
Ostatnia niedziela sierpnia potwierdziła, że wakacje w polskiej polityce dobiegły końca. Do wyborów parlamentarnych zostało jeszcze ponad rok, ale partie zachowują się już tak, jak rodzina przygotowująca wesele: nikt jeszcze nie wysłał zaproszeń, a wszyscy zdążyli się pokłócić o miejsca przy stole.
„Rzeczpospolita” opublikowała sondaż, według którego 41 procent badanych chciałoby, żeby Koalicja Obywatelska pozostała w rządzie po wyborach w 2027 roku, 38,7 procent tego nie chce, a 20,3 procent jeszcze się zastanawia. To wynik idealny dla polskiej demokracji, ponieważ każda ze stron może ogłosić sukces. Tusk może powiedzieć, że więcej ludzi chce go w rządzie, niż nie chce, opozycja może odpowiedzieć, że większość nie powiedziała „tak”, a niezdecydowani mogą spokojnie pójść na grzyby.
Ciekawsze jest jednak to, kto Tuska chce. W grupie powyżej pięćdziesiątego roku życia za obecnością KO w przyszłym rządzie opowiada się połowa badanych, natomiast wśród ludzi między 25. a 34. rokiem życia tylko 29 procent.
I właśnie dlatego cały weekend upłynął nam pod znakiem intensywnego słuchania młodzieży.
Donald Tusk słuchał jej na Campusie Polska w Olsztynie. Słuchał uważnie, po czym kiedy młoda uczestniczka zapytała, czy rząd mógłby przedłużyć ulgę podatkową dla młodych powyżej 26. roku życia, odpowiedział mniej więcej, że teraz będą gwizdy, ponieważ rząd tego nie planuje.
I to jest bardzo uczciwa forma dialogu międzypokoleniowego. Młodzież mówi: przydałyby się pieniądze. Premier odpowiada: nie. Przynajmniej wiadomo, że słyszał.
Tusk podczas Campusu mówił również o swoim „niedosycie” związanym z rozliczeniami PiS i ustawiał polityczną alternatywę coraz wyraźniej jako wybór między jego obozem a radykalną prawicą. Równocześnie młodzi wyborcy coraz mniej entuzjastycznie patrzą na KO. Powstaje więc drobne pytanie, czy sposobem na odzyskanie młodego elektoratu jest tłumaczenie mu, że przede wszystkim powinien się bać elektoratu jeszcze młodszego, który zagłosuje na Konfederację.
Zupełnie inną metodę zastosował Karol Nawrocki.
Prezydent zaprosił niemal osiemset młodych osób do Juraty, gdzie odbyło się „Przyszłość.pl”. Były debaty, sport, koncert Skolima, wykład Przemysława Babiarza, rozmowy o sztucznej inteligencji, świecie, polityce i sukcesie. Nawrocki wcześniej określił wydarzenie jako „formacyjne”, co jest słowem, które przy młodzieży zawsze budzi we mnie lekką czujność. Młody człowiek przyjeżdża nad Bałtyk i dopiero na miejscu dowiaduje się, że nie będzie wyłącznie wypoczywał, lecz zostanie trochę uformowany.
W niedzielę stało się jeszcze ciekawiej, bo Nawrocki wyraźnie zapowiedział, że będzie angażował się w budowanie parlamentarnej większości po przyszłych wyborach. Powiedział także jasno, że nie podpisze ustawy znoszącej dwukadencyjność w samorządach.
Spotkanie, przypomnijmy, miało być przede wszystkim rozmową z młodzieżą o przyszłości Polski. Przyszłość została więc szybko sprecyzowana. Ma zawierać odpowiednią większość parlamentarną.
Tym sposobem zarówno Campus w Olsztynie, jak i Jurata zaczęły przypominać dwie szkółki piłkarskie rywalizujących klubów. Jedni zapraszają młodzież, żeby przekonać ją, że przyszłość jest liberalna, drudzy, że patriotyczna, a młodzież ma coraz bardziej niewdzięczne zadanie polegające na tym, żeby wybrać sobie dorosłych, którzy będą następnie przez cztery lata tłumaczyć jej, dlaczego nie ma pieniędzy na mieszkania.
Różnica polega głównie na oprawie muzycznej. W Olsztynie Mary Spolsky. W Juracie Skolim. Nawet bańki polityczne dostały własne playlisty.
Najbardziej zabawne jest jednak przekonanie polityków, że aby zdobyć młodych, trzeba zgromadzić młodych w jednym miejscu i przemówić do nich o młodych. Człowiek trzydziestoletni, który właśnie dostał z banku informację, że jego zdolność kredytowa wystarcza na połowę łazienki w Warszawie, niewątpliwie czuje się lepiej, kiedy dowiaduje się, że prezydent „widzi przyszłość oczami młodych”, a premier odbył z nimi „szczerą rozmowę”. Może nawet od tego wzrosną mu metry kwadratowe.
Niedziela przyniosła również niezwykłe oświadczenie siedmiorga nowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Zapewnili, że służą tylko narodowi, są niezawiśli i podlegają wyłącznie konstytucji. Jednocześnie zaapelowali o dopuszczenie do orzekania czworga sędziów wybranych przez Sejm, których prezes TK Bogdan Święczkowski nie uznaje za prawidłowo zaprzysiężonych. Europejski Trybunał Praw Człowieka wcześniej nakazał Polsce zaprzestać utrudniania im wykonywania obowiązków.
Nie kwestionuję ani przez chwilę szczerości deklaracji sędziów. Uderza mnie jedynie stan państwa, w którym sędziowie Trybunału Konstytucyjnego muszą publicznie ogłaszać, że są niezawiśli. To trochę tak, jakby chirurg przed operacją wydał komunikat, że naprawdę zamierza operować zgodnie z medycyną. Dobrze wiedzieć.
Tusk tymczasem zapowiedział na Campusie, że chce, aby już we wrześniu spór został przełamany i żeby nowi sędziowie weszli do Trybunału. Użył przy tym wyjątkowo prawniczego zwrotu o tym, że nie zamierza stać „z rozdziawioną gębą”, gdy Święczkowski „pomiata naszymi sędziami”.
Polska kultura konstytucyjna rozwija się więc znakomicie. Jeszcze niedawno mieliśmy język ustaw, orzeczeń i komentarzy prawniczych. Teraz doszła rozdziawiona gęba. Monteskiusz nie przewidział.
Przy całym tym kabarecie politycznym niedziela miała jednak moment, wobec którego dowcip byłby zwyczajnie niestosowny. W Ostrówkach na Wołyniu pochowano szczątki 55 Polaków zamordowanych w 1943 roku w Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej. Wśród odnalezionych ofiar było 26 dzieci, najmłodsze miało zaledwie kilka miesięcy.
To jeden z tych momentów, kiedy historia przestaje być argumentem w telewizyjnej dyskusji i odzyskuje twarze konkretnych ludzi. Dobrze, że po osiemdziesięciu trzech latach można ich pochować. Jeszcze lepiej byłoby, gdyby pamięć o nich służyła prawdzie i pojednaniu, a nie kolejnej kampanii wyborczej.
Na froncie ukraińskim dzieją się natomiast rzeczy, które jeszcze niedawno brzmiałyby jak kiepska satyra na rosyjską armię. „Rzeczpospolita” opisuje skargi rosyjskich żołnierzy po ograniczeniu im dostępu do Starlinka. Rosjanie mają mówić, że zostały im „kable i gołębie”, podczas gdy Moskwa zapewnia, że buduje własną konstelację satelitarną i że prace postępują doskonale.
Rosja weszła więc w kosmiczny XXI wiek poprzez powrót do technologii znanej spod Verdun.
Oczywiście własny rosyjski odpowiednik Starlinka może kiedyś powstać i byłoby nierozsądnie to lekceważyć. Na razie jednak wizja supermocarstwa atomowego, które rozważa komunikację z frontem przy pomocy gołębia, ma pewien dyskretny urok. Zwłaszcza że Putin zapewnia, iż wszystko idzie w bardzo dobrym tempie.
W Rosji właściwie wszystko zawsze idzie w bardzo dobrym tempie. Do chwili, kiedy zaczyna brakować benzyny, satelitów albo generałów.
Kim Dzong Un postanowił natomiast nie czekać na problemy i zmienił ministra obrony. Kim Song Gi ma przyspieszyć modernizację armii i zwiększyć dyscyplinę po aferze korupcyjnej. Od nowych dowódców oczekuje się między innymi, że będą „mocno uzbrojeni w partyjną ideologię”.
W Korei Północnej można więc być słabo uzbrojonym w amunicję, byle ideologicznie magazyn był pełny.
Zmiana ministra obrony w Pjongjangu ma też tę zaletę, że poprzedni minister nie trafił podobno do całkowitej niełaski, lecz przeniesiono go do przemysłu zbrojeniowego. W innych państwach nazywa się to rotacją kadrową. W Korei Północnej człowiek zapewne dopiero po kilku dniach upewnia się, że awans rzeczywiście był awansem.
A na Wall Street trwa zupełnie inny system polityczny. Tam władza należy do Wspaniałej Siódemki: Apple, Microsoftu, Amazona, Alphabetu, Nvidii, Mety i Tesli. W drugim kwartale zyski tych firm przekroczyły prognozy analityków aż o 66,2 procent, a wzrost zysków wyniósł 118,5 procent.
Brzmi oszałamiająco, dopóki nie zajrzeć głębiej. Znaczna część wyniku Alphabetu i Amazona pochodziła z zysków inwestycyjnych. Po ich wyłączeniu wzrost Wspaniałej Siódemki spada z 118,5 do 43,2 procent. Nadal świetnie, tylko objawienie okazuje się trochę mniej biblijne.
To znakomita ilustracja współczesnego świata. Politycy sprzedają narrację, giełda sprzedaje oczekiwania, firmy sprzedają przyszłość, a potem ktoś otwiera przypis i okazuje się, że rzeczywistość nadal istnieje.
Islandczycy natomiast zakończyli własny spór z przyszłością i zagłosowali przeciw wznowieniu negocjacji akcesyjnych z Unią Europejską. „Nie” powiedziało 52,8 procent głosujących przy frekwencji ponad 82 procent.
To też jest pewnego rodzaju polityczna bańka. Reykjavik chciał rozmawiać z Brukselą, prowincja wolała ryby i suwerenność. Świat może mieć Trumpa, Putina, wojnę i globalne napięcia, ale Islandczyk, zanim podejmie historyczną decyzję, chce wiedzieć przede wszystkim, kto będzie mu mówił, ile może złowić dorsza.
Jest w tym coś kojącego.
Na koniec przyszła wiadomość o śmierci Andrzeja Wielowieyskiego, żołnierza AK, działacza opozycji demokratycznej, współtwórcy Klubu Inteligencji Katolickiej, senatora i człowieka należącego do pokolenia, które traktowało politykę trochę mniej jak casting, a trochę bardziej jak obowiązek. Miał 98 lat.
Jego odejście wyjątkowo dobrze kontrastuje z dzisiejszym festiwalem politycznych baniek. Wielowieyski przeżył okupację, komunizm, opozycję, narodziny III RP i dziesiątki sporów, zanim politycy odkryli, że młody wyborca najlepiej rozumie państwo, kiedy puści mu się koncert i zrobi wspólne selfie.
I tak kończymy sierpień.
Tusk ma swoich młodych, Nawrocki swoich, prawica cztery partie, lewica kilka własnych problemów, TK dwóch konkurujących ze sobą poglądów na to, kto właściwie jest sędzią, Rosjanie mają kable i perspektywę gołębia, Kim Dzong Un nowego ministra, a wielkie spółki technologiczne tyle pieniędzy, że nawet ich księgowi potrzebują przypisów.
Najbardziej interesujący pozostaje jednak sondaż. Dwadzieścia procent Polaków nie wie jeszcze, czy chce KO w następnym rządzie i być może właśnie oni są dziś najbardziej rozsądną grupą polityczną w kraju.
Przynajmniej jako jedyni przyznają, że jeszcze nie wiedzą.

Dodaj komentarz