu”. Chłopcy wypowiadali obowiązkowe słowa, ale patrzyli na orła w koronie. System żądał deklaracji posłuszeństwa, a sztandar odpowiadał bezgłośnie: pamiętaj, komu naprawdę służysz.

    Dwa palce wyciągnięte w stronę drzewca zmieniały znaczenie przysięgi.

    Władze ZHP dobrze rozumiały tę symbolikę. Już w latach sześćdziesiątych zakazały publicznego używania sztandaru. Szesnastka podporządkowała się temu zakazowi w sposób typowo szesnastkowy: nie afiszowała się ze sztandarem na oficjalnych imprezach, ale nadal wyprowadzała go podczas najważniejszych uroczystości drużyny. Państwo udawało, że kontroluje harcerstwo, drużyna udawała, że państwo ma rację, a orzeł nadal nosił koronę.

    OPERACJA „NOWY SZTANDAR”

    W 1977 roku komunistyczne władze harcerskie podjęły próbę rozwiązania problemu metodą administracyjną. Skoro starego sztandaru nie można było odpowiednio poprawić, należało zastąpić go nowym.

    Na lutowej Choince wręczono Szczepowi sztandar zgodny z regulaminem ZHP — oczywiście z orłem pozbawionym korony. Został wykonany za pieniądze zarobione przez harcerzy podczas akcji „Znicz”. W ten sposób chłopcy sami sfinansowali narzędzie mające odebrać im najważniejszy symbol ich tożsamości. Trudno o piękniejszą metaforę PRL: obywatel najpierw płacił za własne zniewolenie, a potem był zapraszany na uroczystość jego wręczenia.

    Argumentowano, że przedwojennego sztandaru nie wolno używać podczas oficjalnych wystąpień, powinien więc trafić do muzeum, a drużyna otrzyma znak odpowiadający nowej epoce. Część starszych Zawiszaków i rodziców uwierzyła, że jest to rozsądny kompromis. Nie wszyscy wiedzieli, jak chłopcy odbierają całą operację.

    Pamiątkowe gwoździe wbijane w drzewce nowego sztandaru nazywali między sobą gwoździami do trumny Szesnastki. Sam regulaminowy sztandar zyskał mniej uroczyste miano „czerwonej płachty”. Nie chodziło o jakość tkaniny. Chodziło o to, że sztandar można uszyć w pracowni, ale autorytetu nie da się wyhaftować na zamówienie komendy hufca.

    Nowy sztandar pozostał sztandarem Szczepu. Stary pozostał sztandarem Szesnastki. Była to różnica subtelna tylko dla ludzi, którzy nigdy nie należeli do drużyny.

    SZTANDAR W KONSPIRACJI

    Najbardziej dramatyczna scena rozegrała się 13 grudnia 1981 roku.

    W kraju wprowadzono stan wojenny. Szkoły zostały zamknięte, budynków pilnowało wojsko, a ludzie zaangażowani w ruch odnowy społecznej i harcerskiej mogli spodziewać się rewizji, zatrzymania albo internowania.

    Jeszcze tego samego dnia zorganizowano akcję wydobycia z zamkniętej harcówki historycznego sztandaru, archiwaliów i bieżącej dokumentacji drużyny. Pomogła dyrektorka szkoły Zofia Karwan, ryzykując własną karierą. Trzeba było otworzyć zaplombowane pomieszczenia i nie wzbudzić podejrzeń wartowników. Pamiątki ukryto następnie w mieszkaniu przewodniczącego Koła Przyjaciół Harcerstwa, pułkownika Tadeusza Kuczyńskiego. Paradoks był niemal doskonały: sztandar z zakazanym orłem w koronie ukryto w domu wysokiego oficera Ludowego Wojska Polskiego, bo właśnie tam bezpieka najmniej spodziewała się znaleźć dowód ideologicznej zbrodni.

    Władza dysponowała czołgami, milicją, wojskiem, cenzurą i więzieniami. Szesnastka miała sztandar, kilka kluczy do harcówki i ludzi, którzy wiedzieli, że nie wolno go zostawić. Bilans sił wyglądał rozpaczliwie. Sztandar jednak ocalał.

    JAK WYCHOWAĆ SOCJALISTYCZNEGO ZAWISZAKA

    Próby skomunizowania Szesnastki zaczęły się znacznie wcześniej.

    W 1949 roku drużynę rozwiązano, a do szkoły Staszica wprowadzono Organizację Harcerską ZMP. Harcerstwo miało przestać być ruchem wychowującym samodzielnych obywateli i stać się dziecięcym przedpokojem partii. Zamiast służby Bogu i Polsce — służba socjalizmowi. Zamiast zastępu — kolektyw. Zamiast wychowania charakteru — wychowanie człowieka, który na dźwięk polecenia najpierw salutuje, a dopiero potem sprawdza, czy ma jeszcze własne zdanie. Szesnastka wróciła dopiero po odwilży, w 1957 roku, odtwarzana niezależnie przez dwie grupy dawnych Zawiszaków.

    Późniejsze naciski były bardziej wyrafinowane. Nie zawsze rozwiązywano drużynę. Czasem wystarczało zmienić kierownictwo, program, rotę przyrzeczenia, mundury i język.

    Na hufcowych kursach oraz zimowiskach próbowano przekonywać młodzież do Harcerskiej Służby Polsce Socjalistycznej. Instruktorzy Szesnastki walczyli o zachowanie tradycyjnych mundurów, klasycznej metody harcerskiej i prawa do wychowania niezależnego od partyjnej agitacji. W 1977 roku harcerze woleli nawet ryzykować odesłanie do Warszawy, niż podporządkować się nakazowi zmiany mundurów.

    Komunizowanie Szesnastki przypominało próbę nauczenia kota służbowego aportowania „Trybuny Ludu”. Na chwilę można było osiągnąć zewnętrzny porządek, ale głęboko w środku pozostawało przekonanie, że cały pomysł jest obrazą natury.

    Przełom przyniosły lata 1980–1981. Instruktorzy Szesnastki zaangażowali się w Krąg Instruktorów Harcerskich imienia Andrzeja Małkowskiego. Na kursach hufcowych polemizowali z partyjnymi wykładowcami, przekonywali innych harcerzy do odnowy ZHP i odbudowania przedwojennego Prawa oraz Przyrzeczenia Harcerskiego.

    W listopadzie 1981 roku Szesnastka oficjalnie zawiadomiła Naczelnika ZHP, że nie będzie stosowała komunistycznej roty przyrzeczenia ani zniekształconego Prawa Harcerskiego. Było to pierwsze tak jawne wystąpienie tego rodzaju w Polsce. Inne drużyny wprowadzały dawną rotę po cichu. Szesnastka zrobiła to pisemnie, z nazwą i adresem nadawcy, jak człowiek, który nie tylko wybija szybę, ale jeszcze zostawia wizytówkę, żeby administracja nie szukała sprawcy po całym osiedlu.

    Zyskała w środowisku KIHAM opinię harcownika — tego, który wychodzi przed szereg i podejmuje pierwsze starcie, aby inni zobaczyli, że przeciwnik nie jest wszechmocny.

    DRUŻYNA, KTÓRA DRUKOWAŁA WOLNOŚĆ

    Po wprowadzeniu stanu wojennego działalność nie ustała. Zmieniła jedynie formę.

    W 1982 roku akcja naborowa w Liceum Kołłątaja została przez władze uznana za kolportaż treści antypaństwowych. Drużynowego Marka Gajdzińskiego odwołano z funkcji, oficjalnie z powodu „niewłaściwego sformułowania informacji werbunkowej”. W PRL nawet zaproszenie do harcerstwa mogło się okazać zamachem na ustrój, zwłaszcza gdy zapraszało do samodzielnego myślenia.

    Harcerze i instruktorzy Szesnastki uczestniczyli w podziemnym ruchu harcerskim, organizowali służbę charytatywną, pomagali osobom starszym i samotnym, kolportowali wydawnictwa niezależne oraz angażowali się w Białe Służby podczas pielgrzymek Jana Pawła II. W 1987 roku Szesnastka stała się drużyną służbową mazowieckiego sztabu Białej Służby, a Marek Gajdziński objął kierownictwo całej operacji w Warszawie i na Mazowszu. Równocześnie działalność o kryptonimie „Celinka”, kierowana później przez Jakuba Skrzyńskiego, zajmowała się kolportażem wydawnictw podziemnych.

    Władze odpowiedziały zawieszeniem starszoharcerskiej „Sulimy”. Drużynowego usunięto, działalność w liceum zablokowano, a środowisku grożono rozwiązaniem. Harcerze nie przyjęli warunków powrotu narzuconych przez komendę hufca. Z zawieszonej „Sulimy” wyrósł zalążek Polskiego Bractwa Skautowego — niezależnej organizacji, której nazwa miała ominąć państwowy monopol na słowo „harcerstwo”.

    Nawet obóz w 1987 roku trzeba było urządzać półlegalnie, pod organizacyjnym przykryciem zaprzyjaźnionej 13 WDH. Rodzice adresowali listy do innej drużyny, władze hufca niczego nie wiedziały, a Szesnastka normalnie obozowała nad jeziorem Branickim. Była to harcerska konspiracja w najbardziej polskiej odmianie: dzieci przebywały na legalnym obozie, który formalnie nie istniał, choć codziennie odbywał się na nim apel.

    ROZŁAMY, KTÓRE NIE ZABIŁY WSPÓLNOTY

    W historii Szesnastki nie brakowało podziałów.

    Niektóre wynikały z nacisku władz, inne z różnic ideowych, pokoleniowych albo organizacyjnych. W 1983 roku oficjalnie rozwiązano dotychczasowy Szczep, a drużyna męska i żeńska zaczęły działać oddzielnie. Ustały więzy formalne, ale zastąpiła je rzeczywista przyjaźń. Harcerze pomagali harcerkom przy obozach, wspólnie uczestniczyli w Białej Służbie i spotykali się podczas wyjazdów.

    Później rozdzieliły się drogi „Grunwaldu” i „Sulimy”. Jedni pozostali wewnątrz oficjalnego ZHP, próbując ochronić młodszą część drużyny, drudzy znaleźli się poza strukturami i budowali niezależne środowisko. Nie był to klasyczny rozłam, w którym po obu stronach stołu siedzą obrażeni prezesi i ustalają, kto zabierze pieczątkę. Był raczej próbą ocalenia różnych części tej samej wspólnoty przed likwidacją.

    Po upadku komunizmu organizacyjne wędrówki trwały. W 1990 roku drużyna przeszła do ZHR, trzy lata później wróciła do ZHP, a w 2001 roku ponownie znalazła się w ZHR. Można w tym widzieć brak stabilności. Można również dostrzec charakterystyczną dla Szesnastki niechęć do uznawania, że nazwa organizacji jest ważniejsza od zasad wychowania.

    Szesnastka należała do organizacji. Nigdy nie pozwalała, aby organizacja posiadała Szesnastkę.

    LUDZIE Z DRUGIEGO PLANU HISTORII

    W poprzednim tekście wspominałem już część najbardziej znanych Zawiszaków. Ale lista ludzi ukształtowanych przez tę drużynę jest znacznie dłuższa.

    Był Ignacy Wądołkowski, jeden z pionierów warszawskiego skautingu, działacz Polskiej Organizacji Wojskowej, więzień Cytadeli, Szczypiorna i niemieckich więzień, uczestnik walk o niepodległość oraz wojny 1920 roku. Przez lata należał do kierownictwa warszawskiego ZHP, a w 1935 roku został komendantem Jubileuszowego Zlotu w Spale. Człowiek, który zaczynał od prowadzenia chłopców na wycieczki, prowadził później jeden z największych zlotów przedwojennego harcerstwa.

    Był Janusz Gaładyk, należący do pierwszych tajnych skautów przy szkole Staszica. Legionista, więzień Beniaminowa, oficer wojny 1920 roku, kawaler Virtuti Militari, później dowódca elitarnej Brygady Górskiej Korpusu Ochrony Pogranicza „Żywiec”. We wrześniu 1939 roku jego żołnierze walczyli pod Węgierską Górką, osłaniając odwrót polskich oddziałów. Po klęsce włączył się w tworzenie Służby Zwycięstwu Polski.

    Był Felicjan Loth „Flok”, przedwojenny zastępowy i plutonowy Szesnastki, później lekarz. Aresztowany przez Gestapo, został chirurgiem więziennym Pawiaka. W warunkach, w których samo człowieczeństwo było przestępstwem, pomagał więźniom, operował chorych i udzielał pomocy także Żydom, wbrew niemieckim zakazom. Harcerska samarytanka skończyła się dla niego nie egzaminem ze sprawności, lecz służbą w jednym z najstraszniejszych miejsc okupowanej Warszawy.

    Był Janusz Klarner „Piguła”, inżynier, powstaniec warszawski i uczestnik pionierskiej polskiej wyprawy himalajskiej na Nanda Devi. Po wojnie prowadził przedsiębiorstwo budowlane. We wrześniu 1949 roku wyszedł z domu i zaginął. Według relacji świadka miał być widziany skatowany w więzieniu Urzędu Bezpieczeństwa. Jego ciała nigdy nie odnaleziono.

    Był wreszcie Stanisław Korwin-Szymanowski, przez wiele lat drużynowy i szczepowy, wychowawca kolejnych pokoleń — także mojego. To pod jego kierownictwem Szesnastka trwała w czasach, gdy należało jednocześnie działać wewnątrz oficjalnego ZHP i chronić chłopców przed tym, co oficjalne ZHP próbowało im włożyć do głów.

    Był Wojciech Bogusławski, który po latach wykonał tytaniczną pracę odtworzenia rozproszonego i częściowo zniszczonego archiwum drużyny. Jego kronika z 1987 roku musiała przejść przez komunistyczną cenzurę, dlatego wielu spraw nie można było w niej opisać wprost. Sam fakt zebrania tysięcy dokumentów, relacji i odpisów był jednak formą ratowania pamięci przed państwem, które wyjątkowo chętnie poprawiało przeszłość czerwonym ołówkiem.

    Szesnastka wychowywała ludzi wojny i pokoju, żołnierzy i lekarzy, konspiratorów i archiwistów. Nie każdy trafiał do podręczników. Nie każdy powinien. Prawdziwa drużyna nie istnieje po to, aby produkować pomniki. Istnieje po to, aby wychowywać ludzi, którzy wiedzą, co zrobić, kiedy historia zaczyna się zachowywać nieprzyzwoicie.

    CHOINKA, CZYLI DOROCZNE ZGROMADZENIE REPUBLIKI

    Choinka Szesnastki odbyła się po raz pierwszy w 1925 roku i stała się czymś znacznie ważniejszym niż świąteczne spotkanie. Była dorocznym zebraniem czynnych harcerzy, rodziców, przyjaciół i Zawiszaków — żywym dowodem, że drużyna nie kończy się wraz z oddaniem munduru do szafy.

    Na Choince spotykały się pokolenia, przyznawano stopnie i tytuły, przyjmowano przyrzeczenia, oglądano kroniki, śpiewano dawne piosenki i sprawdzano, czy młodzi nadal wiedzą, skąd wzięła się krajka, kostki i menażka.

    W 1981 roku, w atmosferze „Solidarności” i nadziei na odrodzenie harcerstwa, przybyło na nią wyjątkowo wielu dawnych Zawiszaków. Rok później, już podczas stanu wojennego, Choinka była skromniejsza, ale się odbyła. Samo spotkanie ludzi, którzy pamiętali inną Polskę i chcieli wychowywać do innej Polski, miało wtedy znaczenie większe niż niejedna oficjalna akademia.

    Choinka była rodzajem szesnastkowego senatu.

    Młodzi mogli się przekonać, że starzy naprawdę byli kiedyś młodzi. Starzy mogli stwierdzić, że młodzi wszystko robią inaczej, gorzej wiążą węzły i śpiewają w niewłaściwym tempie, ale mimo to Szesnastka nadal istnieje.

    W tej łagodnej wymianie pretensji między pokoleniami kryła się ciągłość silniejsza od regulaminów.

    ZLOTY, CZYLI SPRAWDZANIE, CZY POLSKA JEST WIĘKSZA OD HUFCA

    Szesnastka od początku wychodziła poza własną harcówkę.

    Reprezentowała polskie harcerstwo na zlotach międzynarodowych, uczestniczyła w jamboree w Gödöllö w 1933 roku, w Zlocie w Spale w 1935 roku i w holenderskim Vogelenzang dwa lata później. Zlot nie był dla niej wycieczką z proporcem, lecz spotkaniem z większym światem i sprawdzianem własnego poziomu.

    W 1981 roku, podczas siedemdziesięciolecia Szesnastki, zorganizowano Zlot Najstarszych Drużyn Harcerskich. Przyjechało ponad 150 Zawiszaków z kraju i zagranicy, a podczas uroczystości powołano Unię Najstarszych Drużyn Harcerskich Rzeczypospolitej. Szesnastka nie chciała być samotnym zabytkiem. Chciała łączyć środowiska, które przechowały dawne tradycje i mogły pomóc w odbudowie prawdziwego harcerstwa.

    Później organizowała kolejne zloty UNDHR, między innymi trzeci w 1984 roku, dziewiąty w roku 1991 i szesnasty w 1998. Zloty te były czymś więcej niż konkursem pionierki i okazją do sprawdzenia, kto ma najładniejszą bramę. Tworzyły sieć pamięci między drużynami, które przetrwały wojny, komunizm, organizacyjne reformy oraz niekończące się próby poprawiania harcerstwa przez ludzi, którzy harcerzy widywali głównie podczas defilad.

    Szesnastka przywoziła ze zlotów nagrody, doświadczenia i przyjaźnie. W 1987 roku zdobyła Włócznię Świętego Jerzego podczas zlotu przygotowującego do Białej Służby. Wkrótce potem za udział w tej służbie jej starszą drużynę zawieszono.

    Tak wyglądała logika schyłkowego PRL: można było wygrać zlot, pod warunkiem że nie traktowało się zbyt poważnie służby, do której zlot przygotowywał.

    SZTANDAR NADAL JEST

    Historia nowego sztandaru Szesnastki jest w istocie historią całej drużyny.

    Najpierw odtworzono go z przedwojennych matryc. Potem zabroniono go pokazywać. Następnie próbowano zastąpić regulaminowym. W stanie wojennym trzeba było wykraść go z własnej harcówki. A jednak za każdym razem wracał.

    Nie dlatego, że był pięknym przedmiotem. Pięknych przedmiotów jest wiele i większość spokojnie kurzy się w muzeach. Ten sztandar żył, ponieważ ludzie zgadzali się ponosić ryzyko, aby ocalić jego znaczenie.

    Orzeł w koronie nie uratował Polski. Ale przypominał chłopcom, że Polska nie ogranicza się do tego, co aktualnie mówi o niej władza.

    „Honor i Ojczyzna” nie były ozdobnym napisem. Były pytaniem zadawanym każdemu kolejnemu pokoleniu. Co zrobisz, kiedy każą ci powtarzać kłamstwo? Co zrobisz, kiedy zabronią ci pamiętać? Co zrobisz, kiedy odbiorą drużynie nazwę, harcówkę, sztandar albo prawo do działania?

    Historia Szesnastki zna odpowiedź. Trzeba otworzyć inną harcówkę. Założyć inną drużynę. Zorganizować obóz pod cudzą nazwą. Wydrukować zakazaną książkę. Ukryć sztandar. A potem, kiedy przyjdzie właściwy czas, znów go wyprowadzić.

    Szesnastka nie przetrwała dzięki temu, że zawsze miała sprzyjające warunki. Przetrwała, ponieważ w każdym pokoleniu znajdował się ktoś, kto wiedział, co należy wynieść z płonącego domu. Czasem był to człowiek. Czasem archiwum. Czasem płat materiału z orłem w koronie.

    Zawsze — pamięć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights