NOCĄ DRONY LECIAŁY NA MOSKWĘ, AMERYKANIE WYSZLI Z SALI, A ZIOBRO NADAL JEST GOTÓW — BYLE W USA

Warszawa

Noc z poniedziałku na wtorek miała być spokojna.

Człowiek odłożył telefon, zgasił światło, poprawił poduszkę i naiwnie założył, że skoro on przestał śledzić wiadomości, wydarzenia również pójdą spać. Jest to błąd charakterystyczny dla ludzi, którzy nadal wierzą, że świat posiada regulamin ciszy nocnej.

Świat nie posiada.

Świat ma drony, Pentagon, Radę Bezpieczeństwa ONZ, amerykańską dyplomację obrażoną na francuską dyplomację oraz Zbigniewa Ziobrę, który uciekł od polskiego wymiaru sprawiedliwości na drugi koniec oceanu, żeby stamtąd poinformować, że jest gotów na uczciwą weryfikację.

Współczesna historia pracuje na trzy zmiany i najwyraźniej nie ma związków zawodowych.

Kiedy Polska spała, nad Moskwę leciały setki dronów. Amerykanie sprawdzali, ilu żołnierzy warto pozostawić w Europie. W ONZ delegacja Stanów Zjednoczonych wyszła z sali podczas przemówienia Francuza. Prokuratura wysłała do Waszyngtonu wniosek o ekstradycję Ziobry, a Ziobro wysłał do internetu zapewnienie, że niczego się nie boi.

Noc wyglądała więc jak zebranie wspólnoty mieszkaniowej połączone z wojną.

Jedni latali nad dachem. Drudzy grozili, że zabiorą ochroniarza. Trzeci wyszli z sali, ponieważ nie spodobał im się ton sąsiada. Czwarty lokator od miesięcy mieszkał za granicą, ale twierdził, że chętnie wyjaśni sprawę przeciekającego pionu wodnego, pod warunkiem że komisja przyjedzie do niego na Florydę.

MOSKWA ODKRYŁA, ŻE WOJNA POTRAFI WRACAĆ

Według rosyjskich władz od poniedziałkowego wieczoru do wtorkowego poranka w stronę obwodu moskiewskiego nadleciało ponad 390 dronów. Mer Moskwy Siergiej Sobianin poinformował, że 81 z nich strącono na podejściach do stolicy.

Osiemdziesiąt jeden dronów.

To już nie jest incydent. To dostawa hurtowa.

Drony pojawiały się nad Domodiedowem, Podolskiem, Ramienskoje, Kołomną i Czechowem. Zakłócono pracę lotnisk Wnukowo i Domodiedowo. Samoloty miały problemy z lądowaniem, pasażerowie z odlotem, a rosyjska propaganda z utrzymaniem opowieści, że wojna przebiega wyłącznie zgodnie z planem i daleko od ludzi, którzy ją popierają przed telewizorem.

W Czechowie dron uderzył w blok mieszkalny. Wybite zostały okna, pojawił się dym, ale według lokalnych władz nie było ofiar. To najważniejsza wiadomość, ponieważ cywil trafiony w Moskwie nie staje się mniej cywilem tylko dlatego, że jego państwo od lat bombarduje ukraińskie miasta.

Zbrodnicza wojna Putina nie odbiera niewinnym ludziom prawa do życia.

Humor należy więc kierować nie przeciw mieszkańcom, lecz przeciw rosyjskiemu państwu, które przez lata zapewniało ich, że „specjalna operacja wojskowa” przypomina program telewizyjny: można ją oglądać z kanapy, popijać herbatą i mieć pewność, że odcinek kończy się przed prognozą pogody.

Tymczasem wojna nie zna pilota do telewizora. Nie można jej wyciszyć, kiedy zaczyna latać nad własnym blokiem.

Według doniesień z mediów społecznościowych jednym z celów mógł być Czechowski Zakład Regeneracji Gumy, zajmujący się przetwarzaniem zużytych opon. Informacje te wymagają jeszcze niezależnego potwierdzenia, ale metaforycznie cel jest znakomity.

Rosja od czterech lat próbuje bowiem regenerować zużytą oponę imperium. Bieżnik dawno starty, guma sparciała, felga krzywa, kierowca pijany historią, ale Kreml nadal zapewnia, że pojazd nadaje się do jazdy i właśnie odzyskuje należne mu pasy ruchu.

Drony miały również uderzyć w dom jednorodzinny we wsi Waułowo, wywołując pożar. Rosyjska obrona przeciwlotnicza meldowała o kolejnych strąceniach. Jak zawsze w podobnych sytuacjach liczby pochodzą przede wszystkim od rosyjskich władz, a rosyjskie władze traktują prawdę jak surowiec strategiczny: wydobywają ją oszczędnie, przetwarzają centralnie i eksportują wyłącznie w postaci gotowego produktu propagandowego.

Jeżeli Moskwa mówi, że strąciła 81 dronów, mogła strącić 81, osiem albo osiemdziesiąt dwa, z czego jeden okazał się bocianem podejrzanie lecącym z zachodu.

Nie zmienia to jednak istoty sprawy.

Wojna dotarła głęboko na terytorium Rosji. Lotniska przerywają pracę, mieszkańcy filmują eksplozje, zakłady przemysłowe stają się celami, a Kreml musi tłumaczyć, dlaczego państwo, które miało zająć Kijów w kilka dni, po czterech latach broni podejść do własnej stolicy przed rojem latających urządzeń.

Putin chciał cofnąć historię do czasów imperium. Historia wróciła, ale przyleciała bezzałogowo.

Dron jest zresztą idealną bronią naszych czasów. Mały, stosunkowo tani, nie potrzebuje pilota, nie śpi, nie pyta o sens rozkazu i nie ogląda rosyjskiej telewizji. Może pokonać setki kilometrów, ominąć część obrony i zmusić znacznie droższe systemy do wystrzeliwania rakiet.

To technologiczna wersja komara, tylko wyposażonego w nawigację satelitarną i bardzo konkretną pretensję geopolityczną.

Rosja przez lata budowała monumentalny obraz swojej potęgi. Wielkie parady, ogromne rakiety, generałowie obwieszeni medalami, czołgi sunące przez Plac Czerwony i Putin przy stole tak długim, że rozmówca zdążyłby po drodze zmienić obywatelstwo.

A potem nadlatuje niewielkie skrzydło z silnikiem podobnym do kosiarki i zamyka lotnisko.

Imperium okazuje się ogromne, lecz jego bezsenność mieści się w dronie.

Nie wiadomo jeszcze, jakie były dokładne cele i pełne skutki nocnego ataku. Wiadomo natomiast, że rosyjska stolica po raz kolejny musiała poczuć wibrację wojny, którą Kreml od dawna wysyła innym w znacznie większych dawkach.

Nie jest to sprawiedliwość. Wojna bardzo rzadko bywa sprawiedliwa.

Jest to raczej zwrotna informacja z historii.

Nadawca: Ukraina.

Temat: Państwa operacja nie przebiega wyłącznie na cudzym terytorium.

Załącznik: 390 dronów.

AMERYKA ROBI PRZEGLĄD EUROPY

W tym samym czasie Pentagon rozpoczął przegląd obecności wojsk amerykańskich w Europie. Nadzoruje go Elbridge Colby, podsekretarz obrony do spraw politycznych i jeden z głównych zwolenników przesunięcia uwagi Stanów Zjednoczonych z Europy na Indo-Pacyfik.

Przegląd zapowiedział wcześniej sekretarz obrony Pete Hegseth. Ma potrwać około sześciu miesięcy i ustalić, gdzie amerykańscy żołnierze są nadal niezbędni, gdzie można ich ograniczyć, a które europejskie państwa powinny wreszcie przestać traktować Stany Zjednoczone jak całodobową firmę ochroniarską opłacaną przez sąsiada.

Hegseth ostrzegał, że część sojuszników zda egzamin celująco, a część go obleje.

To interesująca metoda prowadzenia sojuszu. Najpierw przez osiemdziesiąt lat buduje się system wspólnego bezpieczeństwa, a potem urządza maturę próbną, podczas której nauczyciel przed rozpoczęciem testu pakuje globus i mówi, że być może przenosi się do Azji.

Europa dostała od Waszyngtonu świadectwo z paskiem. Nie wiadomo tylko, czy czerwonym, czy ostrzegawczym.

Nowa koncepcja nazywa się „NATO 3.0”. Współczesny świat nie potrafi już wprowadzić żadnej idei bez nadania jej numeru wersji, jakby bezpieczeństwo zbiorowe było aplikacją, którą można zaktualizować w nocy, a rano zaakceptować nowe warunki świadczenia usług.

NATO 1.0 broniło Europy podczas zimnej wojny.

NATO 2.0 rozszerzało się, prowadziło misje i korzystało z epoki względnego amerykańskiego komfortu.

NATO 3.0 ma sprawić, że Europa będzie odpowiadać przede wszystkim za własną obronę konwencjonalną, a Stany Zjednoczone skoncentrują więcej sił na Chinach i Indo-Pacyfiku.

Brzmi rozsądnie. Dorosłe państwa powinny umieć się bronić. Europa nie może wiecznie grać roli czterdziestoletniego syna mieszkającego z rodzicami, który mówi, że szuka pracy, ale na razie inwestuje w kulturę, regulacje dotyczące zakrętek i aplikację do segregacji śmieci.

Problem polega na tym, że przebudowę NATO ogłasza się w chwili, gdy Rosja prowadzi pełnoskalową wojnę, a amerykańska administracja traktuje sojuszników bardziej jak niesolidnych klientów niż wspólnotę strategiczną.

„Silniejszy, sprawiedliwszy i bardziej zrównoważony sojusz” może oznaczać rzeczywiście mocniejszą Europę.

Może również oznaczać, że Ameryka wynosi kanapę, telewizor i połowę lodówki, po czym zapewnia współlokatorów, iż przyspiesza ich proces usamodzielniania.

Europa słyszy słowo „transformacja” i natychmiast sprawdza, czy Amerykanie pakują bazy.

Dla Polski sprawa ma szczególne znaczenie. Jesteśmy jednym z państw wydających na obronę najwięcej w relacji do PKB, kupujemy amerykański sprzęt w ilościach, które pozwalają podejrzewać, że minister obrony dostał kartę lojalnościową, i pozostajemy kluczowym zapleczem wsparcia dla Ukrainy.

Powinniśmy więc należeć do uczniów zdających egzamin.

Tyle że amerykańska polityka bezpieczeństwa coraz mniej przypomina egzamin z ustalonym zestawem pytań, a coraz bardziej teleturniej prowadzony przez człowieka, który w połowie programu może zmienić regulamin, nagrodę oraz prawidłową odpowiedź.

Europa musi zatem zwiększać zdolności obronne niezależnie od tego, kto akurat siedzi w Białym Domu. Nie dlatego, że Ameryka przestała być sojusznikiem, lecz dlatego, że sojusznik sygnalizuje coraz wyraźniej, iż ma również inne zobowiązania, inne priorytety i ocean pełen Chin.

Parasola nie wyrzuca się podczas deszczu tylko dlatego, że właściciel chmury zapewnia o wieloletniej przyjaźni.

AMERYKANIE WYSZLI, BO FRANCUZ MÓWIŁ

Noc przyniosła również wiadomość z Organizacji Narodów Zjednoczonych, gdzie amerykańska dyplomacja osiągnęła nowy etap dojrzałości i postanowiła nie słuchać Francuzów.

Podczas posiedzenia Rady Bezpieczeństwa ONZ poświęconego Ukrainie delegacja Stanów Zjednoczonych opuściła salę, kiedy przemawiać zaczął przedstawiciel Francji.

Nie zerwano stosunków dyplomatycznych. Nie odwołano ambasadorów. Nie rozpoczęto blokady morskiej. Po prostu Amerykanie wstali i wyszli.

Najpotężniejsze państwo świata zastosowało metodę znaną z przedszkola: skoro tak mówisz, to ja się z tobą nie bawię.

Spór zaczął się od przedłużenia mandatu Volkera Türka, wysokiego komisarza ONZ do spraw praw człowieka. Stany Zjednoczone zagłosowały przeciw, razem między innymi z Rosją i Koreą Północną.

Francja publicznie skrytykowała Waszyngton, zwracając uwagę na niezbyt eleganckie towarzystwo przy wspólnym głosowaniu. Mandat Türka przedłużono stosunkiem 144 głosów do 10, przy 13 wstrzymujących się.

Amerykański ambasador Mike Waltz odpowiedział, że Türk niesprawiedliwie krytykuje demokratyczne państwa, takie jak USA i Izrael, a jednocześnie spoufala się z najgorszymi ciemiężycielami.

Francuzi uznali, że Ameryka traci moralną wiarygodność. Amerykanie uznali, że Francuzi są protekcjonalni. Francuzi odpowiedzieli w stylu francuskim, czyli moralnym tonem człowieka, który wynalazł prawa człowieka, bagietkę i poprawne użycie widelca. Amerykanie odpowiedzieli w stylu administracji Trumpa, czyli wyszli z sali.

Tak wygląda dyplomacja mocarstw w epoce mediów społecznościowych: jedno państwo publikuje kąśliwy wpis, drugie trzaska drzwiami, a ONZ nadal próbuje zakończyć wojny.

Dan Negrea, zastępca przedstawiciela USA przy ONZ, zapowiedział, że amerykańska delegacja będzie wychodzić podczas francuskich wystąpień tak długo, aż Paryż zrezygnuje z „protekcjonalnej i lekceważącej retoryki”. Nazwał francuskie wypowiedzi „upolitycznionym bełkotem” i „nieszczerymi politycznymi popisami”.

Trudno oprzeć się podziwowi dla prostoty rozwiązania. Skoro czyjaś retoryka jest lekceważąca, najlepiej demonstracyjnie go zlekceważyć. Skoro zarzuca się komuś polityczny teatr, należy odegrać scenę wyjścia. Skoro posiedzenie dotyczy wojny w Ukrainie, trzeba skupić uwagę świata na tym, że Amerykanie i Francuzi pokłócili się o ton wypowiedzi.

Rada Bezpieczeństwa ONZ jest zresztą nazwą coraz bardziej historyczną. Bezpieczeństwa dostarcza niewiele, rady udziela wiele, a jedyne, co pozostaje bezsporne, to stół i dostęp do tłumaczenia symultanicznego.

Rosja siedzi w niej jako stały członek z prawem weta, jednocześnie prowadząc wojnę przeciw sąsiadowi. Stany Zjednoczone wychodzą, kiedy przemawia Francja. Francja wygłasza moralne pouczenia. Chiny obserwują. Reszta świata próbuje ustalić, czy obecność przedstawicieli wielkich mocarstw zwiększa szanse pokoju, czy tylko zapewnia odpowiednią obsadę konferencji prasowej.

ONZ przypomina rodzinne spotkanie, na którym jeden wujek podpalił garaż, drugi nie rozmawia z ciotką, a wszyscy wspólnie uchwalają rezolucję przeciw dymowi.

Nie znaczy to, że spór o prawa człowieka jest błahy. Przeciwnie. Głosowanie USA razem z Rosją i Koreą Północną przeciw przedłużeniu mandatu wysokiego komisarza jest politycznie wymowne i zasługuje na pytania.

Francja miała prawo je postawić. Ameryka miała prawo odpowiedzieć. Tylko świat mógłby oczekiwać, że dwa demokratyczne mocarstwa zrobią to w sposób bardziej dojrzały niż skłóceni kuzyni podczas wesela, z których jeden demonstracyjnie opuszcza salę przed podaniem rosołu.

ZIOBRO JEST GOTÓW. POLSKA MA GO TYLKO DOSTARCZYĆ

Na krajowym odcinku nocnych wydarzeń pojawił się Zbigniew Ziobro, choć fizycznie nadal przebywa w Stanach Zjednoczonych.

Polska prokuratura złożyła formalny wniosek o jego ekstradycję. Były minister sprawiedliwości mierzy się z 26 zarzutami dotyczącymi przede wszystkim domniemanego wykorzystywania pieniędzy Funduszu Sprawiedliwości do celów politycznych. Ziobro odrzuca zarzuty i twierdzi, że jest ofiarą politycznych prześladowań.

O jego winie może zdecydować wyłącznie sąd. To trzeba podkreślić, ponieważ państwo prawa różni się od państwa Ziobry między innymi tym, że zarzut nie jest jeszcze wyrokiem, konferencja prasowa nie zastępuje rozprawy, a prokurator generalny nie powinien znać zakończenia procesu przed rozpoczęciem postępowania.

Ziobro napisał, że jest gotów na „rzetelną, uczciwą i bezstronną weryfikację”.

To znakomita wiadomość. Pozostaje jedynie drobny problem geograficzny. Zbigniew Ziobro jest gotów stanąć przed sprawiedliwością, ale sprawiedliwość musi najpierw otrzymać amerykańską wizę.

Były minister wierzy, że instytucje Stanów Zjednoczonych zbadają nie tylko zarzuty, lecz także polityczny kontekst postępowania, sposób działania polskich organów i ewentualne instrumentalne wykorzystanie wymiaru sprawiedliwości.

Człowiek, który przez lata jako minister sprawiedliwości i prokurator generalny łączył polityczną władzę nad prokuraturą z partyjną wojną, domaga się teraz ochrony przed politycznym użyciem prokuratury.

Jest to przemiana niemal biblijna. Szaweł spadł z konia. Ziobro wsiadł do samolotu.

Były szef polskiego wymiaru sprawiedliwości odkrył zalety niezależnego sądu dokładnie w chwili, gdy sam może przed nim stanąć.

Przez lata słyszeliśmy, że niewinni nie mają czego się bać. Uczciwy człowiek powinien przyjść, złożyć wyjaśnienia, zaufać prokuraturze i poczekać na rozstrzygnięcie.

Ziobro najwyraźniej nadal uważa tę zasadę za słuszną, lecz przeznaczoną głównie dla innych.

On sam najpierw uzyskał azyl na Węgrzech za rządów Viktora Orbána. Gdy Orbán przegrał wybory, a nowy premier Péter Magyar zapowiedział zmianę polityki wobec poszukiwanych przez Polskę polityków, Ziobro przeniósł się do Stanów Zjednoczonych. Nie uciekł. On jedynie dynamicznie zmienił jurysdykcję.

Polityk koalicji powiedziałby, że zbiegł. Prawnik powiedziałby, że korzysta z dostępnych środków ochrony. Specjalista od turystyki nazwałby to podróżą tematyczną „Śladami państw niechętnych ekstradycji”.

Ziobro nie unika sprawiedliwości. On oczekuje na jej bardziej przyjazną wersję językową.

W swoim wpisie oskarżył Donalda Tuska i Waldemara Żurka o motywacje polityczne oraz o bezprawie. To wygodna konstrukcja. Jeżeli śledztwo prowadzą dawni podwładni Ziobry, jest profesjonalne. Jeżeli prowadzą je instytucje uwolnione spod jego osobistego nadzoru, jest polityczne.

Jeżeli prokuratura ściga przeciwników PiS, działa państwo. Jeżeli ściga polityka PiS, działa reżim. Jeżeli sąd podejmuje korzystną decyzję, jest niezależny. Jeżeli podejmuje niekorzystną, wymaga reformy, dyscyplinowania i nowej izby.

Praworządność według Ziobry przypomina hotelową klimatyzację: jest niezależna, dopóki pilot znajduje się w jego ręku.

Sprawa Funduszu Sprawiedliwości jest szczególnie ponura, ponieważ pieniądze miały służyć ofiarom przestępstw. Prokuratura twierdzi, że mechanizm był wykorzystywany między innymi do celów politycznych. Zarzuty obejmują poważne czyny, ale dopiero postępowanie sądowe może ustalić odpowiedzialność konkretnych osób.

Politycznie obraz jest jednak druzgocący.

Fundusz nazwano Funduszem Sprawiedliwości. Zarządzał nim minister sprawiedliwości. Teraz były minister ukrywa się przed polskim wymiarem sprawiedliwości i z zagranicy żąda sprawiedliwej oceny sposobu, w jaki zarządzał Funduszem Sprawiedliwości.

Język polski nie był przygotowany na taką ilość sprawiedliwości w jednym zdaniu.

Gdyby Ziobro wrócił dobrowolnie, mógłby przedstawić swoje argumenty, złożyć wyjaśnienia i bronić się przed niezależnym sądem. Zamiast tego przekonuje amerykańskie instytucje, że Polska, której wymiar sprawiedliwości przez osiem lat osobiście reformował, nie zapewnia mu uczciwego procesu.

To najbardziej brutalna recenzja reform Ziobry, jaką napisał sam Zbigniew Ziobro.

ŚWIAT OBUDZIŁ SIĘ WCZEŚNIEJ OD NAS

Tak minęła noc.

Nad Moskwę nadleciały setki dronów. Jeden uszkodził blok, inne zakłóciły pracę lotnisk, a rosyjskie władze ponownie zapewniły obywateli, że wszystko znajduje się pod kontrolą, tylko kontrola chwilowo płonie.

Pentagon rozpoczął przegląd wojsk w Europie i zapowiedział NATO 3.0, czyli sojusz nowocześniejszy, sprawiedliwszy oraz prawdopodobnie wyposażony w mniejszą liczbę Amerykanów.

Delegacja Stanów Zjednoczonych wyszła z sali ONZ podczas francuskiego wystąpienia, dowodząc, że nawet globalne mocarstwo może prowadzić politykę zagraniczną metodą ostentacyjnego pójścia do szatni.

Zbigniew Ziobro zapewnił z USA, że jest gotów na bezstronną weryfikację zarzutów w Polsce, pod warunkiem że bezstronność najpierw przebije się przez procedurę ekstradycyjną.

Wszystkie te wydarzenia łączy jedna cecha.

Każdy chce ponosić odpowiedzialność, ale najlepiej, żeby ponosił ją ktoś inny.

Rosja rozpoczęła wojnę, lecz jest oburzona, że wojna dociera do Rosji.

Stany Zjednoczone chcą silniejszego NATO, lecz chętnie zaangażują w jego wzmacnianie mniej własnych żołnierzy.

Amerykanie domagają się szacunku od Francji, więc okazują Francji szacunek, wychodząc podczas jej przemówienia.

Ziobro chce uczciwego procesu, lecz najlepiej w kraju, w którym polski proces nie może się rozpocząć.

Człowiek obudził się we wtorek, sięgnął po telefon i przez chwilę żałował, że noc nie posiada funkcji „cofnij aktualizację”.

Jeszcze przed kawą dowiedział się, że drony latają nad Moskwą, Ameryka liczy żołnierzy, Francja liczy zniewagi, ONZ liczy pustych krzeseł, a polska prokuratura liczy na ekstradycję człowieka, który sam przez lata liczył, że prokuratura zawsze będzie po właściwej stronie.

Noc wykonała więc więcej pracy niż niejeden parlament podczas całej kadencji.

Rosja dostała alarm przeciwlotniczy. Europa — test samodzielności. Francja — amerykański bojkot. Ziobro — wniosek ekstradycyjny.

Obywatel dostał wiadomości. Jak zwykle bez instrukcji obsługi.

Odłożył telefon, nalał kawę i spojrzał przez okno. Nie leciał żaden dron. Nikt nie wychodził demonstracyjnie z kuchni. Pentagon nie prowadził przeglądu jego mieszkania, a amerykański Departament Stanu nie rozważał jego ekstradycji.

Była siódma rano. Świat przez kilka sekund wyglądał spokojnie. Potem telefon zawibrował ponownie. Widocznie Zbigniew Ziobro przypomniał sobie jeszcze jeden argument za tym, dlaczego jest gotów wrócić, ale nadal nie wraca.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights