
Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie zaglądam na Temu. Zaglądam. Człowiek jest istotą słabą, szczególnie gdy widzi elektryczny spieniacz do mleka przeceniony z 247 złotych na 11,80 i zegar odliczający ostatnie siedem minut istnienia cywilizacji.
Temu nie jest zwykłym sklepem. To kasyno dla ludzi, którzy nie lubią hazardu, ale bardzo chcieliby przegrać mieszkanie po trzy złote za sztukę.
Wchodzisz po kabel do telefonu. Wychodzisz z kablem, lampką imitującą księżyc, urządzeniem do krojenia banana, szczotką dla kota, którego nie masz, oraz plastikowym popiersiem Marka Aureliusza z funkcją nawilżacza. Wszystko kosztuje mniej niż obiad, więc człowiek ma poczucie, że właśnie pokonał kapitalizm jego własną bronią.
Kapitalizm tymczasem siedzi w Shenzhen, pakuje twojego Marka Aureliusza w folię i śmieje się po mandaryńsku.
Kabel kosztuje dziesięć złotych, podczas gdy w polskim sklepie pięćdziesiąt. Różnica jest tak wielka, że konsument natychmiast staje się ekonomistą.
— Wolny rynek — mówi, klikając „kup teraz”.
Człowiek zawsze zostaje liberałem gospodarczym, kiedy ma zapłacić mniej, i socjaldemokratą, kiedy przychodzi rachunek za leczenie.
Chcemy bowiem żyć w Europie, mieć europejską opiekę zdrowotną, europejski urlop, europejską gwarancję, europejskie normy bezpieczeństwa, europejską emeryturę i europejskie prawo do zwrotu towaru. Płacić natomiast pragniemy po chińsku, najlepiej bez podatku, cła, kosztów pracy i tego nieprzyjemnego dodatku do ceny, jakim jest człowiek zatrudniony przy produkcji.
Marzy nam się państwo opiekuńcze w cenie plastikowej łyżki.
Europa jest podobno najlepszym miejscem do życia na świecie. I zapewne dlatego Europejczyk spędza pół dnia, szukając w internecie sposobu, żeby nie zapłacić europejskiej ceny.
Chce mieć duńskie świadczenia, niemiecką jakość, francuski styl, włoski temperament, polski rabat i chińską fakturę. Dostawa ma być jutro, produkt wieczny, a pracownik fabryki dobrze wynagradzany, choć jego wynagrodzenie nie może podnieść ceny kabla nawet o grosz.
Europejski konsument nie jest hipokrytą.
Jest po prostu człowiekiem o bardzo rozbudowanych wymaganiach i wyjątkowo krótkim portfelu.
Postanowiłem więc przeprowadzić eksperyment. Usunąć ze swojego domu wszystko, co zostało wyprodukowane w Chinach, i sprawdzić, czy po tej operacji nadal będę mieszkał w Europie, czy już tylko na klepisku.
Zacząłem od telefonu.
Telefon był oczywiście złożony w Chinach albo przynajmniej zawierał tyle chińskich części, że po ich wyjęciu pozostałby ekran powitalny i instrukcja w języku niderlandzkim. Odłożyłem go.
Laptop — podobnie. Ładowarka — Chiny. Mysz — Chiny. Klawiatura — Chiny. Lampka na biurku — Chiny. Kabel, który kupiłem po to, aby napisać felieton o szkodliwości kupowania chińskich kabli — również Chiny.
Po pięciu minutach walki o europejską suwerenność technologiczną siedziałem w ciemności i nie mogłem zadzwonić po pomoc.
Przeszedłem do kuchni. Czajnik miał chińskie podzespoły. Ekspres do kawy również. Toster okazał się patriotą wyłącznie z nazwy handlowej, ponieważ pod spodem miał napis drobniejszy niż warunki kredytu: „Made in China”. Marka była polska. Polskie były logo, pudełko i cena. Chiński był przedmiot.
Polski kapitalizm osiągnął bowiem etap najwyższej duchowości: produkt nie musi istnieć w kraju, wystarczy, że w kraju wymyślono mu nazwę. Na opakowaniu widnieje więc dumny napis „Technologia Polska”, co oznacza, że ktoś pod Piasecznem wybrał kolor obudowy.
Lodówka może nie była chińska w całości, ale miała chińską elektronikę. Piekarnik podobnie. Wyrzuciłem robota kuchennego, blender, wagę, minutnik oraz otwieracz do wina z silnikiem, który kupiłem trzy lata temu, ponieważ tradycyjne wyciąganie korka zaczęło zagrażać mojej godności.
Został nóż. Po dokładnym obejrzeniu noża zostałem bez noża.
W salonie stały meble. Część sprowadzona, część złożona z płyt, okuć albo elementów pochodzących z Chin. Zdemontowałem stół. Rozkręciłem krzesła. Zdjąłem zasłony, rolety i lampy. Usunąłem dywan, telewizor, router oraz pilot do telewizora.
Sam telewizor bez pilota miał pewną wartość symboliczną. Pokazywał, że europejska cywilizacja wciąż istnieje, tylko nie można jej włączyć.
W 2025 roku Unia sprowadziła z Chin towary warte ponad 559 miliardów euro, osiągając deficyt handlowy bliski 360 miliardom. Największą część importu stanowiły urządzenia elektryczne, elektronika i maszyny. Chiny odpowiadały wtedy za ponad jedną piątą całego importu spoza Unii.
Państwo Środka nie weszło zatem do naszego domu. Ono go umeblowało, podłączyło do prądu i zostawiło instrukcję obsługi.
Próbowałem wyjść na balkon, aby odetchnąć europejskim powietrzem. Drzwi mogły zawierać chińskie okucia. Klamka wyglądała podejrzanie tanio. Roleta była chińska bez cienia wątpliwości, a lampa solarna mrugała na mój widok jak funkcjonariusz obcego wywiadu.
Na dachu leżały panele fotowoltaiczne. Okazało się, że również nasza energetyczna niezależność jest importowana. Jeszcze niedawno około 97 procent paneli słonecznych sprowadzanych do Unii pochodziło z Chin, a chińskie firmy kontrolują ponad 80 procent kluczowych etapów ich światowej produkcji.
Europa uwalnia się więc od rosyjskiego gazu za pomocą chińskiego słońca.
To trochę tak, jakby człowiek rzucił palenie, przerzucając się na cygara innego producenta.
Zdjąłem ubranie, ponieważ metki stały się politycznie niepokojące. Koszula — Chiny. Spodnie — Chiny. Skarpetki — Chiny. Pasek miał europejską markę, ale klamrę z miejsca, którego nazwy nie umiałem wymówić.
Po godzinie walki o suwerenność gospodarczą stałem nagi w pustym mieszkaniu, trzymając w ręku unijne rozporządzenie.
Rozporządzenie było europejskie. Papier prawdopodobnie nie.
Komisja Europejska też w końcu zauważyła, że codziennie wjeżdża na kontynent coś więcej niż jeden kabel i plastikowy pingwin. W 2025 roku do Unii dotarło około 5,8 miliarda przesyłek o małej wartości, ogromna część z Chin. To prawie szesnaście milionów paczek dziennie, czyli dostatecznie dużo, aby każdego mieszkańca Brukseli zasypać silikonowymi foremkami jeszcze przed lunchem.
Od 1 lipca 2026 roku Unia zaczęła pobierać tymczasowe cło w wysokości trzech euro od każdej pozycji znajdującej się w małej przesyłce spoza Wspólnoty.
Nie od paczki. Od produktu.
Kupiłeś kabel, skarpetki, sztuczne wąsy, cztery breloczki i urządzenie do usuwania pestek z czereśni — gratulacje. Właśnie uratowałeś europejski przemysł kwotą, za którą można było dotąd zamówić kolejne siedem niepotrzebnych przedmiotów.
Temu dostało również od Komisji Europejskiej dwieście milionów euro kary. Bruksela uznała, że platforma nierzetelnie oceniała ryzyko związane z nielegalnymi produktami, na które europejski klient mógł się natknąć z niepokojąco dużym prawdopodobieństwem.
Dwieście milionów brzmi poważnie, dopóki człowiek nie pomyśli, że Temu prawdopodobnie sprzedałoby taką karę w zestawie po trzy, z darmową dostawą i kołem fortuny.
„Gratulacje! Otrzymałeś rabat 93 procent na naruszenie prawa europejskiego. Oferta wygasa za osiem sekund”.
Oczywiście nie każdy chiński produkt jest zły. Chiny potrafią wyprodukować rzeczy znakomite, przeciętne, marne i takie, po których rozpakowaniu człowiek natychmiast szuka numeru toksykologii.
Wszystko zależy od tego, ile zamawiający chce zapłacić.
Za odpowiednią cenę chińska fabryka wyprodukuje produkt świetny. Za niższą — podobny. Za jeszcze niższą — przedmiot o tym samym kształcie. A za cenę z Temu dostajemy czasem wspomnienie produktu, wykonane z materiału, który nauka dopiero będzie musiała nazwać.
Chińczycy nie oszukują praw ekonomii. Oni je realizują z nieprzyjemną dosłownością.
Chcesz drzwi dziesięć razy tańsze? Proszę bardzo. Będą miały profil aluminiowy grubości papierka po cukierku i zawiasy o trwałości koalicyjnej umowy PSL.
Chcesz stół à la Ludwik XVI? Dostaniesz. Po pierwszym obiedzie noga odejdzie od monarchii, a blat ogłosi republikę.
Chcesz dziesięć koszulek za sto pięćdziesiąt złotych? Nie ma problemu. Po praniu pięć będzie pasowało dziecku, trzy kotu, a dwie przejdą bezpośrednio w stan skupienia znany jako „szmata do szyb”.
Europejskie przepisy dotyczące chemikaliów, bezpieczeństwa, etykiet, gwarancji, utylizacji i warunków pracy rzeczywiście kosztują. Kosztują dlatego, że kadm, ołów i ftalany nie są bezpłatnymi dodatkami marketingowymi.
W polskich kontrolach wybranych partii biżuterii, ubrań, pościeli i innych wyrobów znajdowano przypadki przekroczenia norm kadmu ponad czterystukrotnie, ołowiu ponad trzystukrotnie, a ftalanów kilkudziesięciokrotnie. Nie każdy tani produkt jest niebezpieczny, ale czasem niska cena wynika z tego, że producent zaoszczędził na czymś więcej niż pudełko.
Konsument natomiast nie chce słuchać o kadmie. Konsument widzi cenę przekreśloną czerwoną kreską. Cena poprzednia: 389 złotych. Cena obecna: 7,42.
Konsument wie, że poprzednia cena prawdopodobnie nigdy nie istniała, promocja skończy się jutro i rozpocznie ponownie pojutrze, a przedmiot może rozpaść się jeszcze w paczkomacie.
Mimo to kupuje.
Nie dlatego, że jest głupi. Dlatego, że jest człowiekiem, a człowiek od czasów jaskiniowych gromadzi rzeczy, których nie potrzebuje. Dawniej zbierał kamienie, skóry i zapasy mięsa. Dziś kupuje elektroniczny masażer podbródka zasilany przez USB.
Rozwój cywilizacji polega głównie na poprawie opakowania.
Narzekamy potem, że znikają szewcy, krawcy, stolarze i małe zakłady naprawcze. Tyle że but kosztujący trzydzieści złotych nie idzie do szewca. Idzie do śmieci, często zaraz za swoim pudełkiem.
Szewc przegrywa nie z chińskim producentem. Przegrywa z kalkulatorem.
Naprawa kosztuje sześćdziesiąt złotych, nowy but trzydzieści, więc rozsądny ekonomicznie obywatel kupuje kolejny. Po roku ma sześć par zepsutych butów, żadnego szewca w dzielnicy i głębokie przekonanie, że dawniej rzeczy robiono solidniej.
Robiono, bo kosztowały tyle, że człowiek musiał je szanować. Dziś produkt przestał być własnością. Jest krótkim romansem.
Przychodzi, zachwyca, rozczarowuje i znika w żółtym pojemniku, pozostawiając po sobie kilka fotografii oraz pytanie, do którego plastiku należy tworzywo przypominające gumę, ale pachnące stacją benzynową.
Nie da się jednak po prostu zakazać Chin i wrócić do spokojnego europejskiego warsztatu, w którym siwy rzemieślnik ręcznie wykonuje kabel do iPhone’a. Nasze gospodarki są splecione z chińską produkcją tak ściśle, że gwałtowne rozplątywanie skończyłoby się odcięciem prądu, internetu oraz możliwości kupienia świątecznych lampek przed listopadem.
Chiny są fabryką naszego komfortu. Europa jest biurem, które pisze regulamin korzystania z komfortu. Konsument siedzi pomiędzy nimi i klika „akceptuję wszystkie”.
Dlatego wojna celna z Temu jest słuszna, ale ma w sobie coś z walki z alkoholizmem prowadzonej przez podniesienie ceny kieliszka o trzy euro. Być może człowiek wypije mniej. Być może dopłaci. Być może zamówi dwanaście kieliszków w jednej paczce, żeby wyszło korzystniej.
Nie potrzebujemy dziesięciu koszulek po piętnaście złotych. Potrzebujemy dwóch dobrych. Problem polega na tym, że dwie dobre kosztują więcej, a dziesięć kiepskich wygląda w koszyku jak sukces społeczny. Temu sprzedaje bowiem nie towary. Sprzedaje poczucie obfitości ludziom, których nie stać na luksus.
Za kilkadziesiąt złotych człowiek dostaje wielką paczkę, piętnaście przedmiotów i krótką iluzję, że należy do klasy posiadającej. Nie kupił zegarka. Kupił na dziesięć minut uczucie, że świat jest tani, dostępny i podporządkowany jednemu kciukowi. Potem zegarek zatrzymuje się o wpół do trzeciej. Ale radość była prawdziwa.
Europa rzeczywiście jest jednym z najlepszych miejsc do życia. Ma prawa pracownicze, ochronę konsumenta, normy środowiskowe, publiczną opiekę zdrowotną i system, który przynajmniej próbuje nie dopuścić, aby lampka nocna zabiła człowieka podczas snu.
To kosztuje. Wolność od trucizny w koszulce kosztuje. Prawo do urlopu pracownika kosztuje. Oczyszczalnia ścieków kosztuje. Możliwość oddania wadliwego produktu kosztuje.
Najbardziej kosztuje zaś europejskie przekonanie, że wszystko to powinien sfinansować ktoś inny.
Najlepiej Chińczyk. Za dziesięć złotych. Z darmową dostawą.

Dodaj komentarz