
No proszę. Internet znowu odkrył, że istnieje coś takiego jak histeria zbiorowa, tylko zamiast wideł są komentarze na Facebooku. I ja jestem w środku tego cyrku, bo ktoś postanowił zrobić ze mnie odcinek serialu „Detektyw: wydanie komentarzowe”.
Widzę, że jeden wpis pani Gretkowskiej uruchomił lawinę emocji, domysłów i – niestety – zwykłej ludzkiej potrzeby dopowiadania sobie historii.
Nie zamierzam brać udziału w festiwalu insynuacji, bo to poziom, na którym nic sensownego się już nie rodzi. Kto chce wierzyć w fantazje – ma do tego pełne prawo. Kto chce czytać – też.
Piszę dalej.
Żyję.
Mam się dobrze.
I – co chyba najbardziej rozczarowujące dla niektórych – nadal publikuję.
Moje teksty można znaleźć tutaj:
👉 www.bielejewski.waw.pl
Resztę zostawiam czytelnikom. Nie komentatorom, którzy bardziej niż teksty lubią własne emocje.
A jeśli ktoś potrzebuje etykiet, teorii i polowania na czarownice – cóż, to już nie jest mój problem.”
Najlepsze, co mogę zrobić, to nie próbować przekrzyczeć chóru. Chór zawsze wygra, bo jest głośniejszy, nie mądrzejszy.
FELIETON O WIELKIM PRZEBUDZENIU I JESZCZE WIĘKSZYM ROZCZAROWANIU
Internet przeżył właśnie kolejne objawienie. Nie, nie chodzi o nowe odkrycie naukowe ani przełom w medycynie. Tym razem odkryto… że można się pomylić.
I że ktoś może pisać teksty, które się podobają.
I że – uwaga, to będzie trudne – autor tych tekstów nie spełnia wszystkich oczekiwań biograficznych czytelników.
W tym momencie na scenę wchodzi Manuela Gretkowska, cała na biało, z latarką prawdy w dłoni, i ogłasza: „halo, coś tu się nie zgadza”. A tłum? Tłum robi to, co tłum robi najlepiej — wpada w ekstazę odkrycia, że został „oszukany”.
Czym?
Tego do końca nie wiadomo.
Dramat narodowy: przeczytałem coś i mi się podobało
Z komentarzy wynika, że wydarzyła się tragedia na miarę literackiego trzęsienia ziemi. Ludzie czytali teksty. Z zainteresowaniem. Ba — niektórzy nawet z przyjemnością.
A potem ktoś im powiedział, że nie powinni.
I nagle:
– „Jak mogliśmy się nabrać?”
– „To było zbyt dobre, żeby było prawdziwe!”
– „Czułam, że coś jest nie tak!”
Oczywiście. Wszyscy „czuli”. Najlepiej po fakcie. To taka szczególna forma intuicji — działa wyłącznie wstecz.
Bo prawda jest banalna do bólu: nikt nikogo nie zmuszał do czytania. Nie było przymusu, nie było manipulacji na poziomie „oddaj PIN i godność”. Były teksty. I była reakcja: „podoba mi się”.
I to właśnie okazało się największym problemem.
Zbrodnia: płodność literacka
Najcięższy zarzut? Że tekstów było za dużo.
Wyobraź sobie ten dramat: ktoś pisze kilka rzeczy dziennie.
To najwyraźniej przekracza biologiczne możliwości człowieka — przynajmniej według ludzi, którzy po dwóch mailach dziennie potrzebują kawy, drzemki i egzystencjalnego kryzysu.
„Normalny człowiek tak nie pisze” — mówią.
Oczywiście. Normalny człowiek też nie biega maratonów, nie gra koncertów ani nie operuje serca. Na szczęście świat nie składa się wyłącznie z „normalnych ludzi”, bo umarlibyśmy z nudy szybciej niż z głupoty.
Biografia jako fundament prawdy (czyli kabaret)
Kolejny zarzut: „życiorys się nie zgadzał”.
To jest moment, w którym warto się zatrzymać i zapytać: od kiedy felieton zależy od metryki autora?
Czy jeśli ktoś pisze trafnie, celnie i z humorem, to nagle przestaje mieć rację, bo jego dom nie stoi w odpowiedniej dzielnicy?
To trochę tak, jakby ktoś powiedział:
„Ten chleb jest pyszny, ale piekarz nie pokazał mi aktu urodzenia, więc jednak niesmaczny.”
Logika poziom: Facebook po trzeciej kawie i jednym oburzeniu za dużo.
Wielkie odkrycie: AI istnieje
W komentarzach przewija się jeszcze jeden wątek — AI.
Zgroza. Ktoś mógł korzystać z narzędzia.
To tak, jakby odkryć, że pisarz używa klawiatury zamiast dłuta i kamiennej tabliczki. Skandal. Gdzie są czasy, kiedy cierpienie było ręczne i analogowe?
Najzabawniejsze jest to, że połowa osób oburzonych prawdopodobnie właśnie pisze komentarze przy pomocy autokorekty, predykcji tekstu i algorytmów, które podpowiadają im słowa.
Ale nie, to co innego. Bo tamto to „narzędzie”, a tu nagle „oszustwo”.
Granica przebiega dokładnie tam, gdzie kończy się refleksja.
Polowanie na sens, którego nie było
Najbardziej rozczulający jest jednak moment zbiorowego zawodu.
„Szkoda, że to nieprawda…”
„Było tak pięknie…”
„Czułam się oszukana…”
Naprawdę? Bo ktoś pisał dobrze? Bo trafiał w Wasze poglądy? Bo czytało się to lepiej niż większość internetowej papki?
To brzmi mniej jak „zostałem oszukany”, a bardziej jak:
„Zorientowałem się, że coś mi się podobało i teraz muszę to jakoś unieważnić, żeby nie wyjść na naiwniaka”.
To nie jest demaskacja. To jest terapia grupowa dla urażonej dumy.
A tymczasem…
Autor rzekomo „zdemaskowany” nadal istnieje. Pisze. Publikuje.
Nie zniknął w kłębach dymu, nie okazał się pikselem, nie rozpadł się na kod binarny.
Pisze dalej.
Żyje.
Ma się dobrze.
I – co musi boleć najbardziej – nadal są ludzie, którzy chcą czytać.
Puenta dla zmęczonych oburzeniem
Cała ta historia mówi więcej o czytelnikach niż o autorze.
Bo jeśli wystarczy jeden wpis, żeby z zachwytu przejść do krucjaty, to problem nie leży w tekście.
Tylko w potrzebie, żeby ktoś nam powiedział, co mamy o nim myśleć.
A kiedy ktoś to zrobił — nagle wszyscy „wiedzieli od początku.
Oczywiście. Tak jak zawsze.

Dodaj komentarz