
Niedziela miała służyć odpoczynkowi, rodzinie i spokojnemu trawieniu rosołu. Świat jednak po raz kolejny nie przeczytał kalendarza.
W Nowym Jorku Hiszpania i Argentyna szykują się do finału mundialu. W Polsce obywatele zastanawiają się, dlaczego rozliczanie poprzedniej władzy przypomina transmisję meczu z opóźnionym obrazem. Donald Trump zamawia następne mistrzostwa, ale już bez sąsiadów. Jacek Sasin ustala granice polskiej cierpliwości wobec Ukrainy. Unia Europejska pobiera trzy euro od chińskiej paczki i ku własnemu zdumieniu odkrywa, że pieniądze wpływają na zachowanie konsumentów. Na Bliskim Wschodzie trwają poszukiwania ludzi, których oficjalnie nie ma tam, gdzie wszyscy sądzili, że są.
Krótko mówiąc: dzień jak co dzień, tylko z finałem.
Mundial kończy się po 39 dniach i 104 meczach. Jeszcze niedawno mistrzostwa świata były turniejem piłkarskim. Dzisiaj są globalnym programem lojalnościowym z elementami sportu.
Na początku występują sponsorzy. Potem pojawia się Gianni Infantino. Następnie sponsorzy dziękują Gianniemu Infantino. Później kamera pokazuje Gianniego Infantino dziękującego sponsorom. Wreszcie przez pomyłkę dwóch zawodników kopie piłkę.
Szef FIFA przeleciał podobno ponad 80 tysięcy kilometrów prywatnym odrzutowcem, aby pokazywać się na kolejnych stadionach. Jest to dowód wielkiego poświęcenia dla futbolu. Zwykły kibic musi zadowolić się oglądaniem meczu. Infantino musi jeszcze sprawdzić, czy właściwie go oglądamy.
Na szczęście nie opanował bilokacji. Gdyby potrafił przebywać jednocześnie w kilku miejscach, transmisja zostałaby podzielona na cztery okienka: w trzech widzielibyśmy Infantino, a w czwartym reklamę oficjalnego napoju pomagającego przetrwać oglądanie trzech pozostałych.
Turniej okazał się komercyjnym triumfem. Padły rekordy frekwencji, liczby bramek i wpływów reklamowych. Pojawiły się również dodatkowe przerwy na nawodnienie, podczas których piłkarze pili wodę, a sponsorzy szampana.
Amerykanie od dawna podejrzewali, że europejski podział meczu na dwie połowy jest prymitywny. Dwie części dają przecież tylko jedną poważną przerwę reklamową. Kwarty są znacznie nowocześniejsze, ponieważ pozwalają widzowi zapomnieć, co właściwie oglądał, zanim znów zobaczy piłkę.
FIFA rozważa już rozszerzenie mundialu do 64 zespołów. To kierunek logiczny. Skoro turniej z 48 drużynami okazał się sukcesem, należy wpuścić jeszcze więcej drużyn. Kiedy liczba uczestników dojdzie do 128, eliminacje będzie można zlikwidować. Każdy kraj przyjedzie, każdy zagra, każdy otrzyma medal za udział, a mistrza wyłoni algorytm na podstawie zasięgów sponsora.
Polska również wreszcie będzie mogła regularnie kwalifikować się na mundial. Przy odpowiednio szerokim formacie odpadnięcie stanie się matematycznie trudniejsze niż awans. Choć znając możliwości naszej reprezentacji, nie należy lekceważyć polskiej myśli szkoleniowej.
W finale spotykają się Hiszpania i Argentyna: mistrz Europy przeciwko obrońcy tytułu, młodość przeciwko doświadczeniu, efektowna konstrukcja przeciwko skutecznej zawziętości. Leo Messi, mający 39 lat, nadal próbuje przekonać świat, że metryka jest jedynie sugestią administracyjną. Kylian Mbappé z kolei goni jego rekordy z energią człowieka, który zauważył, że legenda zajęła mu najlepsze miejsce parkingowe w historii futbolu.
Sam finał rozpoczyna się o godz. 21 czasu polskiego, więc w chwili niedzielnego podsumowania najważniejszy wynik pozostaje jeszcze nieznany. Jest to sytuacja nietypowa dla współczesnych mediów, które zazwyczaj znają przyczyny, konsekwencje i winnych jeszcze przed rozpoczęciem wydarzenia.
Mundial zapamiętamy jednak nie tylko dzięki piłkarzom. Zapamiętamy też bilety tak drogie, że kibic po zakupie nie miał już pieniędzy na powrót do domu, więc musiał zamieszkać przy stadionie. Zapamiętamy sędziego z Somalii, którego nie wpuszczono do USA, dzięki czemu polityka migracyjna otrzymała prawo do obsadzania arbitrów. Zapamiętamy VAR, który miał zakończyć spory, a jedynie dostarczył im obrazu w zwolnionym tempie.
Najbardziej pouczający był przypadek czerwonej kartki dla amerykańskiego piłkarza Folarina Baloguna. Donald Trump skontaktował się z Infantinem, poprosił o ponowne przeanalizowanie sprawy, a FIFA ostatecznie uchyliła zawieszenie. Prezydent później publicznie pochwalił szefa federacji za tę decyzję.
Tak narodził się nowy system wideoweryfikacji: VAR, telefon do prezydenta, telefon od prezydenta i ostateczna analiza geopolityczna faulu.
Dotychczas zawodnik po czerwonej kartce schodził z boiska. Teraz powinien najpierw sprawdzić, czy ma numer do głowy państwa.
Trump jest mundialem zachwycony i chciałby, aby Stany Zjednoczone zorganizowały kolejną edycję, tyle że już bez Kanady i Meksyku. To bardzo amerykańska forma wdzięczności wobec partnerów: dziękujemy za współpracę, następnym razem możecie oglądać w telewizji.
Najbliższym turniejem, o który można jeszcze zabiegać, będzie mundial w 2038 roku. Prezydent ma więc projekt na przyszłość, choć konstytucja może mieć pewne zastrzeżenia dotyczące długości jego osobistego udziału w przygotowaniach.
Pojawiła się także koncepcja wspólnego mundialu Stanów Zjednoczonych i Chin. Trump żartował, że piłkarzy czekałyby krótkie, przyjemne loty pomiędzy spotkaniami. Pomysł jest świetny: drużyna rozgrywa pierwszy mecz w Los Angeles, drugi w Pekinie, a trzeci w strefie czasowej, w której zawodnicy nie wiedzą już, czy właśnie wstali, zasnęli, czy stracili wtorek.
Na tle mundialowej skuteczności polskie rozliczenia polityczne wyglądają znacznie mniej widowiskowo.
W sondażu SW Research dla rp.pl jedynie 14,6 proc. badanych uznało, że rząd Donalda Tuska spełnił ich oczekiwania dotyczące rozliczenia rządów PiS. Aż 53,3 proc. odpowiedziało, że nie; 19,2 proc. w ogóle rozliczeń nie oczekiwało, natomiast 12,9 proc. nie miało zdania.
Polacy są więc rozczarowani rozliczeniami, choć każda grupa z innego powodu.
Jedni uważają, że winni nadal nie zostali ukarani. Drudzy sądzą, że rozliczenia są polityczną zemstą. Trzeci nie wiedzą, co już rozliczono. Czwarta grupa oglądała konferencję prasową i przez chwilę była przekonana, że rozliczono wszystko, ale potem okazało się, że dopiero powołano zespół do opracowania harmonogramu czynności poprzedzających ewentualne rozliczenie.
Rząd zapowiadał sprint, a wyszedł mu spacer komisji śledczej z przerwą na ekspertyzę.
Polskie rozliczenia przypominają VAR podczas szczególnie trudnego meczu. Sędzia podchodzi do monitora, patrzy przez trzy lata, konsultuje się z prokuratorem, sądem, Trybunałem Konstytucyjnym, prezydentem, Parlamentem Europejskim i ambasadą Węgier, po czym ogłasza: — Sprawdzamy dalej.
Mateusz Morawiecki usłyszał zarzuty dotyczące wyborów kopertowych, Michał Woś – zakupu Pegasusa z pieniędzy Funduszu Sprawiedliwości. Zbigniew Ziobro przebywa w USA, Marcin Romanowski zniknął z węgierskiego radaru, a jedynym skazaniem przedstawicieli dawnej władzy pozostaje sprawa Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika, zakończona ułaskawieniem oraz mandatami w Parlamencie Europejskim.
Jest to polska wersja odpowiedzialności: człowiek traci mandat w Warszawie, odzyskuje wolność w Pałacu Prezydenckim i otrzymuje nowy mandat w Brukseli. System nie tyle go rozlicza, ile przeprowadza mu rekrutację wewnętrzną.
Waldemar Żurek zastąpił Adama Bodnara w Ministerstwie Sprawiedliwości między innymi po to, aby proces przyspieszyć. Obywatel czeka więc na przyspieszenie, przy czym polskie przyspieszenie instytucjonalne polega zwykle na tym, że rzecznik zaczyna używać słowa „niezwłocznie”.
Tymczasem Jacek Sasin oznajmia, że Polska nie będzie dłużej tolerowała określonych zachowań Ukrainy. Politycy odkryli bowiem, że nic tak dobrze nie wzmacnia stanowczości jak kamera i bezpieczna odległość od miejsca, w którym naprawdę trwa wojna.
Relacje polsko-ukraińskie wymagają powagi. Są w nich Wołyń, ekshumacje, bezpieczeństwo, handel, historyczna pamięć, pomoc militarna, interes narodowy i miliony osobistych relacji. To materiał na trudną politykę państwową, a nie na konkurs, kto mocniej zmarszczy brwi w studiu.
Po ataku na Łemkowskiej Watrze 46-letni obywatel Ukrainy usłyszał zarzut uszkodzenia ciała. Według policji był pijany, awanturował się, miał ponad 1,5 promila alkoholu, zranił nożem 37-letniego radnego, a funkcjonariusze musieli użyć paralizatora. Obrażenia pokrzywdzonego nie zagrażały życiu.
To poważne przestępstwo i powinno zostać poważnie osądzone. Nie jest natomiast potrzebna narodowościowa księgowość zbiorowa, w której każdy czyn jednego człowieka natychmiast staje się bilansem całego narodu.
Kiedy Polak po pijanemu urządza awanturę, mówimy: „Idiota się upił”. Kiedy robi to cudzoziemiec, część internetu natychmiast zwołuje Radę Bezpieczeństwa ONZ. Indywidualna odpowiedzialność ma tę zaletę, że odpowiada sprawca. Odpowiedzialność zbiorowa jest wygodniejsza, bo odpowiada każdy, tylko zwykle nie ten, który powinien.
Na świecie niedziela była jeszcze mniej wypoczynkowa.
Rosjanie przeprowadzili potężny atak balistyczny na Kijów, używając według relacji około 40 pocisków, w tym Iskanderów-M, Cyrkonów i rakiet systemu S-400. Atak trwał około 40 minut i miał być największym pod względem liczby pocisków balistycznych uderzeniem w ukraińską stolicę od początku pełnoskalowej inwazji.
W tym samym czasie można w telewizji debatować, czy Ukraina okazuje Polsce dostateczną wdzięczność. Wdzięczność jest ważna, historia jest ważna, interes Polski jest ważny. Warto jednak od czasu do czasu pamiętać, że rozmówca może odpowiadać z miasta, na które właśnie spada czterdzieści pocisków. To nie zwalnia Ukrainy z uczciwości wobec Polski. Zwalnia nas natomiast z obowiązku zachowywania się tak, jakby każda trudna rozmowa musiała natychmiast zostać przerobiona na kampanię wyborczą.
Na Bliskim Wschodzie wojna, odwet i groźby układają się już w regularny harmonogram. Amerykanie atakują cele w Iranie, Iran zapowiada odpowiedź, Donald Trump żąda kolejnych sankcji, a świat obserwuje cieśninę Ormuz jak kierowca cyfry na dystrybutorze.
Izraelskie źródła twierdzą, że Modżtaba Chamenei, syn zmarłego najwyższego przywódcy Iranu i jedna z istotnych postaci reżimu, nie przebywa już w kraju. Informacje wywiadowcze należy oczywiście traktować ostrożnie: w tej części świata człowiek może jednocześnie nie przebywać w Iranie, kierować wydarzeniami w Iranie oraz zostać zlokalizowany przez trzy służby w czterech różnych państwach.
Wiadomość brzmi jednak symbolicznie. Współczesne reżimy nadal przemawiają do narodu o odwadze, suwerenności i gotowości do ofiar, lecz ich najważniejsi przedstawiciele coraz częściej wygłaszają te słowa z miejsca o korzystniejszym połączeniu lotniczym.
Na tym tle wiadomość o chińskich paczkach przynosi niemal komiczną ulgę.
Od 1 lipca przesyłki spoza Unii Europejskiej o wartości do 150 euro zostały objęte opłatą wynoszącą trzy euro. Po zaledwie dwóch tygodniach firmy logistyczne mówią o dwucyfrowym spadku liczby dostaw z Chin. Gdyby spadek sięgnął 20 proc., do Europy mogłoby trafiać ponad miliard paczek rocznie mniej.
Okazuje się więc, że europejski konsument był gotów zamówić lampkę w kształcie awokado, elektroniczny masażer brwi, czternaście plastikowych haczyków i urządzenie, którego zastosowanie poznaje się dopiero po wyrzuceniu instrukcji — ale trzy euro skłoniły go do refleksji nad sensem istnienia.
Ekonomiści od lat badali, jak ograniczyć zalew tanich przesyłek. Rozważano cła, normy środowiskowe, regulacje platform i kontrolę produktów. Ostatecznie wystarczyło dołożyć cenę kawy.
Chińskie platformy zapewne szybko się dostosują. Przeniosą towary do europejskich magazynów, połączą przesyłki, zmienią modele logistyczne albo wymyślą produkt opisany jako „europejski magazyn do samodzielnego złożenia”, wysyłany w sześciu paczkach z Shenzhen. Globalizacja nie umiera. Globalizacja sprawdza, którędy można obejść szlaban.
I tak wyglądała niedziela 19 lipca.
FIFA kończy największy mundial w historii i natychmiast planuje jeszcze większy. Trump chce następnego turnieju, ale bez współgospodarzy. Polacy chcą rozliczeń, lecz nie mogą doczekać się końcowego gwizdka. Politycy licytują się na stanowczość wobec Ukrainy, gdy nad Kijowem latają rakiety. Irańscy następcy znikają, amerykańskie samoloty uderzają, a europejski konsument odkrywa, że plastikowa rzecz za 2,99 euro przestaje być okazją, jeśli przesyłka kosztuje dodatkowe trzy.
Wszystkie te historie łączy jeden motyw: powiększanie.
FIFA powiększa turniej. Trump powiększa rolę prezydenta w sędziowaniu. Politycy powiększają pojedyncze zdarzenia do rozmiarów konfliktu narodów. Internet powiększa każdą emocję. Handel powiększa liczbę rzeczy, których nie potrzebujemy. Państwo powiększa akta spraw, choć niekoniecznie liczbę zakończonych postępowań.
Tylko człowiek pozostaje tej samej wielkości. Siedzi przed telewizorem, sprawdza wynik, czyta wiadomości o wojnie, odkłada chińskie etui z internetowego koszyka i próbuje ustalić, czy jutro będzie trochę spokojniej.
Nie będzie! Jutro zaczyna się poniedziałek, ligi piłkarskie wracają za chwilę, FIFA planuje kolejny rekord, partie kolejne rozliczenia, Trump kolejny mundial, a kurierzy kolejną trasę omijającą opłatę.
Na razie jednak pozostaje finał. Przez dziewięćdziesiąt minut — o ile reklamy, VAR, polityka migracyjna, prezydent i Gianni Infantino pozwolą — piłka znów będzie najważniejsza. I to jest największa magia futbolu: przez chwilę dwudziestu dwóch ludzi potrafi odwrócić uwagę świata od tych kilku, którzy naprawdę nim rządzą.

Dodaj komentarz