
Ta niedziela zaczęła się od wiadomości, przy której wszelka błyskotliwość robi się niestosowna. Na węgierskiej autostradzie M3 rozbił się polski autokar wracający z Medjugorje. Dwanaście osób zginęło, dziesiątki zostały ranne. Ludzie jechali z pielgrzymki do domu i w tym prostym zdaniu mieści się właściwie cała groza wydarzenia. Jeszcze kilka godzin wcześniej ktoś zapewne przysypiał przy szybie, ktoś układał w głowie poniedziałek, ktoś myślał o własnym łóżku, obiedzie, rodzinie. Potem przyszedł telefon, którego dwanaście rodzin będzie pamiętać do końca życia.
Na Podkarpaciu opuszczono flagi. I dobrze. Państwo nie zawsze musi coś mówić. Czasami najbardziej przyzwoitą formą obecności państwa jest cisza.
Dopiero kiedy człowiek tę ciszę przez chwilę wytrzyma, może wrócić do reszty niedzieli, która okazała się dziwnie konsekwentna. Czytałem kolejne wiadomości i coraz bardziej miałem wrażenie, że współczesny świat oszalał na punkcie bezpieczeństwa, lecz niekoniecznie nauczył się odróżniać to, co naprawdę groźne, od tego, co łatwo skontrolować.
Najłatwiej kontroluje się człowieka.
„Rzeczpospolita” opisuje Polaków przekraczających granicę Stanów Zjednoczonych. Pytania stają się bardziej drobiazgowe, kontrole bardziej dokuczliwe, urzędnicy bardziej obcesowi. Oczywiście Ameryka ma prawo sprawdzać, kogo wpuszcza. Każde państwo ma. Sam zresztą znam ten szczególny rodzaj przyjemności, gdy człowiek po kilkunastu godzinach podróży staje przed funkcjonariuszem, który patrzy na niego tak, jakby właśnie osobiście przyłapał go na próbie kradzieży Statuy Wolności.
Amerykańska granica zaczyna przypominać spowiedź, tyle że ksiądz ma broń, komputer i nie udziela rozgrzeszenia, tylko pieczątkę.
Cel podróży, miejsce pobytu, znajomi, zawód, powód przyjazdu, zawartość walizki. Człowiek przyjechał zobaczyć Manhattan, a po dziesięciu minutach sam zaczyna się zastanawiać, czy rzeczywiście nie ma czegoś na sumieniu.
Trumpowska Ameryka najwyraźniej uznała, że bezpieczeństwo narodowe najlepiej rozpoczynać od dokładnego sprawdzenia polskiego emeryta lecącego do córki w Chicago.
I zapewne jest w tym jakaś logika. Polska też potrafi trzymać Ukraińców godzinami na granicy, a człowiek stojący po właściwej stronie szlabanu wyjątkowo szybko nabiera przekonania, że surowość funkcjonariusza jest fundamentem cywilizacji. Dopiero kiedy sam znajdzie się po drugiej stronie szybki, odkrywa nagle godność człowieka i europejskie standardy.
Granica ma tę cudowną właściwość, że moralność zmienia się wraz z kierunkiem kolejki.
Tyle że gdy zwykłego podróżnego potrafimy prześwietlić niemal do poglądów politycznych jego dentysty, z prawdziwymi intruzami idzie nam jakoś gorzej.
Nad Rumunię wlatuje niezidentyfikowany dron i trzeba wysyłać hiszpański myśliwiec F-18, aby go zestrzelił. Prawdopodobnie rosyjski bezzałogowiec przylatuje znad Mołdawii, hiszpański pilot likwiduje go nad krajem NATO i nagle człowiek uświadamia sobie, że Europa osiągnęła najwyższe stadium integracji. Hiszpan broni Rumuna przed Rosjaninem lecącym przez Mołdawię, a Polak patrzy na to wszystko w telefonie wyprodukowanym w Azji.
Jeszcze trzydzieści lat temu do naruszenia cudzej granicy potrzebna była armia. Teraz wystarczy urządzenie wielkości solidnej kosiarki.
Zresztą granice są dziś pojęciem coraz bardziej filozoficznym. Człowieka przy lotniskowej kontroli można zatrzymać, przepytać, zawrócić i sprawdzić mu skarpetki. Dron najwyraźniej regulaminu nie czyta.
Podobnie nie przeczytali go złodzieje na Sycylii.
W muzeum w Mesynie podczas wielkiego święta religijnego ktoś włamał się do zabezpieczonej gabloty i wyniósł dzieła Antonella da Messiny warte miliony. Obrazy przetrwały kilka stuleci, trzęsienia ziemi, wojny, zmiany dynastii i historię Sycylii, żeby w XXI wieku spotkać człowieka, który najwyraźniej wiedział, gdzie wyłączyć alarm.
To jest niezwykle współczesna historia. Monitoring był. Alarm był. Gablota była. Procedury były. Zabrakło tylko obrazów.
W ten sposób powstał idealny system bezpieczeństwa: wszystko pozostaje zabezpieczone, poza tym, co miało być zabezpieczone.
Być może włoskie muzea powinny przejąć metody amerykańskiej straży granicznej. Miłośnik renesansu, zanim spojrzy na obraz, musiałby udowodnić, że posiada bilet powrotny, stałe zatrudnienie oraz żadnych krewnych handlujących sztuką w Zurychu. Turysta zostałby dokładnie sprawdzony, obraz zaś można byłoby spokojnie wynieść zapleczem.
Na Tajwanie nawet złodziej przestaje być potrzebny.
Tam wydarzyło się coś, co brzmi jak początek kiepskiego filmu science fiction, tylko niestety film już się zaczął. Do ataku na systemy administracji, energetyki i instytucji związanych z bezpieczeństwem wykorzystano autonomicznych agentów sztucznej inteligencji. Człowiek miał wyznaczyć zadanie, a maszyna sama prowadziła rekonesans, szukała słabości, zmieniała metody i wykonywała kolejne etapy włamania.
Osiągnęliśmy więc rzecz, o której ludzkość marzyła od początku rewolucji przemysłowej: przestępca nie musi już osobiście pracować.
Może mieć work-life balance.
Haker wydaje polecenie, robi sobie herbatę, idzie spać, a sztuczna inteligencja cierpliwie włamuje się do systemu bezpieczeństwa jądrowego.
Żaden pracownik korporacji nie powinien tej wiadomości pokazywać swojemu dyrektorowi, bo nazajutrz może się okazać, że zarząd właśnie odkrył nowy model organizacji pracy.
Cała ta opowieść o bezpieczeństwie robi się jeszcze bardziej przewrotna, kiedy patrzy się na Ukrainę. Rosja wysłała tej nocy ponad sto dronów i rakiety. Znowu zginęli ludzie. Znowu byli ranni. Znowu obrona przeciwlotnicza część maszyn zestrzeliła, część nie. Znowu gdzieś palił się dom.
I właśnie słowo „znowu” jest w tym wszystkim najstraszniejsze.
Nie sto sześć dronów. Nie rakieta. Nie nawet pięć ofiar.
Znowu.
Człowiek potrafi przyzwyczaić się do wszystkiego, nawet do cudzej wojny. Po czterech latach liczba dronów staje się statystyką jak kurs waluty. Osiemdziesiąt pięć zestrzelonych, dwadzieścia jeden doleciało, pięciu zabitych. Następny news.
Największym sukcesem długiej wojny jest nie zdobycie miasta, lecz oswojenie świata z faktem, że miasta się bombarduje.
W tym samym dniu spłonął w sanockim skansenie XVII-wieczny drewniany kościół. Ogień zabrał wnętrze, organy, ołtarze, całe warstwy pamięci, których żadna dotacja już nie odtworzy. Można zbudować nowy kościół wyglądający jak stary. Można sprowadzić cieśli, konserwatorów, ekspertów, zrobić dokumentację i uroczyste otwarcie. Ale czterystu lat kupić się nie da.
Historia jest wyjątkowo niewygodnym materiałem budowlanym.
Nie przewiduje części zamiennych.
Ocalał podobno drewniany krzyż stojący przed świątynią. Kto chce, może widzieć w tym znak. Kto nie chce, przypadek. Ja wolę pomyśleć tylko, że czasem z katastrofy zostaje jeden przedmiot, na który potem wszyscy patrzą, ponieważ człowiek rozpaczliwie potrzebuje, żeby coś zostało.
Może dlatego tego samego dnia słowa papieża Leona XIV o przemocy wobec palestyńskiej ludności cywilnej zabrzmiały tak zwyczajnie i przez to mocno. W epoce, kiedy każda wojna przychodzi wraz z całym zestawem argumentów historycznych, map, ekspertyz, filmów, mapek, komentarzy, kontrkomentarzy i ludzi objaśniających nam, dlaczego akurat ci zabici są geopolitycznie bardziej skomplikowani od innych, papież przypomniał rzecz niemal banalną: cywilów nie należy zabijać.
Jak nisko musieliśmy zejść, skoro banał zaczyna brzmieć jak manifest.
I tak minęła niedziela pod specjalnym nadzorem.
Rano ratownicy pracowali przy rozbitym polskim autokarze na Węgrzech. Wieczorem mogliśmy już przeczytać o kontrolach na granicach, skradzionych obrazach, spalonym kościele, rosyjskich dronach, sztucznej inteligencji włamującej się do komputerów i papieżu proszącym ludzi, żeby przestali zabijać innych ludzi.
Patrzę na to wszystko i dochodzę do wniosku, że ludzkość wykonała imponujący skok technologiczny.
Potrafimy rozpoznać twarz w tłumie. Prześwietlić człowieka. Znaleźć go przez satelitę. Sprawdzić zawartość jego telefonu. Przeczytać tablicę rejestracyjną z kilometra. Algorytm wie, jakie buty kupimy, zanim sami zdecydujemy, że ich potrzebujemy. Sztuczna inteligencja potrafi włamać się do sieci, dron może sam znaleźć cel, rakieta może korygować lot, a urząd celny wie, czy w walizce mamy pół kilograma kiełbasy za dużo.
Nigdy jeszcze człowiek nie był tak dokładnie obserwowany.
I nigdy nie było tak oczywiste, że widzieć wszystko nie znaczy rozumieć, czego trzeba pilnować.
Pilnujemy granic, a przechodzą przez nie drony.
Pilnujemy muzeów, a znikają obrazy.
Pilnujemy sieci, a włamania wykonują maszyny.
Pilnujemy bezpieczeństwa, a wojna staje się codziennością.
Pilnujemy człowieka tak dokładnie, że czasem zapominamy, iż bezpieczeństwo miało być dla niego, a nie on dla bezpieczeństwa.
Może właśnie dlatego najmądrzejszym symbolem tej niedzieli nie jest skaner na lotnisku, myśliwiec NATO ani nawet sztuczna inteligencja.
Jest nim opuszczona flaga na Podkarpaciu.
Bo cała nasza technologia, kontrola, geopolityka i państwowa potęga nagle okazują się bardzo małe wobec dwunastu ludzi, którzy mieli dziś wrócić do domu.
A nie wrócili.
Reszta to już tylko świat, który bardzo pilnuje, żeby nic mu się nie stało.
I ciągle nie zauważa, co właściwie mu się dzieje.

Dodaj komentarz