NIEDZIELA: SIKORSKI JUŻ ZOSTAŁ PREMIEREM, RZĄD JUŻ UPADŁ, A LEWANDOWSKI NADAL NIE UGASIŁ CHICAGO

Warszawa

Niedziela powinna być dniem, w którym państwo działa ciszej. Urzędy są zamknięte, sklepy częściowo zamknięte, obywatele otwarci głównie na piwo, a jedynym poważnym sporem pozostaje pytanie, czy kiełbasę należy obracać często, czy pozwolić jej spokojnie zwęglić się z jednej strony.

Polityka nie zna jednak niedzieli. Polityk pozbawiony kamery przez całą dobę zaczyna tracić jędrność, kolor i przekonanie o własnym znaczeniu. Dlatego w dzień święty należy opublikować sondaż, zwołać eksperta i poinformować naród, kto będzie premierem po wyborach, które odbędą się za kilkanaście miesięcy, o ile wcześniej nie wydarzy się wszystko.

W niedzielę dowiedzieliśmy się zatem, że Radosław Sikorski byłby lepszym kandydatem Koalicji Obywatelskiej na przyszłego premiera niż Donald Tusk. Sikorskiego wskazało 25,2 procent badanych, Tuska 17,1 procent, a 32,6 procent uznało obu za równie dobrych.

Największą partią ponownie okazali się ludzie, którym wszystko jedno.

To najbardziej stabilny elektorat w Polsce. Nie organizuje kongresów, nie posiada prezesa, nie maluje transparentów i nie jeździ autokarami na konwencje. Na pytanie, kto powinien rządzić, odpowiada: „Obojętnie, tylko niech się odsunie, bo zasłania telewizor”.

Sikorski wygrywa, ponieważ ma dziś wszystko, czego wymaga nowoczesna polityka: dobry angielski, elegancki garnitur, doświadczenie międzynarodowe, rozpoznawalność oraz umiejętność napisania w internecie zdania, po którym trzy ambasady proszą o wyjaśnienia. Wygląda jak człowiek, który nawet przy grillu negocjowałby warunki zawieszenia ognia między karkówką a musztardą.

Tusk natomiast ma tę wadę, że już jest premierem. W Polsce każdy kandydat wygląda najlepiej przed objęciem urzędu. Jest wtedy świeży, zdecydowany i pełen planów. Po objęciu stanowiska natychmiast zaczyna odpowiadać za kolejki do lekarza, ceny mieszkań, stan kolei, kłótnie koalicjantów, pogodę w długi weekend oraz fakt, że sąsiadowi nie wywieźli odpadów wielkogabarytowych.

Największym zagrożeniem dla popularności polityka jest możliwość sprawdzenia, jak rządzi.

Zanim jednak Sikorski zdążył odebrać klucze do Kancelarii Premiera, drugi sondaż poinformował, że obecna koalicja po następnych wyborach prawdopodobnie straci władzę. Uważa tak 58,3 procent badanych. W jej zwycięstwo wierzy 22,9 procent, a 18,8 procent nie ma zdania, zapewne dlatego, że właśnie zanurzało się w jeziorze i ankieter nie zrozumiał bulgotania.

Otrzymaliśmy więc pełny plan polityczny na rok 2027. Sikorski ma zastąpić Tuska na stanowisku premiera rządu, który według większości Polaków nie powstanie.

Jest to kariera idealna. Można objąć urząd bez konieczności ponoszenia konsekwencji, podobnie jak można zostać kapitanem „Titanica” po wpłynięciu statku na górę lodową, ale jeszcze przed sporządzeniem listy pasażerów.

Rządzący powinni oczywiście potraktować te wyniki poważnie. KO nadal wygrywa sondaże partyjne, lecz nie ma z kim zbudować większości. Lewica trzyma się progu z miną turysty chwytającego ostatni szczebel drabinki, PSL balansuje między Sejmem a powrotem do wyłącznej obsługi dożynek, a Polska 2050 osiąga poparcie, które coraz łatwiej pomylić z błędem statystycznym.

Hołownia chciał zmienić polską politykę. Polska polityka okazała się jednak szybsza i zmieniła Hołownię.

Jedynym partnerem zdolnym zapewnić większość może się wkrótce okazać Konfederacja. To piękna perspektywa: Koalicja Obywatelska pójdzie do wyborów, ostrzegając przed Konfederacją, po czym być może zacznie z nią negocjować, aby nie dopuścić do władzy PiS negocjującego z Konfederacją.

Polska demokracja przypomina wesele, na którym wszyscy ostrzegali pannę młodą przed jednym kuzynem, a o północy okazało się, że bez niego nie da się zebrać większości do oczepin.

Po stronie PiS w niedzielę panował chwilowy spokój. Mateusz Morawiecki został już wypchnięty, ale formalne wyrzucenie ma nastąpić dopiero we wtorek. Partia znalazła się więc w niezwykle polskim stanie prawnym: człowiek już nie należy, jeszcze należy, sam odszedł, został usunięty, a ostatecznie będzie wyrzucony z miejsca, w którym według prezesa od dwóch dni go nie ma.

Komitet Polityczny PiS ma we wtorek wykluczyć ludzi, którzy — jak ogłosił Jarosław Kaczyński — dobrowolnie zrezygnowali z członkostwa. To tak, jakby po rozwodzie zwołać zebranie rodzinne, aby oficjalnie wyrzucić byłą żonę z małżeństwa.

Do wtorku wszystko może się zdarzyć. Morawiecki może założyć partię, nie założyć partii, wrócić, nie wrócić, utworzyć klub, koło, stowarzyszenie, platformę programową albo grupę terapeutyczną dla ludzi brutalnie pozbawionych miejsca na liście.

Na chwilę zostawmy stosunki polsko-ukraińskie, ponieważ poświęciłem im już wystarczająco dużo niedzielnego węgla drzewnego. Ukraińcy podobno znakomicie badają nasze nastroje. Niepotrzebnie. Wystarczy włączyć dowolny polski program polityczny i po siedmiu minutach wiadomo, że jesteśmy źli, podzieleni, zmęczeni oraz gotowi pokłócić się o wydarzenie, którego szczegółów jeszcze nie znamy.

To całe badanie można przeprowadzić za cenę abonamentu telewizyjnego i dwóch paczek tabletek uspokajających.

Tymczasem świat prowadził własną niedzielę, znacznie mniej wypoczynkową. Iran zawiesił ataki w Zatoce Perskiej w odpowiedzi na wstrzymanie amerykańskich nalotów. Kolejna noc minęła bez działań zbrojnych, co we współczesnej dyplomacji uchodzi już za ogromny sukces. Dawniej pokój oznaczał traktat, podpisy, fotografie przy stole i uroczystą wymianę piór. Dziś oznacza, że przez kilka godzin nikt nie wystrzelił rakiety, a analitycy ostrożnie używają słowa „cisza”, żeby jej nie spłoszyć.

Bliski Wschód przypomina mieszkanie, w którym sąsiedzi przestali wiercić o drugiej nad ranem. Człowiek nie wie, czy remont się skończył, czy tylko zepsuła się wiertarka.

W Rumunii F-16 zestrzelił nad Morzem Czarnym trzeciego drona w ciągu trzech dni. Pierwszy mógł być przypadkiem. Drugi nieporozumieniem. Trzeci oznacza, że rosyjskie drony potraktowały rumuńską przestrzeń powietrzną jak osiedlowy skrót do supermarketu.

Rumuński prezydent uznał naruszenia za niedopuszczalne i zapowiedział protest dyplomatyczny. Rosja zapewne odpowie, że dron nie był rosyjski, nie leciał nad Rumunią, został zestrzelony bez powodu, a jednocześnie pomyślnie wykonał powierzone mu zadanie.

Rosyjski komunikat wojskowy jest konstrukcją odporną na logikę. Maszyna może nie istnieć, lecz jej zniszczenie stanowi akt agresji NATO.

W Berlinie zakończyła się obława za sprawcą zamachu na uczestników Parady Równości. Zginął człowiek, dziesiątki zostały ranne. Podejrzany został zastrzelony przez policjantów po tym, jak miał zaatakować ich ostrym narzędziem.

Tu miejsce na dowcip jest niewielkie. Fanatyzm, który próbuje zabić ludzi za to, kim są, nie jest groteską, lecz barbarzyństwem. Kpić można najwyżej z tych polityków, którzy zanim policja zakończy śledztwo, zdążą wyjaśnić przyczyny zamachu, wskazać winnych, zaproponować trzy ustawy i wykorzystać tragedię w kampanii wyborczej.

Martwy zamachowiec nie odpowie już na pytania. Za to żywi komentatorzy odpowiedzą na wszystkie, również te, których nikt im nie zadał.

We Francji ogień znalazł się kilkanaście kilometrów od Bordeaux. Ewakuacje objęły łącznie około 220 tysięcy ludzi. Kraj słynący z wina, sera, filozofii i zdolności do strajkowania przeciw każdej reformie walczy teraz z żywiołem, którego nie da się zatrzymać manifestacją ani skróceniem tygodnia pracy.

Bordeaux zaczęło przyjmować ewakuowanych. Świat zyskał więc kolejny obraz naszej epoki: ludzie uciekają przed pożarem do miasta kojarzonego z winem, a eksperci nadal zastanawiają się, czy zmiana klimatu nie jest przypadkiem przesadnie emocjonalną interpretacją temperatury.

Ogień nie prowadzi polemiki. Nie publikuje sprostowania. Nie występuje w programie śniadaniowym. Przesuwa się z prędkością wiatru i pozostawia komentarz w postaci popiołu.

W Stanach Zjednoczonych Robert Lewandowski po raz drugi zagrał w Chicago Fire i po raz drugi przegrał. Tym razem jego drużyna uległa New York City 1:3. Polak rozpoczął na ławce, wszedł po przerwie i pożaru nie ugasił.

Sama nazwa Chicago Fire w przypadku Lewandowskiego jest pułapką dla publicystów. Każda porażka prosi się o gaszenie pożaru, każda bramka będzie dolewaniem oliwy, a każdy remis — kontrolowanym wypalaniem trawy. Amerykański futbol dał polskim dziennikarzom coś ważniejszego niż sport: niewyczerpane źródło nagłówków przeciwpożarowych.

Lewandowski nadal nie strzelił gola w MLS. Nie jest jednak pierwszym Polakiem, który pojechał do Ameryki i odkrył, że sama reputacja nie wykonuje całej pracy. Reputacja może sprzedać koszulki, wypełnić trybuny i przyciągnąć polskie flagi. Piłkę do bramki nadal trzeba kopnąć osobiście.

Na szczęście nie wszyscy w niedzielę przegrywali. Christopher Nolan zarobił już na „Odysei” prawie 640 milionów dolarów. Film kosztował wraz z promocją około 375 milionów, więc droga Odyseusza do domu okazała się dłuższa niż podróż zwykłego człowieka z pracy, ale znacznie bardziej dochodowa.

Homer potrzebował bogów, syren, cyklopa i dwudziestu czterech ksiąg. Nolan potrzebował Matta Damona, kamer IMAX, 375 milionów dolarów oraz widza gotowego zapłacić dodatkowo za fotel, który drży podczas sztormu.

Film zarobił w drugi weekend 87 milionów dolarów. W kulturze masowej nawet powrót do Itaki ma dziś kwartalne cele sprzedażowe. Odyseusz walczy z potworami, Penelopa czeka, a dział marketingu sprawdza, czy koń trojański nadaje się do sprzedaży jako zestaw kolekcjonerski.

Nolan udowodnił jednak rzecz pocieszającą: ludzie wciąż chcą oglądać wielkie opowieści. Być może dlatego, że w kinie podróż bohatera ma początek, rozwinięcie i zakończenie. W polityce otrzymujemy wyłącznie kolejne konferencje prasowe po drodze.

Zwykli Rosjanie także odbywają własne odyseje, choć najbogatsi wybierają trasę skróconą przez Vanuatu albo Wyspy Świętego Tomasza i Książęcą. Egzotyczny paszport kosztuje od 90 do 200 tysięcy dolarów i pomaga omijać część sankcyjnych niedogodności.

Rosyjski patriota nowego typu kocha ojczyznę całym sercem, majątek trzyma w Dubaju, dzieci w Londynie, jacht na Morzu Śródziemnym, a paszport w Vanuatu.

Może później występować w rosyjskiej telewizji i opowiadać o moralnym rozkładzie Zachodu z tarasu willi kupionej w kraju, którego położenie musiał wcześniej sprawdzić na mapie.

Sankcje miały utrudnić życie ludziom finansującym rosyjski system. Rynek odpowiedział ofertą: „Kup obywatelstwo całej rodzinie, dokument w dwa miesiące, bez wychodzenia z domu, widok na ocean gratis”. Kapitalizm potrafi sprzedać wyjście nawet z konsekwencji wojny. Potrzebna jest jedynie karta kredytowa bez limitu oraz elastyczne podejście do ojczyzny.

Tak minęła niedziela.

Sikorski wygrał stanowisko, którego jeszcze nie zwolnił Tusk, w rządzie, który według sondażu nie przetrwa wyborów. PiS odpoczywał przed wtorkowym wyrzucaniem ludzi, którzy już podobno sami odeszli. Iran nie strzelał. Rumunia strzelała do dronów. Francja gasiła lasy. Lewandowski nie ugasił Chicago. Nolan zarabiał na powrocie do domu, a bogaci Rosjanie kupowali sobie nowe ojczyzny z dostawą.

Obywatel siedział nad wodą i próbował zrozumieć, czy powinien przygotować się na premiera Sikorskiego, powrót prawicy, koalicję KO z Konfederacją, nową partię Morawieckiego, rosyjski dron, pożar lasu czy drugą część „Odysei”.

Po chwili podjął jedyną rozsądną decyzję polityczną tej niedzieli. Odłożył telefon ekranem do dołu, otworzył drugie piwo i pilnował kiełbasy.

Rządy upadają. Partie się rozpadają. Paszporty zmieniają właścicieli. Drony spadają. Filmy zarabiają. Napastnicy nie strzelają. Kiełbasa natomiast przypala się zawsze wtedy, gdy człowiek zaczyna czytać sondaż i to jest jedyna prognoza, której można dziś zaufać.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights